Mam wtedy jeszcze mgłę przed oczami, na sobie pot na przemian z chłodem, wyszukującym szparki w polarze, w żołądku ssawkę z turbodoładowaniem. A często jest właśnie tak, że zanim stanę pod niebem Sudetów albo Beskidów, poznaję najpierw lokalną Golgotę. Miasto w dole jeszcze wstaje, jeszcze nawet nie szumi, a tutaj trwa Droga. Mijam kapliczki, rozstawione w dużych odstępach, kiedy ja, jeszcze lekko nieprzytomna, chciałabym już być za tą XIV, usiąść spokojnie i pić herbatę, patrząc w dal maślanym wzrokiem. Na dawnych rekolekcjach w górach mieliśmy Drogę w jeden piątek: trzeba było wlec się (przy zmęczeniu - zabójcze!) i to jeszcze z pieśnią na ustach: "..jarzębina, jak czerwone krople Krwi". Trącaliśmy nawet gałęzie tej jarzębiny, słowa szeleściły, przerywane ciężkimi oddechami, żar lał się z nieba i głowa tętniła mi bólem (tak mogło być Wtedy), i piasek wchodził do butów. Końca nie było widać. Jego też nie.
Brr.
Więc mogę iść obok Niosącego, ale nie w górach. Ja tam po prostu nie widzę Go z krzyżem ani na krzyżu. I dlatego nie zatrzymuję się przy stacjach, wspomnieniach rekolekcyjnej udręki. Raczej myślę o tych, którzy stawiali kapliczki. A czasem nabieram wody ze źródełek koło nich i liczę zakręty. Jeszcze trzy, dwa.. Las coraz rzadszy, wiatr gwiżdże coraz odważniej. I nagle zielony tunel drzew kończy się oknem nieba na wprost. Nie ma już "wyżej", jest tylko "dalej" i polana, i ostatnia, barokowa kapliczka. A właściwie Grób. Pusty!
Wszystkim Gościom Blogu i Przyjaciołom życzę radości spotkania Zmartwychwstałego. Wesołych Świąt!




Komentarze
Pokaż komentarze (26)