Jeszcze kilka dni temu Ryszard Kalisz zachowywał się tak, jakby przewodniczył już swojej lewicowej partii. Praktycznie uśmiechał się jak przewodniczący SLD, pokazywał w otoczeniu drogich gadżetów jak na lewicowca przystało i deklamował w mediach swoją wizję lewicy. Wizja ta była zaprezentowana w czasie Małego Marszu Oburzonych w Warszawie, gdzie lewicowy bono pokazał swoją solidarność z biednymi i ciemiężonymi przez kapitalistów, wysiadając z wypasionego Jaguara… ludziska gnębione przez kapitalistów nie zrozumieli tego czarnego humoru i kandydata na bogatą wersję lewicy dla biednych ludzi - wygwizdali… tak po prostu :)
I to właśnie sygnał od Boga był, że zanim zacznie się marzyć i pokazywać, należy najpierw powściągnąć nadmierny entuzjazm.
Wczoraj czerwone staruchy zamknęły się w gabinecie i wybierały następcę młodzika Plastusia, który swoim delikatnym rządzeniem uszczuplił lewicę o kilka procent elektoratu. Ponieważ lewica postanowiła umrzeć śmiercią bohaterską, na polityczne salony wypuściła niejakiego Millera Leszka - co jest całkiem zrozumiałe... osobnik ten urwał partii prawie czterdzieści procent poparcia i jest bohaterem kilku afer więc uradowana lewica postanowiła skorzystać z usług speca od głośnych upadków.
Jak nie patrzeć czerwone truchło już przebiera nogami, a co bardziej skompromitowani współpracownicy byłego premiera zacierają ręce. I tak, ponownie wynurzył się Czarzasty Włodzimierz.. Jeszcze rok temu chwalił się, że on był twórcą sukcesu Napieralskiego w wyborach na urząd prezydenta, choć Bóg jeden wie co to był za sukces. Jednak po ostatnich wyborach powiedział, że cieszy się z klapy – też Napieralskiego :)
Normalne w czerwonym stadle: gdy jest sukces – kleją się jak goowna, gdy jest klapa – traktują jak goowno. A sam Włodek powiedział, że lewica jest głęboko w doopie więc i goowniane zachowanie jest całkiem zrozumiałe. Powinniśmy wyczekiwać aż wywiadów zacznie udzielać Lwica Lewicy, towarzysz Nikolski, towarzysz Kaczmarek (ten od Staszka), Janik i Łapiński. Stare, sprawdzone wygi na pewno pomogą dokończyć dzieła politycznego samobójstwa.
Ale do rzeczy.
Ostudzony z emocji Kalisz (niedoszły przewodniczący klubu i ten, który miał ruszyć lewicę z posad) tuż przed głosowaniem spijał z pyszczka swojego konkurenta – głupi nie jest i wie, że jeżeli czerwone na głodzie idzie po stołek to znaczy, że go dostanie. Więc na wszelki wypadek Kalisz najpierw obiecał, że buntu nie będzie, a potem pogratulował i wyraził swoją radość z faktu przegranej z tak wielkim człowiekiem jakim jest były premier, który podpisał traktat akcesyjny…
No cóż, pewnie dumny byłby także z przegranej z Kubusiem Puchatkiem… wszak termin podpisania traktatu ustalono dużo wcześniej i trudno wpisywać to w zasługi. Chyba, że w przypadkowe zasługi.
Ryszard Kalisz powinien zastanowić się czy to nie jest raczej policzek i zniewaga przegrać z człowiekiem, który nie sprawdził się jako premier, a i przeżył romans z Samoobroną. O nieudanej próbie tworzenia nowej partii nie wspomnę przez litość.
Ale nawet jeżeli zastanowi się to nie będzie mówił o tym głośno, tylko z przyklejonym uśmiechem będzie oddawać się gratulacjom dla tego, którego poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale jak kończy.
Jedno jest pewne: ani Kalisz ani Miller nie nadają się do przewodniczenia lewicy. Ale z osobą Millera wiąże się nadzieja, że za kilka lat, czerwone gęby w parlamencie będą już tylko upiornym wspomnieniem.
alex


Komentarze
Pokaż komentarze (14)