„Gdyby moja ojczyzna popadła w jakieś tarapaty, myślę tu o sytuacji zbrojnej, to ja natychmiast zostaję dezerterem. Nie zostaję sanitariuszką, nie schodzę do kanału. Pierwsza rzecz, jaką robię, to spierdalam po prostu".
To jest cytat z art. Kłopotowskiego; są to słowa Marii Peszek. Wydźwięk jednak całego felietonu KK jest taki, że to tchórzliwe wyznanie wspólczesnej pożal się Boże kosmopolitki - mogłoby stanowić dla niego credo.
Nie znam publicystycznej twórczości Klopotowskiego; może bardziej kojarzę jego wystąpienia telewizyjne związane z filmową tematyką. Kilka artykułów na Salonie 24 przekonało mnie, że jest to wysokiej klasy humanista, obdarzony świetnym piórem. Oceniłem go tak wysoko, że uważałem go za najlepszego kandydata na prezesa Związku Polskich Dziennikarzy i nawet optowałem za nim w internecie. Nieco zaniepokoiły mnie jego bajdurzenia na temat świetlanych losów Polaków (bo już nie Polski) w ramach cesarstwa austriackiego - czyli zryw niepodległościowy, w wyniku którego powstała II Rzeczpospolita był niepotrzebny, ba - zgubny. Pomyślałem sobie - ot takie teoretyzowanie - całkowicie przestarzałe, bardziej przystajace do czasów wielkich wielonarodowych imperiów, od czasów starożytnych począwszy.
Oczywiście różne ludy, plemiona Europy i nie tylko - lgnęły do Rzymu; tam było prawo, wyższa kultura materialna; cesarstwo gwarantowało wyższy życiowy standard. W dużym stopniu ten mechanizm działał w brytyjskim imperium - Anglia jednoczyła pod swoim berłem ludy prymitywniejsze lub zapóźnione pod względem technicznych zdobyczy (Indie). Ten okres skończył się bezpowrotnie; dla wszystkich najwyższym dobrem jest niepodległość - własne państwo. Okazuje sie, że nie dla wszystkich - nie dla Kłopotowskiego. Po dzielnicowym rozdrobnieniu, które opanowało nie tylko Polskę,lecz cała Europę - nastapił okres kształtowania się silnych, jednolitych etnicznie państw. Ten okres trwa do dzisiaj. Teorie głoszące schyłek pojęcia narodu są charakterystyczne dla pewnego rodzaju kosmopolitów, którzy nie są zakotwiczeni w konkretnym narodzie (nawet państwie) - na skutek mieszanych związków różnoplemiennych, posiadających przodków z wielu narodów. Ciekawe, że nie głoszą upadku narodów państwa, które odniosly sukces, państwa wielkie, ale również małe, lecz dobrze rozwinięte.
Ostatni wielcy Sarmaci, jednocześnie ludzie pióra, którzy równie dobrze znali Zachód, jak i Ojczyznę - Wańkowicz, Herling-Grudziński i Giedrojć - nigdy nie opowiedzieli się za serwilistycznym kosmopolityzmem, nigdy nie ulegli zachodniemu blichtrowi. Zdaję sobie sprawę, że dla Kłopotowskiego nie mają znaczenia gadżety, które nobilitują tarasopodobnych szalikowców; on oczywiście ma szersze horyzonty, ale nawet najbardziej wyrozumowane potępienie najpiekniejszych polskich tradycji, wpisuje się w ogólnie przyjętą modę i ideowy program niektórych partii rządzacych w Polsce. To w gruncie rzeczy słabo zakamuflowana inwektywa pod adresem politycznych przeciwników pt. "obóz bogoojczyźniany". W imię tych bogoojczyźnianych haseł walczyło i zginęło wielu Polaków i bardzo dobrze jest, że wielu jest jeszcze takich, dla których te hasła coś znacza.
W opozycji do mierzwy słów Marii Peszek- wieszcz napisał:
Polak, chociaż stąd miedzy narodami słynny,
że bardziej niźli życie kocha kraj rodzinny,
Gotów zawżdy rzucić go, puścić się w kraj świata,
w nędzy i poniewierce przeżyć długie lata.
Walczac z ludźmi i z losem, póki mu sród burzy
przyświeca ta nadzieja, że Ojczyźnie służy.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)