„Kuba...I jak tu żyć?” - to pierwsza korespondencja z wyspy określanej mianem „Perły Karaibów”. Jak wygląda kubańska rzeczywistość? O swoim zderzeniu z „innym światem” pisze z Hawany polski misjonarz, ks.Andrzej.
5.X. 2006. Jak sobie przypominam, Warszawa żegnała mnie deszczem. Leciałem z wizą turystyczną w kieszeni, załatwioną przez Prokurę Misyjną w Madrycie, do kraju dla mnie nieznanego, tajemniczego. Wiedziałem o nim tyle, że jest największą wyspą na Karaibach, że ma przeszło 11 milionów mieszkańców i że jest wymarzonym rajem dla turystów. Faktycznie pierwsze spotkanie ze stolicą: Hawaną zrobiło na mnie duże wrażenie. Szczególnie wybrzeże zwane „Malecon”, czy inne: „Miramar”. Z jednej strony wysokie wieżowce, majestatyczne pomniki, a z drugiej ocean mieniący się pięknym lazurowym kolorem w różnych odcieniach. Jakże inne wrażenie, tej wspaniałej wyspy Kuby, zacząłem odbierać po kilku miesiącach mojej pracy duszpasterskiej, gdy zetknąłem się z problemami mieszkańców, które także zaczęły dotyczyć i mnie.
Wizę turystyczną miałem wystawioną na 30 dni, więc po jej upływie dałem do przedłużenia. Czekałem na przedłużenie około dwóch miesięcy i oczywiście przedłużono ją na ten czas, lecz gdy mi ją dostarczono, okazało się, że za dwa dni znów kończy się jej termin i znów trzeba starać się o dalsze przedłużenie. W trakcie oczekiwania odwiedziły mnie dwie panie w służbowych uniformach, z biura emigracyjnego, w kwestii kontroli moich dokumentów. Oczywiście, gdy zobaczyły starą wizę sprzed dwóch miesięcy oświadczyły, że będę miał problemy i zagroziły wydaleniem. Dopiero, kiedy wyjaśniłem im grzecznie, że moja wiza jest w Komitecie Centralnym Partii, zmieniły swe usposobienie do mnie, przeprosiły i wyszły. Później dowiedziałem się, że słowo „Komitet Centralny” oddziaływuje magicznie. Wszyscy lub prawie wszyscy czują wielki respekt. Teraz też jestem w trakcie czekania na trzecie przedłużenie i praktycznie już przeszło 4 tygodnie jestem bez wizy. Nauczony jednak realiów tej „wspaniałej” rzeczywistości, cierpliwie czekam, może w końcu kiedyś się zlitują i mi przedłużą?
Inna rzeczywistość to sklepy. Któregoś razu wybrałem się, by kupić trochę ryżu i mąki. Sklep wyglądał jak u nas na początku lat 80-tych, na półkach kilka paczek i jeden karton jakiegoś soku. Opryskliwy sprzedawca zapytał, czego tu chcę? Odpowiedziałem, że chciałbym kupić kilogram ryżu. „Ryżu nie ma, może za kilka dni będzie”, odparł. Po chwili namysłu poprosił o książeczkę. „Jaką znów książeczkę?” - zapytałem. „No tę na pozwolenie kupna” - odparł. Okazuje się, że znów kolejna niespodzianka. Są sklepy dla turystów, gdzie można dostać wiele rzeczy i są te inne dla zwykłego „zjadacza chleba”, gdzie praktycznie nie ma nic, a jeśli być może coś dowiozą, to i tak ustalony przydział na książeczki (kupony). Ludzie kupują wszystko, co aktualnie dowiozą, bo później będzie można zrobić zamianę na inny towar, na pastę do zębów lub na sznurówki do butów. I tak wszystko się kręci. Jest przydział na buty i na koszulę, spodnie i na inne rzeczy i tylko trzeba cierpliwie czekać, może kiedyś się kupi. Na kupno w innych sklepach nie stać, bo i średnia miesięczna płaca oscyluje w granicach od 10 do 15 CUC (prawie tyleż samo dolarów), a towary w nich jak u nas w Polsce, czasem i droższe.
I jak tu żyć? Jak jeszcze na utrzymaniu ma się żonę i kilkoro dzieci?
cdn


Komentarze
Pokaż komentarze (1)