Nie pracuję z uchodźcami, tylko z osobami przesiedlonymi. To ludzie, którzy byli zmuszeni opuścić ojczyznę podczas wojny, konfliktów. Zgodnie z naszym prawem są to ludzie, którzy zostali wypędzeni z miejsc, w których żyli, w rezultacie konfliktu wojennego, interwencji innego kraju, masowego łamania praw człowieka, ale którzy nie przekroczyli granicy między państwami. Pochodzę z Abchazji i w 1993 roku wielu Gruzinów, jak i osób innych narodowości, było zmuszonych zostawić miejsca, w których się urodzili. Obecnie mieszkam w Tbilisi. Od samego początku bardzo aktywnie staraliśmy pomagać sobie nawzajem. Dzięki tej pomocy mogliśmy pomóc również sobie i naszym dzieciom. Tak zaczynała się nasza praca i nasza organizacja – opowiada Julia Kharashvili. O „wewnętrznych uchodźcach”, ich potrzebach i marzeniach, roli kobiet i młodzieży, z gruzińską działaczką rozmawiała Katarzyna Surowiec.
- Z czym kojarzy się pani słowo „dom”?
W Bośni i na Bałkanach przeprowadzono badania, które pokazały, że szczególnie w przypadku dorosłych ludzi, utrata domu była dużo większym przeżyciem niż utrata bliskich czy rodziny. I czasami ludzie dziwią się, ponieważ dla nas, dla mnie i moich rodaków, dom stał się pojęciem zbiorowym. Jest to nie tylko budynek. To wszystko razem – przyjaciele, którzy tam zostali, których straciliśmy, to także praca. Ja pracowałam w instytucie badań naukowych, byłam dobrym specjalistą w dziedzinie fizyki. Przez długi czas, kiedy wychodziliśmy na dwór po przesiedleniu, wciąż czegoś szukaliśmy. Nie wiedzieliśmy czego. Po czasie dotarło do mnie, że podświadomie szukamy morza, którego w Tbilisi nie ma. To bardzo wiele związków, to wszystko, co składa się na twój społeczny kapitał, pozycję w społeczeństwie. Przecież człowiek jest istotą społeczną. Dom to parasol, pod którym żyjesz, pod którym znajdują się rodzina i bliscy, sama budowla, ale i ziemia, na której się wychowałeś, praca, którą potrafisz wykonywać. To wszystko tracisz naraz będąc uchodźcą. Tracisz nie tylko cztery ściany. Można zbudować nowe cztery ściany, ale przecież pozostałe części składowe pozostają tam, gdzie były. To dlatego ludzie mają ogromną nadzieję, że kiedyś będą mogli wrócić.
- Jak wyglądała historia pani uchodźstwa w latach 90.?
Wiele rzeczy miało miejsce równocześnie. To był okres, kiedy rozpadał się ZSRR i taką lokalną odpowiedzią były zrywy we wszystkich państwach granicznych. Oczywiście było wiele różnych przyczyn – polityczne, związane z ambicjami pewnych liderów. Nakładały się na to warunki socjalno-ekonomiczne i wszystko to doprowadziło do konfliktów, a ludzie musieli uciekać nawet na terytorium swojego własnego kraju. Nowo powstałe państwa miały niewielkie możliwości pomocy tym ludziom, dlatego że nastąpił całkowity rozpad gospodarki i stosunków międzynarodowych. Do tego powszechny był całkowity brak wiedzy na temat mechanizmów międzynarodowych – chociażby jak można je regulować. Stąd to wszystko trwało tak długo i przez długi czas było kontynuowane jako tymczasowa pomoc. Nikt nie wiedział, co zrobić z tymi ludźmi. A w Gruzji liczącej wówczas 4,5 mln mieszkańców, było ćwierć miliona przymusowo przesiedlonych osób. Jest to bardzo duża liczba dla tak małego kraju. Miało to bardzo poważny wpływ na ograniczenie możliwości odbudowania społeczeństwa. Abchazja, jeden z regionów, z których przesiedlano ludzi, to rozwinięty pograniczny nadmorski region. Społeczeństwo było wykształcone, miało wysoki uniwersytecki poziom i dobre tradycje, i nie miało żadnych roszczeń. Nawet lokalni mieszkańcy nie mieli pracy, możliwości rozwoju. Dlatego sytuacja na długo stanęła w miejscu. Budowa pewnych organizacji wewnątrz tego społeczeństwa, stworzenie pozarządowych grup było bardzo ważne.
