Janusz40 Janusz40
436
BLOG

Prezydencja - uśmiechy pobłażania, oby nie politowania

Janusz40 Janusz40 Polityka Obserwuj notkę 5

                      Znowu mam ambiwalentne odczucia związane z polska prezydencją. Ostatnio podobne miałem, kiedy w europejskim zarządzie piłki nożnej wylosowano polski piłkarski zarzad jako (wespół z ukraińskim) mający organizować mistrzostwa Europy. Wkrótce okazało się, że to narodowa sprawa, że to jakaś niesamowita łaska na nas spłynęła, że dzieki tym zawodom  staniemy się sławni w Europie, ba - w świecie, a może jeszcze szerzej. Wszystko zostało podporządkowane tej wiekopomnej sprawie, znalazły się ogromne pieniądze na budowę ogromnych, niepotrzebnych widowni stadionowych; kombinatorzy budowlani wyczuli dobrą koniunkturę; trzeba wybudować na czas, wiec koszty się nie liczą - buduje się więc najdrożej na świecie. Nic to, Polska zyska na wizerunku, przyjedzie kilkanascie tysiecy kiboli (pardon - kibiców), opowiedzą potem, jaka ta Polska jest piekna i bogata, jak dobrze można zjeść i tanio się zabawić -osiągamy sukces propagandowy, promocję pąństwa. 

 

                        Przypomina to jako żywo organizowany w czasach głębokiej komuny tzw. Wyścig Pokoju; monstrualna propaganda wydźwignęła to sportowe wydarzenie do rangi światowej; nie było w Polsce rzeczy ważniejszej; w zakładach pracy były przerwy na wysłuchanie transmisji, wszędzie instalowano kołchoźniki i megafony, by każdy mógł na żywo uczestniczyć w tej nadzwyczajnej wszechświatowej imprezie. Można było to zrozumieć (panem et circenses); chleba za dużo nie było, trzeba było dostarczyć igrzysk. 

 

                       Teraz o zrozumienie trudniej; czerwone światełko żarzy się coraz intensywniej, jak to - Polska, to tak mało znaczące państwo, że jej los zależy nieledwie od zawodów w cymbergaja (pardon - w piłkę). Dochodzi do tego, że najwyżej postawione państwowe persony tłumaczą się jak chłopaczkowie przed europejskimi prezesami od owej piłki kopanej, że przygotowania idą nie za sprawnie, ale pójdą... Można jednak przecierpieć i te mistrzostwa schować na trochę narodową dumę do kieszeni, bo korzyści jakieś już są i prawdopodobnie będą jeszcze większe; przy okazji bowiem posłowie trochę usprawnili ścieżkę prawną pozyskiwania terenów pod drogi i na fali tej narodowej egzaltacji, te drogi (z unijną pomocą) w końcu się buduje. Jest to jedyna wymierna korzyść z tych zawodów; i to jeszcze nie do końca, gdyż okazuje się, że budujemy najdrożej w Europie, swoją buta i nonszalancją zraziliśmy sobie Chińczyków (to może mieć przykre konsekwencje gospodarcze w relacjach z tym potężniejącym ciągle państwem środka).

 

                        Całkowicie natomiast niezrozumiała jest euforia władz z racji objęcia przez Polskę prezydencji UE na najbliższe pół roku. Sprawowanie czysto administracyjnej funkcji dublujacej istniejącego przewodniczacego Rady Europejskiej - nie jest aż takim nadzwyczajnym awansem państwa; jest to funkcja rotacyjna - należna każdemu po kolei, polega na uzgadnianiu kalendarza posiedzeń Rady, proponowaniu porządku dnia i sprawowaniu roli spikera (prowadzacego obrady). Polsce z tego powodu nie przybędzie nawet ćwierć procenta głosu decyzyjnego. Reprezentowanie Unii na zewnątrz jest już w innych rekach (baronessy Ashton).  Tymczasem, praktycznie wykonujący ową prezydencję  - premier Tusk przybiera pozę władcy Europy, Cezara, Karola Wielkiego. Pompa związana z objęciem prezydencji jest okazała na miarę cesarkiej koronacji. Przy okazji chce się wszystko sprzedać i załatwić; pokazuje się polski folklor, polskie jedzenie, polską kulturę (kulturę a'rebours, jeżeli ma to być twarz Wojewódzkiego). Już dają sie słyszeć lekkie kpinki w prasie zagranicznej; całość zapowiada się dość szmirowato. Pojawia się niesmak i uczucie poniżenia, że miedzynarodowa pozycja Polski jest tak wątła, iż musimy dla jej wzmocnienia organizować tak żenujące widowiska. Wydatkowanie na ten cel prawie pół miliarda zł., to kiepska inwestycja. (Jestem jednak przekonany, że suma ta w ostatecznym rozliczeniu będzie znacznie przekroczona.)  Najlepsze, co może nas spotkać to uśmiech pobłażania ze strony starych silnych graczy europejskich.

 

                          My Polacy lubimy błyszczeć; wjazd do Rzymu królewskiego posła Jerzego Ossolińskiego przeszedł do historii - konie gubiły złote podkowy, wspaniałościom nie było końca, niekórzy porównywali go do wjazdu Kleopatry. Róznica między Ossolińskim a Tuskiem jest taka, że ten pierwszy robił to na własny koszt - czyli różnica taka jak między obyczajami rycerza i ciury.

 

                          Lepiej dla Polski byłoby, gdyby prezydencja była pracowita i merytoryczna, ale oczywiście, to nie w stylu tego, który na fali unijnych splendorów chce utrzymania władzy na następna kadencję.

 

 

                           Def. prezydencji zamieściłem w notce w dniu 30. 06 br.

 

 

 

                          

Janusz40
O mnie Janusz40

Wbrew wymienionym papierom jestem humanistą. Piszę od kilkudziesięciu lat - przeważnie do szuflady. Kieruję się maksymą: Amicus Plato, sed magis amica veritas. Gotów jestem zawsze wysłuchać i odpowiedzieć na rzeczowe argumenty.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka