Gołosłowne wmawianie, że przedstawiciele PO wypadają lepiej w publicznych debatach, to dość nachalna agitacja w wykonaniu prof. Sadurskiego niegodna jego naukowego tytułu. Teoria mówiąca, że PIS nie chce debaty też jest z palca wyssana.
Kwestia debat stała się drażliwą po sławetnej debacie sprzed czterech lat. Wtedy oczywiście uczciwość przegrała z manipulacją. To jest tak, że profesor noblista zawsze przegra z przekupką z Bazaru Różyckiego. Mając w odwodzie wytresowaną klakę Tusk nic nie ryzykował. Kaczyński nie przewidział brutalnej, niehonorowej zagrywki interlokutora.
O retorycznych zdolnościach Tuska i jego umiejętności prowadzenia dyskusji mogliśmy się przekonać w ub. tygodniu, kiedy prosty plantator papryki opiórkowywał premiera przez pół godziny jak chłoptasia, a ten stał jak besztany uczniak bez sensownego słowa, bez umiejętności przerwania, bezradny jak harcerzyk, którym chyba jest w istocie. Gdyby dysponował nie tylko zgrają potakiewiczów i karierowiczów, którzy spijają z jego ust każde słowo, ale jeszcze posiadał odrobinę kawioru, to mógłby utemperować rozmówcę, ale najwyraźniej stchórzył.
Takiemu przypisywać nadzwyczajne zdolności; wolne żarty.
Przypominam sobie moment, kiedy PO wygrała poprzednie wybory; Tusk zapytany, czy ma tremę przed objęciem rządów - odpowiedział, że absolutnie nie, zarówno on, jak cała PO jest doskonale przygotowana do sprawowania władzy. Od czasów Sokratesa wiadomo, że im człowiek mądrzejszy i bardziej doswiadczony, tym ma większe wątpliwości; tylko hucpiarze wątpliwości nie mają. Minione cztery lata w sposób dobitny potwierdziły, że rządy PO osiągneły mistrzostwo w dziedzinie PR, doprowadziły do perfekcji gierkowską propagandę sukcesu i upojone sukcesami medialnymi wyobrażaja sobie, że można wygrać nastepne wybory i poprzedzajace je debaty publiczne przy pomocy zręcznej sofistyki.
Ciekawa rzecz, kiedy zarysowała się możliwość publicznej debaty Rostowskiego z Gilowską - błyskawicznie zmalała ze strony PO chęć do debat. Oczywiście, z natury rzeczy - mnistrowie finansów nie będą się wzajemnie licytować znajomością cen natki pietruszki, jabłek, czy kaszy gryczanej (jak to robił Tusk uzyskując aplauz zebranej gawiedzi, co później odtrąbiono jako wygraną w debacie). Ministrowie finansów muszą poruszyć kwestię rosnącego długu publicznego, którego obsługa to prawie 40 mld zł rocznie, a wartość oscyluje wokół dopuszczalnego progu 55 % PKB. Rostowski będzie musiał odpowiedzieć na pytanie - po co takie nerwowe ruchy polegające na zwiększeniu wartości gwarantowanej linii kredytowej (co dodatkowo kosztuje), po co dalsze zadłużanie państwa, skoro premier tryumfalnie ogłosił, że deficyt budżetowy za 2011 rok bedzie mniejszy od planowanego o 10 mld. zł., po co sprzedawać obligacje skarbu państwa z rentownością 4,5 % skoro nadzwyczaj optymistycznie perzewidywany wzrost PKB ma osiągnąć 4 %. Gdyby z takim biznesplanem przyszedł przedsiębiorca do instytucji finansowej (nadzorowanej w pewnym sensie także przez Rostowskiego) po kredyt, czy pomoc z unijnych funduszy - byłby wyśmiany i przegoniony...
Jest jeszcze sporo zagadnień ekonomicznych o kapitalnym znaczeniu dla gospodarki państwa, ale ich omówienie, a nawet zasygnalizowanie przekracza zamysł tej notki. W debacie premierów powinna być podniesiona sprawa braku strukturalnych reform nieodzownych do poprawy finansów państwa - kwestia wieku emerytalnego, KRUS, ubezpieczeń społecznych, ogromnego wzrostu liczby urzęników w administracji panstwowej i samorządowej przy jednoczesnym wzroście bezrobocia, szczególnie wsród młodych ludzi. Wyobrażam sobie, że Tusk powinien być poproszony o wyjaśnienie związane z karygodnym opóżnianiem budowy gazoportu w Świnoujściu, haniebnym prowadzeniem negocjacji o dostawę gazu z Rosji, o katarskiego inwestora. Oddzielnymi zagadnieniami są jeszcze -polityka zagraniczna Polski i kwestia armii. Działania rządu w tych niezmiernie ważnych dla państwa sprawach można krótko ocenić jako staczanie się po równi pochyłej, jako permanentną degradację państwa. Niechby się Tusk wytłumaczył ze słów - "mnie duża armia jest niepotrzebna - nikt nie zagraża naszym granicom" - cyt. z pamięci. Tak samo zresztą, jak kiedyś powiedział - "mnie pan prezydent jest niepotrzebny" (przy okazji reprezentowania Polski w UE). W I Rzeczypospolitej tego typu odzywka kanclerza wobec króla byłaby karana "na gardle", w drugiej - przynajmniej natychmiastowa dymisja ewentualnie kilka pojedynków (gorzej z tzw, zdolnością honorową).
Przypominam, że na Sejmie Czteroletnim - hetman Ksawery Branicki też grzmiał z trybuny, ze Polsce nie jest potrzebna stutysięczna armia zaciężna; jak dalej potoczyły się losy Rzeczypospolitej - wszyscy wiemy. Przyrównywanie dosłowne Tuska do Branickiego nie jest moim zamiarem.


Komentarze
Pokaż komentarze (51)