Polska prezydencja w Unii Europejskiej, to ogromna okazja do promocji naszego państwa, tego nie można zmarnować, to ponadpartyjny interes- wszyscy powinniśmy popierać działania mające podnieść rangę i prestiż Polski, Można to zrobić lepiej, lub gorzej , można piec swoją partyjna pieczeń, kosztem interesów Polski, można o nich nie zapominać, nie ulegać potulnie presji najważniejszych państw europejskich, kosztem nawet utraty popularności na salonach. Reprezentujący nasze państwo powinni to zrobić mądrze.
Obawiam się, że start był nie najlepszy; propaganda w gierkowskim stylu, kiedy to byliśmy "dziesiątą potęgą świata" kwitnie w najlepsze. Jest w polskim narodowym interesie pokazać się od najbardziej korzystnej strony; przesada jednak może obrócić się przeciwko Polsce. Nie tak dawno słyszeliśmy uszczypliwe uwagi na temat rozbieżności między propagandą "zielonej wyspy", a niemożnościa praktycznego udziału polskich wojsk w oenzetowskiim przedsięwzięciu libijskim z powodu naszej biedy...
Deklarujemy z pompą, jaki to ożywczy duch zapanuje w Europie pod nasza prezydencją, ile to wniesie polska przedsiebiorczość i kreatywność; wygłasza się tego typu eufenizmy bez żadnego pokrycia. W prasie zagranicznej zaczynaja pojawiać sie kpinki. Po prostu prezydencja rotacyjnie sprawowana (przez Czechy, Słowenię, Wegry, Polskę i nastepne państwa) nie daje żadnych nadzwyczajnych możliwości, szczególnie obecnie, po przyjęciu traktatu Lizbońskiego. Przy okazji zarzadzonych, dość kosztownych fajerwerków, z rozpędu zaczęto perrorować o świetnej kondycji polskiej gospodarki. Proponuję umiar w tym względzie - to może znowu wyjść nam bokiem.
Polskie wskaźniki dotyczące gospodarki wcale nie są najlepsze, zresztą względne gospodarcze ożywienie w dużej mierze wynika z faktu napływu kapitałów z unijnego funduszu spójności. Wykorzystywanie tychże, to dość często wyrzucanie pieniędzy w błoto (najdroższy stadion na świecie, najdroższe autostrady). Dług publiczny, to 800 mld. zł. - roczna obsługa, to ponad 30 mld. Minister Rostowski ciągle oferuje obligacje skarbu państwa, które na międzynarodowych rynkach finansowych mają oprocentowanie wyższe od hiszpańskich (a mówi się, że Hiszpania stoi w kolejce do postępowania upadłościowego), możliwości kreatywnej księgowości już są na wyczerpaniu. Wykonanie budżetów tegorocznego i przyszłego roku oraz osiągniecie normatywnych progów ostrożnościowych wymaga wzrostu PKB w tych latach każdorazowo 4,5 - do 5 %. Ciekawe, czy przy zamrożeniu płac z rosnącą inflacją będzie to społecznie możliwe.
Jednocześnie rząd, jak ognia boi się przeprowadzenia istotnych reform strukturalnych - podniesienia wieku emerytalnego, reorganizacji KRUS, zmniejszenia biurokracji (przynajmniej o połowę), likwidacji przywilejów korporacyjnych. Przyczyna jest prosta - rząd w przededniu wyborów nie chce się narazić żadnej liczącej się grupie społecznej.
Rząd nie zażąda renegocjacji podpisanego przez premiera Tuska pakietu energetyczno-klimatycznego, który wkrótce położy naszą gospodarkę na łopatki, nie zażąda wkopania rury Nord-streamu, nie wybuduje w przyzwoitym czasie gazoportu w Świnoujściu, rząd nie upomni się o podniesienie dopłat bezpośrednich dla naszych rolników, rząd nie przyspieszy prac związanych z wydobyciem gazu łupkowego i pozyskaniem energii z ciepłych wód podziemnych - rząd tego wszystkiego nie uczyni, gdyż mogłoby to spowodować gwałtowne obniżenie ilości przyjaznych poklepywań po plecach "naszego" premiera.
Owa ilość i częstotliwość poklepywań, to priorytet wszystkich priorytetów, to wizerunek przywódcy, to wygrywanie emocji Polaków, to gwarancja sukcesu wyborczego. Obawiam się jednak, iż nadmierna ustępliwość cielęcia nie zaowocuje tym razem mlekiem od dwóch matek. Na świecie, a więc i w Europie szanuje się silnych i asertywnych. (Vide - przypadek Orbana).



Komentarze
Pokaż komentarze