- Jakie działania podejmuje organizacja i pani, jako kobieta walcząca o prawa uchodźców wewnętrznych?
Nasza organizacja powstała w 1994 r. i była pierwszą pozarządową organizacją na rzecz IDP (Internally Displaced Person – wewnętrznych uchodźców). Braliśmy się dosłownie za wszystko – chcieliśmy pomagać dzieciom, kobietom. Wówczas ludzie bardzo izolowali się od siebie. W Gruzji nie ma obozów dla uchodźców, jakie funkcjonują w innych krajach. U nas natomiast ludzi przesiedlano do opuszczonych niezamieszkanych domów i innych budynków, takich jak szpitale albo szkoła, która już wówczas nie funkcjonowała. Mógł to być również opuszczony hotel lub sanatorium. Ludzie trafiali na bardzo różne warunki. Było to około 108 tysięcy osób, które do tych budynków trafiło. Pozostała część mieszkała u krewnych, u przypadkowych ludzi i początkowo wszyscy myśleli, że ci, którzy trafili do budynków publicznych, mieli najgorzej. Ale wyobraźcie sobie, że przyjechał do was kuzyn, który został wysiedlony na dwa tygodnie, a w rezultacie przeżył z wami lat 15... I co macie z nim zrobić? Jego dzieci już dorosły i wzięły ślub. Jest to problem, który cały czas daje o sobie znać i bardzo trudno go rozwiązać.
Staramy się pomagać w dziedzinie edukacji, ponieważ osoby z mojej gminy mają mniejszy dostęp do wykwalifikowanej pomocy medycznej i do dobrego wykształcenia. Próbujemy pomagać kobietom i młodzieży w rozwoju. Zorganizowaliśmy program „Pojednanie”, pracujemy też z NGOs z konkretnych regionów, które się oddzieliły, takich jak Abchazja i południowa Osetia. Wierzymy, że pewnego dnia będziemy mogli wrócić. Dlatego tak ważne jest, żeby związki międzyludzkie nie zatarły się. Ludzie z mojego pokolenia, (czyli dziś mający lat 50 i wyżej) pamiętają się nawzajem, mają związki rodzinne z tymi, którzy tam zostali i przyjaciół w tych rejonach. Młodym ludziom, którzy wychowali się tutaj, staramy się przekazywać te kontakty, budować te więzi. Organizujemy „obozy pokoju”, na których młodzież od nowa uczy się wspólnego życia, wydajemy także publikacje. Wszystko po to, by ludzie dowiadywali się o sobie, prowadzili ze sobą ponadgraniczne dialogi. Oczywiście wszystko to robimy na małą skalę, ale trzeba bardzo dobrze przygotowywać ludzi, żeby nie rodziła się agresja. Pracujemy nad kształtowaniem świadomości społecznej.
W Gruzji bardzo dużo pracujemy nad obroną praw osób przesiedlonych, np. początkowo IDP nie mieli prawa uczestnictwa w wyborach większościowych, tak jak i nie mogli brać udziału w lokalnych wyborach. Wraz z innymi organizacjami non profit prowadziliśmy lobbing w tej kwestii. Obecnie lobbujemy za poprawą ich socjalno-ekonomicznych warunków życia. To dlatego że 14,15 lat po wygnaniu ludzie żyją nadal tak jak wówczas, kiedy zostali wysiedleni. Wiem, że w Polsce uchodźcy z Czeczenii muszą żyć w trudnych warunkach. Mogę powiedzieć, że u nas w komunalnych centrach bardzo często się zdarza, że na ogromny budynek, w którym mieszka bardzo wiele osób przypadają dwie toalety na ulicy (poza budynkiem). Były też miejsca w przyzwoitym stanie, do których przesiedlano ludzi. Ale nikt wcześniej nie przypuszczał, że np. w takim hotelu ktoś kiedykolwiek zechciałby korzystać z kuchni, dlatego też kuchni tam nie było. Nikomu też wcześniej nie przyszło do głowy, że w dwuosobowym pokoju będzie mieszkać cała rodzina. Wszystkie instalacje są od dawna zepsute. Ludzie otrzymują zasiłki – 11 lari na miesiąc dla osób mieszkających u krewnych lub przyjaciół. W przeliczeniu jest to około 7 dolarów miesięcznie. Jednak w obecnych warunkach w Gruzji minimum socjalne wynosi 145 larów. Wiadomo, otrzymawszy tylko 11, na niewiele można sobie pozwolić. Wiele osób próbuje wyjeżdżać, ale nie chcemy tracić ludzi z największym potencjałem. Zazwyczaj wyjeżdżają bowiem najbardziej energiczne i wykształcone osoby. Staramy się pomóc ludziom zdobyć dobre wykształcenie.
Jeszcze jeden z naszych celów związany jest, tak jak w wielu innych przypadkach po konfliktach zbrojnych, ze społeczną prawidłowością. Chodzi mianowicie o to, że kobiety są bardziej aktywne, przejmują wiodącą rolę, żeby w ogóle gmina mogła się utrzymać. Zastępują mężczyzn, ale zachowują też typowo kobiece role, zatem wypełniają zadania obu płci w społeczeństwie. Jednak kobiety nadal nie mają wpływu na podejmowanie decyzji. W naszym kraju kobiety są również aktywne w dziedzinie narodowej dyplomacji, starają się cały czas nawiązywać kontakty i rozwiązywać problemy związane z pojednaniem, nawiązywać kontakty z kobietami ze stref konfliktów. Staramy się, żeby kobiety zdobyły prawo uczestnictwa w podejmowaniu decyzji. Jestem członkiem rady ds. równości płci przy gruzińskim parlamencie. Jest to organizacja, która lobbuje w sprawach równouprawnienia, nie tylko ujmując się za prawami kobiet, ale również za możliwością wpływu na prawodawstwo. I oczywiście na razie nie możemy powiedzieć, że mamy jakiś znaczący wpływ, jednak ludzie zaczynają rozumieć nasze działania. Wyniki ostatnich badań pokazują, że nawet mężczyźni przyznają, że to kobiety odnoszą sukcesy w naszym społeczeństwie osób wysiedlonych, międzynarodowych inicjatywach, w zdobywaniu nowych kontaktów. Sami mężczyźni zgadzają się też, że potrzebują pomocy w nawiązywaniu kontaktów.
Najpoważniejszym problemem jest totalne bezrobocie wewnątrz tej gminy. Staramy się pomagać kobietom i młodzieży w kształtowaniu nowych przyzwyczajeń, nawyków, umiejętności. Oczywiście robimy to dzięki sponsorom, ponieważ nie mamy własnych pieniędzy. Staramy się wspierać małe inicjatywy na rzecz samorządności – nie jest to wpływanie na rozwój biznesu, ponieważ rozwój przedsiębiorczości wymaga innych rzeczy. Ale dajemy możliwość ludziom, by żyli samodzielnie. Bardzo ważna jest dla nas również pomoc całym regionom, jako że w Gruzji życie koncentruje się w większych miastach. Bardzo wielu przesiedleńców mieszka poza miastami, w obszarach wiejskich. Mają mniej praw i mniejszy dostęp do wielu świadczeń. Więc wskazałabym trzy główne kierunki naszych działań: próby wpływu na międzynarodowe konflikty i kwestie pokojowe, pomoc w obronie praw osób przesiedlonych i wpływ na rolę kobiet w podejmowaniu decyzji i działań społecznych.
- Dlaczego chce pani aktywnie działać? Mogłaby pani wyjechać, nie interesować się sprawami innych...
Są to działania po prostu niezbędne. Dlaczego nie chcę wyjechać? Czasami chcę, ale zawsze pamiętam, że to mój kraj i nie chcę go zostawiać ludziom, którzy może są mniej energiczni ode mnie. Wydaje mi się, że nasza organizacja dobrze rozumie wyzwania stojące przed naszą gminą. Wypracowaliśmy już pewne metody, mamy dobrą reputację międzynarodową i cieszymy się dobrą opinią w kraju. Wydaje mi się, że możemy osiągnąć przynajmniej pewien postęp. Obecnie przyjęto strategię państwową dotyczącą przesiedleńców – mamy ustawę i bardzo silnie popieramy tę strategię w społeczeństwie, w kręgach władzy oraz w organizacjach międzynarodowych. Opiera się ona na międzynarodowych strategiach obrony. Ze swojej strony staramy się, żeby była ona wypełniana, żeby stworzono dobry plan działania i żeby w większości osoby, które są obywatelami Gruzji, mogły się nimi czuć naprawdę. Żeby nie czuli się zepchniętą na margines grupą społeczną pozbawioną opieki czy praw.
