39 obserwujących
1137 notek
660k odsłon
  134   0

Adamie Mazguło

        W odróżnieniu od Adama Mazguły nominowany na stopień pułkownika byłem kilka lat przed odejściem z armii w stan spoczynku, a on będąc już dziewięć lat na emeryturze w 2014 r. - przez ministra ON Siemoniaka - najwyraźniej za "polityczne" zasługi. W odróżnieniu od A. Mazguły w stanie wojennym nie byłem już "dorosłym" oficerem (w stopniu podporucznika) tylko podpułkownikiem WP i nie pełniłem funkcji d-cy plutonu chroniącego jakieś dowództwo, tylko byłem komisarzem i dowodząc grupą oficerów miałem "pod opieką" pięć dużych zakładów przemysłowych i dwa wojewódzkie przedsiębiorstwa budowlane (budownictwa przemysłowego i budownictwa mieszkaniowego. Jestem inżynierem i magistrem ekonomii, także mam dyplom  SGPiS z Ekonomiki Przemysłu oraz jestem ekspertem PTE. Po kilkudziesięciu latach w tzw. "linii" i zdobyciu odpowiedniego (teoretycznego) wykształcenia (chociaż na studiach technicznych odbyłem cztery miesięczne praktyki w zakładach przemysłowych - rozpocząłem służbę w centralnej instytucji wojskowej w pionie Głównego Inspektora Techniki WP w oddziale zajmującym się ekonomicznymi analizami, kosztami i cenami uzbrojenia i sprzętu wojskowego. Zadaniem owego oddziału, którego wkrótce zostałem szefem było także uzgadnianie cen wojskowych zakupów w przemyśle. Ceny zasadniczego, znaczącego i kosztownego uzbrojenia ustalane były przez Komisję Cen Uzbrojenia usytuowaną przy Komisji Planowania przy Radzie Ministrów. W jej skład wchodzili przedstawiciele zainteresowanych resortów, ministerstwo finansów i przedstawiciel wojska - owym wojskowym delegatem po krótkim okresie adaptacyjnym w centralnej instytucji wojskowej  byłem ja. We wszystkich wiodących zakładach produkujących uzbrojenie były zainstalowane wojskowe przedstawicielstwa, w składzie których był także zatrudniony ekonomista. Pod względem merytorycznym ci ekonomiści podlegali mojemu oddziałowi w Szefostwie Zamówień i Dostaw Techniki Wojskowej. Z racji charakteru mojej służby odbywałem wizytację przedstawicielstw już to w składzie komisji kontrolującej, już to tylko zajmując się działaniem wspomnianych ekonomistów. Nieodłącznym fragmentem "wizyty" w takim zakładzie było jego "zwiedzanie" (zapoznanie się z produkcją), a także rozmowy z dyrekcją takiej "fabryki" - w szczególności z jej ekonomicznym pionem. Dość powiedzieć, że w ten sposób zapoznałem się dość dokumentnie z wieloma przemysłowymi zakładami - w tym z "Cegielskim" (które to zakłady były też miejscem jednej z moich praktyk z Politechniki), Hutą Stalowa Wola, Zakładami w Radomiu, w Starachowicach, z hutami Śląska, Ozimka, z zakładami w Tarnowie, ... w Warszawie, w Gdańsku itd. Uzgadnianie cen łączyło się z intensywnymi negocjacjami z tymi producentami, wytaczane były wszechstronnie "ekonomiczne" argumenty, które należało merytorycznie "zbijać". Nie było łatwo, tym bardziej, że przedstawiciele przemysłu mieli zawsze "argument" dyrektywnych wskaźników, które trzeba było respektować, dlatego sprawy sporne przenosiło się pod obrady i decyzję wspomnianej Komisji Cen Uzbrojenia. 

          Piszę o tym dość szeroko, by powiedzieć, że w moim przypadku skierowanie mnie jako komisarza do zakładów przemysłowych było uzasadnione w tej mierze, że nie byłem ciemnym zadufanym w sobie oficerem, który tylko z racji stopnia wojskowego i uprawnień z tytułu wprowadzenia tego stanu ma mieć posłuch i autorytet w tych produkcyjnych placówkach. Kierowałem się raczej pewną pokorą i raczej starałem się usytuować siebie jako praktykanta pragnącego wniknąć w zakładowe problemy. Praktycznie polegało to na rozmowach z ludźmi wszystkich szczebli (od dyrektora zakładu do sprzątaczki). Szczególnie zależało mi na rozmowach z robotnikami i działaczami związku Zawodowego "Solidarność". Starałem się zrozumieć motywy ich działania i argumenty za tym przemawiające. Nie muszę dodawać, że "przy okazji" jednak wychodziła na jaw moja techniczna i ekonomiczna wiedza, chociaż przedsiębiorstwa, w których działałem jako komisarz wojskowy nie produkowały uzbrojenia.  

          Tego typu filozofia działania jako komisarza okazała się trafną i ludzie z  "moich" zakładów przemysłowych przestali patrzeć na mnie spode łba. Raczej zgłaszali się do mnie w celu rozwiązania takich czy innych problemów. Nie zawsze mogłem im pomóc. Szczególnej pomocy wymagały Dyrekcje zakładów znajdujący się na proskrypcyjnej liście do usunięcia ze względów "politycznych". Takimi względami się nie kierowałem i w niektórych przypadkach udało mi się obronić dyrektora przed jego usunięciem ze stanowiska. Takie "personalne" rozliczenia odbywały się w czasie, kiedy na skutek może nawet międzynarodowych nacisków - "wojsko" zostało zepchnięte na drugą pozycję, a pełnię władzy ponownie objęła partia. I to partyjna wojewódzka komisja decydowała o tych sprawach, ale w jej skład wchodził zawsze wojskowy komisarz zakładu, którego owe sprawy dotyczyły. Będąc merytorycznie przygotowany obroniłem szczególnego przyjaciela Solidarności skazanego już na dymisję dyrektora zakładu, który ów zakład doprowadził do świetnego ekonomicznego rozwoju. Zasypałem komisję obdarzoną olbrzymim deficytem wiedzy ekonomicznej odpowiednimi wskaźnikami i wymusiłem pozostawienie dyrektora na stanowisku. Były jeszcze inne przykłady, które rozwiązałem z korzyścią dla ludzkiej obsady fabryki i dla jej sprawności produkcyjnej. To udawało się dzięki wcześniejszemu zdobyciu zaufania załogi. cdn.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale