PO z Tuskiem i Komorowskim na czele opanowała już prawie wszystkie najważniejsze urzędy państwowe, także te, które były do przejęcia dzięki Bożej Opatrzności po 10 kwietnia. Zachowała się bez "smaku" - potraktowała "zwolnione" stanowiska, jak łup wojenny. Przedtem szereg ważnych urzędów państwowych było kierowanych przez polityków wywodzących się z różnych opcji, kadencje tych urzędów były przesunięte w fazie w stosunku do kadencji sejmu i rządu. Taka regulacja była właściwa, zapobiegała bowiem powstaniu monopolu władzy jednego ugrupowania politycznego. Oczywiście, nikt nie przewidział tak monstrualnej katastrofy i PO skrzętnie zadziałała zgodnie z literą prawa. Duchem prawa nikt tam się nie przejmuje.
Do pełni szczęścia ciągle brakuje pewności, że ta rozkoszna władza może być jednak odebrana w wyniku demokratycznych wyborów do sejmu. Trzeba było myśleć o rozwiązaniu trochę mniej demokratycznym, że ten PIS, to właściwie partia pozasystemowa, neguje niektóre państwowe urzędy. Dołączyli swoje ("natchnione" - Michnik i "uczone" - M. Król), wywody. Należało tylko rzucić hasło o delegalizacji PIS; tak samo widoczne były przygotowania do delegalizacji Radia Maryja.
Prof. Śpiewak, którego nie bardzo lubię, ale szanuję za pryncypialność, ocenił te sformułowania o niesystemowości PIS jako nierzeczowe, a zachowanie partii - jako typowe dla opozycyjnych ugrupowań. Wydarzenie o ogromnym ciężarze gatunkowym - mord polityczny, wykonany na jednym przedstawicielu PIS i ciężkie poranienie drugiego zmusiło premiera do zmiany taktyki - trzeba było szybko przemienić się w baranka, o politykę i język nienawiści oskarżyć Jarosława Kaczyńskiego, pomimo, że do znudzenia publikowane, nieskończone wprost napaści słowne to specjalność PO - wszyscy to wiedzą dokładnie. Bez przeproszenia, ustąpienia z niektórych pozycji, Tusk chciałby, żeby poszły w niepamięć przejawy agresji, w jego głównie wykonaniu i rozpoczęła się era miłości powszechnej, w sytuacji, kiedy on zagarnął prawie wszystko. Wyzbyć się języka agresji, zrezygnować z dochodzenia do prawdy; opozycja ma milczeć (ale nie złowrogo).
Ciekawe, czy w ferworze tej walki klasowej, która zgodnie z teorią Stalina, zaostrza się w miarę postępu, Tusk pamięta o jakże ważnej sprawie międzynarodowej, mianowicie o kwestii głębokości położenia gazociągu północnego - tylko rząd ma kompetencje, by tę sprawę załatwić na forum unijnym. Obawiam się, że przyjaciel Władymir i więcej niż przyjaciółka - Angela - sprawę już załatwili w ten sposób, że nasze zachodniopomorskie porty stały się porcikami rybackimi średniej wielkości.
Zaniedbanie tej, tak dla Polski ważnej sprawy nie mieściłoby się już w pewnej swobodzie politycznej rządu.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)