globalsolidarity globalsolidarity
89
BLOG

Nie całkiem święty Tybet

globalsolidarity globalsolidarity Polityka Obserwuj notkę 39
Powoli kończy się era Dalaj Lamy. Młodzi Tybetańczycy nie widzieli efektów jego działalności, więc wzięli sprawy w swoje ręce. Wieloletnią pokojową walkę z Chinami zastąpili walką przemocą. Nie tylko porzucili zasady swojego przywódcy, ale przede wszystkim zdradzili przekonania religijne narodu.

Tybetańczycy są narodem, który z powodów religijnych wyrzekł się stosowania przemocy wobec kogokolwiek. Ich przywódca zarówno duchowy, jak i polityczny, Dalajlama, całe swoje życie poświęcił walce o wolność bez stosowania przemocy, za co w 1989 r. otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla. Dziś wstydzi się za swój naród i grozi odejściem.

210 zniszczonych obiektów mieszkalnych i sklepów, 56 zdewastowanych samochodów i śmierć 13 cywili to bilans protestów rozpoczętych 14 marca przez Tybetańczyków w Lhasie. Co do liczby ofiar tybetański rząd na uchodźstwie nie zgadza się z władzami chińskimi. Według nich zginęło nie 13, ale 99 osób.

Na stronach internetowych Chińskiego Radia Międzynarodowego można znaleźć informacje i relacje świadków z demonstracji w Lhasie.

Podano, że w ubiegły piątek o godzinie 11.00 przed świątynią Ramocha w północnowschodniej części Lhasy kilku mnichów rzuciło kamieniami w policjantów. Później rebelianci rozpoczęli gromadzenie się na ulicach. Wykrzykiwali hasła niepodległościowe i nawołujące do powrotu Dalajlamy. Stosowali przemoc niszcząc i paląc przedmioty znajdujące się w pobliżu. Zniszczyli sklepy, szkoły średnie i podstawowe, szpitale, banki, obiekty elektryczne i komunikacyjne oraz instytucje prasowe. Pobili również cywili.

Tybetańczycy pokrywali ulice papierem toaletowym. Zgodnie z tradycją, mieszkańcy Tybetu używają białych jedwabnych chust, by przywitać gości. Papier toaletowy symbolizował ich niechęć wobec Chińczyków, którzy nie są tam mile widziani.

Dyrektor jednej ze szkół podstawowych powiedział dziennikarzowi: „Ci przestępcy jak szaleni zaatakowali naszą szkołę i poważnie zagrozili bezpieczeństwu, życiu i mieniu nauczycieli oraz uczniów. Ich działania spowodowały straty o wartości 1,4 miliona, a co ważniejsze atak tych przestępców poważnie wpłynął na stan psychiczny uczniów naszej szkoły.”.

Inny świadek demonstracji opowiedział: „14 marca popołudniu gotowałam obiad w domu. Sąsiad powiedział mi żebym jak najszybciej zablokowała drzwi wejściowe do domu. Powiedział, że inni już tak zrobili. Jedno tybetańskie dziecko skryło się w moim domu i powiedziało do mojego męża, aby zaprowadził je do jego domu. Mój mąż otworzył drzwi i chciał zaprowadzić to dziecko do domu. Na ulicach przestępcy rzucali w nas kamieniami. Zostałam ranna, a przestępcy pobili mojego męża i towarzyszące nam dziecko.”.

Radio podaje także, że niewinny cywil został polany przez rebeliantów benzyną i spłonął żywcem, a jeden z policjantów zginął w wyniku ran zadanych nożem.

„Będziemy postępować surowo z tymi kryminalistami, którzy podejmują działania w celu podzielenia narodu” – zapewnił jeden z przedstawicieli chińskiego rządu.

Na ulice wjechały czołgi i uzbrojeni chińscy żołnierze. Mieszkańców zmuszono do pozostania w domach. Wszystkie sklepy, szkoły i urzędy zamknięto. Odcięto telefony. Według relacji świadków do protestujących strzelano ostrą amunicją. Na ulicach leżały setki ciał. Chiny zaprzeczają tym oskarżeniom.

Z Lhasy bardzo szybko pozbyto się obcokrajowców, zarówno turystów, jak i dziennikarzy. Władze chińskie jak zwykle postanowiły zakończyć sprawę po swojemu, bez świadków, zwłaszcza tych z poza granic Chin. Tym bardziej kiedy co raz bliżej do igrzysk olimpijskich w Pekinie.

Dziennikarze, którzy opuszczali Lhasę powiedzieli, że bito zatrzymywanych na tzw. ścieżkach zdrowia. Wszystkich po kolei zamykano w więzieniach, które pękają w szwach. Dodatkowo trzy główne klasztory Tybetańczyków zamieniono w więzienia.

Instytucje Tybetańskiego Regionu Autonomicznego utrzymują, że do 19 marca do godziny 22.00 zgłosiło się około 170 osób uczestniczących w ostatnich dniach w protestach w Lhasie. Według nich samodzielnie pojechali na posterunek milicji i przyznali się do popełnionych przestępstw. Miała to być odpowiedź Tybetańczyków na ultimatum jakie władze chińskie postawiły im mówiąc, że osoby, które zgłoszą się dobrowolnie nie poniosą żadnych konsekwencji. Zarówno to, że Tybetańczycy zgłosili się dobrowolnie, jak i obietnice rządu chińskiego są bez wątpienia nic niewarte.

Na dzień dzisiejszy sytuacja w Lhasie jest ustabilizowana. Pojawiają się już samochody na ulicach, otworzono sklepy, a uczniowie i studenci wrócili na zajęcia.

Protesty Tybetańczyków jednak nie ustają, ale rozszerzają się na sąsiednie prowincje, co przyznała agencja rządowa Xinhua. Tybetańczycy atakują sklepy, domy, samochody i rządowe budynki. Zrywają chińskie flagi i zawieszają tybetańskie. Według obrońców Tybetu, są zabici i ranni.

Kanadyjska telewizja w prowincji Gansu nagrała materiał, gdzie widać jak dziesiątki Tybetańczyków nacierają na siedzibę miejscowego urzędu, a duży oddział milicjantów zabarykadowanych w budynku otwiera do nich ogień.

W kierunku Tybetu i sąsiadujących prowincji przyjeżdżają gigantyczne ilości ciężarówek z żołnierzami.

Rzecznik prasowy MSZ Chin Qin Gang powiedział na konferencji, że działania podejmowane przez rząd chiński podyktowane są wysiłkami na rzecz zachowania pokoju i rozwoju świata.
Chiny zaapelowały również do społeczności międzynarodowej o nieudzielania poparcia dla Dalaj Lamy, który ich zdaniem jest odpowiedzialny za protesty Tybetańczyków i chce w ten sposób rozdzielić jedność tybetańską.

Na temat jedności tybetańskiej Chiny powinny się jednak chyba najmniej wypowiadać. Wszelkie działania, które podejmują od 49 lat mają na celu zabicie tybetańskiej kultury.

Chińska Partia już od jakiegoś czasu przenosi ludność chińską na tereny Tybety w celu asymilacji kulturowej. Tybetańczycy są wyrzucani z wysokich stanowisk na najniższe szczeble, a ich miejsca zajmują Chińczycy.
Tybetańczycy nie mają już żadnego wpływu na kierunek rozwoju swojego kraju.

Podobnie jest z ograniczeniem wolności religijnej. Chiny zredukowały już do minimum klasztory tybetańskie, które są głównym miejscem tybetańskiej kultury buddyjskiej.
Zostało wprowadzone tzw. wychowanie patriotyczne w klasztorach. Mnisi muszą brać udział w długich zajęciach, podczas których wysłuchują chińskiej interpretacji historii Tybetu oraz mają potępiać Dalajlamę. Poza tym tybetańskim studentom i pracownikom urzędu zakazuje się odwiedzania klasztorów i brania udziałów w ceremoniach religijnych oraz świętach.

Głośna dzisiaj dyskusja czy zbojkotować igrzyska olimpijskie czy też nie jest bezsensowna na tle tragedii Tybetańczyków, która zresztą nie zaczęła się dopiero 14 marca. Właśnie od ubiegłego piątku wszystkie serwisy informacyjne są zwalone wieściami z Tybetu. Dobrze. Lepiej późno się zainteresować niż wcale. Jednak samo zainteresowanie jeszcze nic nie zmieni.

Może warto podjąć jakieś rozsądniejsze działania niż wyrzucanie wszystkich przedmiotów z etykietką „made in China” czy też odsyłanie podobnych przedmiotów na adres chińskiego rządu. Co też dadzą te wszelkie marsze solidarnościowe w różnych miastach naszego kraju? Solidarność w takiej formie już nie wystarczy Tybetańczykom. Nigdy nie wystarczy kiedy giną setki ludzi.

Tybetańczycy dają wszelkie znaki, że błagają świat o pomoc. A my co? Pełni wzruszenia i współczucia poślemy im koszulkę z metką „made in China”?

Źródła:
The New York Times
Gazeta Wyborcza
Chińskie Radio Międzynarodowe
www.ratujtybet.org

Dostrzegliśmy konieczność powołania stowarzyszenia, które pozwoli skuteczniej pomagać osobom z tak zwanych krajów Trzeciego Świata, oraz zwiększy świadomość polskiego społeczeństwa z zakresu szeroko rozumianej tematyki misyjnej i rozwojowej. W kręgu naszych zainteresowań są głównie kraje Ameryki Łacińskiej, Afryki, Europy Wschodniej i Azji. Zapraszamy na stronę stowarzyszenia: SOLIDARNOŚĆ   GLOBALNA

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (39)

Inne tematy w dziale Polityka