Premier uważa za swoje największe osiągnięcie wybudowanie 1800 orlików. Nieodparcie przychodzą mi na myśl podobne akcje z przeszłości; np. szlachetnie brzmiące 1000 szkół na tysiąclecie (co było o tyle dobre, że rzeczywiście istniała potrzeba dokononania cywilizacyjnego postępu w szkolnej infrastrukturze, szczególnie na wsiach). Wcześniej jeszcze realizowany był socjalistyczny wymysł klubo-kawiarni, czy świetlic wiejskich; w miastach były to domy kultury. Młodsze pokolenia poinformuję tylko, iż te ostatnie ośrodki stały się wkrótce ogniskiem subkultury - spełniły role zupełnie odwrotną od zamierzonej (starsi pamiętają). Głównie dla podniesienia poziomu kultury w społeczeństwie budowano kina i teatry, miała miejsce szeroka akcja kina objazdowego. Z repertuarem filmowym było gorzej, dopiero w latach sześdziesiatych zaczęto sprowadzać filmy z zachodu o tematyce, która wcześniej była nie do przyjęcia przez odpowiednie wydziały KC. Dorzucić jeszcze można państwowy ruch wydawniczy i prasowy, sieć bibliotek.
Co łączy te wszystkie przedsięwzięcia - łączy mianowicie przeświadczenie, że obowiązkiem państwa jest krzewienie oświaty i kultury, choćby przez tworzenie odpowiedniej "kulturalnej infrastruktury". Kwestia oświaty jest oczywiście poza dyskusją (przytoczyłem "tysiąclatki" z uwagi na akcyjnośc ich budowania). Państwowa odpowiedzialność nad oświatą została sprawdzona i ugruntowana na całym świecie. Wszystkie inne kulturotwórcze zapędy państwa (łącznie z kulturą fizyczną) mają charakter "tłoczenia". Jeszcze jeden wyjątek muszę uznać - państwo musi otaczać opieką dziedzictwo kulturalne narodu.
Owe tłoczenie, podanie wszystkiego na talerzu, to zagadnienie szersze, to przejaw socjalizmu (a nawet komunizmu) w najczystszej postaci; to rozdawnictwo pięknych mieszkań w środmieściu barbarzyńskim "czynownikom" ze społecznego awansu, "zagospodarowanie" przez takich własnie pięknych gmachów użyteczności publicznej. Oddanie pałaców i dworów urzędnikom z PGR. To nieodmiennie doprowadzało do dewastacji cennych niekiedy zabytków sztuki budowlanej i cennego wyposażenia wnętrz. To, co było "dane" za darmo, to nie przedstawiało dla obdarowanego żadnej wartości, można było flekować i dewastować, w najlepszym przypadku - nie przywiązywać wagi do należytej opieki nad darowanym dobrem. Miało miejsce powszechne marnotrawstwo.
W opozycji do tego państwowego "tłoczenia" kultury, jest oczywiście "ssanie". Jest to realizacja i zaspokojenie własnych kulturalnych potrzeb za swoje własne pieniądze (przy - praktycznie rzecz przedstawiając - odpowiednim zrzeszaniu się). Dam przykład maleńkiej miejscowości (doskonale mi znany, gdyż sie z niej wywodzę), ale gminnej i parafialnej. Otóż przed wojną (w sytuacji braku skażenia trądem komunistycznym) wybudowano i uruchomiono tam dwa ośrodki teartralne (tylko sumptem społeczności) ze scenami, kulisami, zapleczem - organizatorem jednego była parafia, drugiego straż pożarna - subwencji państwowych - zero. Teatry działały na zasadzie goszczenia zawodowych trup teatralnych i własnych przedstawień amatorskich; odbywały się tam także okolicznościowe bale. Ciekawostka polega na tym, iż po przerwie wojennej - siłą rozpędu funkcjonowało to kilka lat nadal; doszły jeszcze spektakle filmowe odbywane w tych salach. Nie było kierowników, ani urzedników na etatach, nie było żadnych dotacji. Ośrodki utrzymywały się z biletów. Społeczeństwo organizowało się samo, szczeglnie młodzież, wszyscy dbali o swoje okupione własną pracą dobro; takie były potrzeby na percepcję kultury.
Kultura skończyła się błyskawicznie, kedy jeden z tych ośrodków - piękny, nazywany przez miejscowych "belwederem" - przejęło państwo; praktycznie - gmina i urzadziła w nim wspomniany "dom kultury" z klubokawiarnią. Były na to, a jakże, gminne pieniądze, panie swietliczanki próbowały organizować odgórnie wymyślone jakieś "kółka" zainteresowań. Nic z tego wszystkiego nie wyszło, poza ogólną dewastacją
Oczywiście "przedwojenny" model nie może byc dzisiaj reaktywowany z uwagi na techniczny postęp, który zwiększył niesamowicie mobilność ludzi, który sprawił, że dostęp do dóbr kulturalnych jest o wiele łatwiejszy; każdy może w dowolnej chwili ten dostęp zrealizować. Konkluzja jest inna - przestańmy ludziom coś wciskać na siłę, to się nie sprawdza, choćby zamiary były piękne; doświadczenie uczy, że nie ceni się tego, co otrzymuje sie za darmo. Ponadto rzeczywiste potrzeby na absorpcję kultury (w tym sportu) - pojawiają się wówczs, gdy zaspokojone są na dostatecznym poziomie podstawowe życiowe potrzeby. Zatem - sciągamy podatki, by potem odgórnie realizować cele -wg naszego widzi mi się - potrzebne dla ludzi (marnotrawiąc przy tym 90 % środków). Gdyby te pieniądze zostały u ludzi - wówczas byłyby wykorzystane w 100 procentach - to tak w uproszczeniu. Niech sobie społeczność lokalna, czy zrzeszona np. w klubach sportowych buduje orliki czy stadiony. Piłkę nożną uprawia znikomy procent społeczeństwa (powiedzmy po trzydiestce, czy czterdziestce), a np. narciarstwo, czy górskie wedrówki coraz więcej - to już kilkanascie procent społeczeństwa i to do późnej starości.
Nade wszystko - etatystyczne zajmowanie się sportem, to własnie komunizm, to nie ma nic wspólnego z liberalizmem gospodarzczym, będacym na sztandarach rzadzacej ekipy. Jeszcze jedno - jest dość cienka granica między odpowiedzialnością polityczną, a odpowiedzialnością bezprzymiotnikową za zmarnowane publiczne pieniądze -prosze to zważyc.


Komentarze
Pokaż komentarze