Wtedy, po ciepłym dniu, padał deszcz. Padał, bo akurat chciał.
Deszcz, deszcz, deszcz. Przez ten lekki szelest zaczęły przedzierać się nagle dźwięki Apelu Jasnogórskiego, odtwarzanego z wieży dalekiego kościoła. Wtedy włączyły się dzwony z naszego kościoła. Zaczęły dzwonić w duecie. Te - swoje tradycyjne bim-bom, tamte-"Maryjo, Królowo Polski". Nie zakłóciło tego nawet wycie żadnego samochodu. Panowała kompletna cisza, w tle słychać było tylko szelest wody spływającej po szorstkich, włochatych liściach leszczyn.
Powoli robiło się ciemno.
Znam sporo dziewiętnastowiecznych wierszy o tematyce dewocyjnej. Każdy poeta uznawał za obowiązek napisać coś o grze przyrody w kontekście modlitw maryjnych. Ja uważałam dotąd, że to bujda i puste metafory. Ale ten szklany dźwięk kropel, szelest i dzwony to nie był przypadek. To był naprawdę koncert człowieka (techniki) i przyrody, w tym jednym momencie, kiedy setki ludzi w całej Polsce gromadzą się przed Jej obrazem.



Komentarze
Pokaż komentarze (8)