- A jaka jest pani indywidualna motywacja do tych działań?
Mam dwóch synów, ale do tego mam około tysiąca młodych ludzi w podobnym wieku, którzy przeszli przez nasze programy, między innymi „obozy pokoju”, zapoznali się z patriotyczną ideologią. Co roku mamy 11 tysięcy odbiorców, a już 12. rok wydajemy pismo p.t. „Białe żurawie”, które łączy dzieci ze stref, które doświadczyły konfliktów. Ja jestem jakby odpowiedzialna za nich, za to wszystko, czego ich nauczyliśmy. I myślę, że jest to dość silna motywacja, ponieważ nawet, jeśli odpowiadasz za jedno dziecko to dużo. A być odpowiedzialnym przed taką ilością młodych ludzi to dużo większe wyzwanie. Jednak największą motywacją jest to, że dopóki nie straciliśmy zaufania ludzi, wciąż się zwracają do nas. To dodaje dużo sił, jeśli ma się świadomość, że ktoś ciebie słucha i masz na coś wpływ. To największa wartość, którą później można przekazać swoim dzieciom.
- Czy w latach 90. uciekała pani z synami?
Ja zdążyłam wyjechać podczas pokoju. Mieliśmy długotrwały konflikt, w którym były okresy pokoju i nastąpiło końcowe porozumienie, gdzie gwarantem była Rosja. Jednak po dwóch miesiącach okazało się, że rozbrojono tylko stronę gruzińską, natomiast Abchazji nie rozbrojono. Wierzyliśmy wówczas, że jest to prawdziwe pojednanie. Wówczas postanowiłam wyjechać z dziećmi, ponieważ mój syn był chory. Mąż został w Abchazji. Kiedy zaczęła się ostatnia eskalacja i masowe wysiedlenia, przez długi czas nie mieliśmy od męża żadnych wieści. A on pracował wtedy w szpitalu jako lekarz. Było bardzo ciężko, ponieważ byłam z dwójką małych dzieci. Wszystkim było bardzo źle, ale ludzie starali się sobie nawzajem pomagać, była taka fala solidarności. Potem nastąpiło rozwarstwienie i sam temat ludzi wysiedlonych zdezaktualizował się. Po wojnie ludzie bardzo starali się pomagać innym.
- Udało się spotkać z mężem?
Po dwóch latach przyjechał, bo zobaczył, że nie ma sensu czekać na mój powrót. Na terytorium Abchazji i południowej Osetii mamy strefy spontanicznych powrotów. Są to rejony, które przed wojną były zamieszkałe niemal wyłącznie przez Gruzinów. Ci ludzie teraz wracają, okresowo, na swoje tereny, uprawiają swoje pola, chociaż to nie jest dla nich w pełni bezpieczne. Jednak nie można tego nazwać powrotem. Po prostu ludzie starają się przeżyć, a dla człowieka związanego przez całe życie z ziemią jest to bardzo trudne. Są to ludzie, którzy sezonowo ściągają na tereny przygraniczne, żeby tam uprawiać ziemię i mieć z tego jakiś dochód. Jednak jest to strefa niezbyt stabilna, warunki bezpieczeństwa jeszcze nie są zapewnione. Są tam siły pokojowe. Dlatego stoi przed nami jeszcze to wyzwanie.
Julia Kharashvili - gruzińska wolontariuszka Narodów Zjednoczonych, zajmuje się uchodźcami, bo sama doświadczyła tragedii uchodźstwa, gdy w 1993 r. musiała uciekać z Abchazji. W 1994 r. założyła w Gruzji IDP Women's Association (Związek Kobiet-Uchodźców Wewnętrznych), którego celem jest poprawa warunków życia, rozwiązywanie społecznych, ekonomicznych, psychologicznych i zdrowotnych problemów kobiet i łagodzenia skutków wojny, w szczególności poprzez zapewnianie bezpieczeństwa i edukacji dzieciom. Jednym z bardzo ważnych przedsięwzięć jest program obozów pokojowych (peace camps) dla dzieci i młodzieży z regionów dotkniętych konfliktami zbrojnymi (najpierw była to tylko Gruzja, potem też Armenia i Azerbejdżan). Przy organizacji tych obozów współpracują aktywiści pokojowi Europy Wschodniej.
Tłumaczenie: Izabela Ignatowicz


Komentarze
Pokaż komentarze