Pomińmy pytanie, czy politycy powinni się zajmować kształtowaniem światopoglądu obywateli - to rzecz politycznego gustu. Popatrzmy, czy PiS rzeczywiście jakiś światopogląd buduje i/lub upowszechnia.
Czy podkręcanie lęku i oporu wobec Unii Europejskiej (jak choćby w kwestii limitów na połowy dorsza) można nazwać dyskusją o tożsamości Polaków w Europie? Czy wyręczanie sądów w ferowaniu wyroków służy gruntowaniu wśród obywateli praworządności? Czy zamknięcie drzwi przed obserwatorami OBWE wzmacnia patryiotyzm? Czy kaperowanie posłów stanowiskami wzmacnia niechęć społeczną do korupcji? Czy rzucanie bezpodstawnych oskarżeń na ludzi, którzy dorobili się majątku, uczy obywateli szacunku dla pracy?
Jarosław Kaczyński, a za nim - jak za Panią Matką - cały PiS, jedynie gra retoryką aksjologiczną. Język, który Kaczyński wprowadza do polityki, w żaden sposób nie opisuje rzeczywistości, ani realnej, ani idealnej; ani przedmiotów namacalnych, ani wartości, które ludzie cenią. Co oznaczają takie nazwy, jak "układ", "oligarcha", "imposybilizm"? Nic nie oznaczają. Kaczyński wprowadza je do publicznego obiegu bez definicji i zostawia swoim przeciwnikom politycznym wykładnię ich sensu. A światopogląd można zbudować wyłącznie poprzez jasne pojęcia; można wręcz powiedzieć, że mieć światopogląd to znaczy mieć jasność pojęć.
Moim zdaniem metoda Jarosława Kaczyńskiego jest dokładnie przeciwna do sugerowanego przez radiowego komentatora konserwatyzmu: Kaczyńskiemu chodzi o pozbawienie obywateli jasności co do wyznawanych wartości. Podejrzewam, że Kaczyński uważa tych obywateli za motłoch, niezdolny do posiadania jakiegokolwiek stałego systemu wartości.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)