17 wrzesień - data pamiętna, skłania do okolicznościowych artykułów. Historycy znają dokładnie przebieg wydarzeń, napisano o tym mnóstwo książek. Bezdyskusyjnę jest bohaterstwo żołnierzy września, domniemania, że niektórzy oficerowie mieli jakieś osobiste rachuby i kierowali się nimi w swoich decyzjach dotyczących wschodniego agresora - należy zakwalifikować jako oszczercze i nie mające związku z rzeczywistością. Obrażają pamięć o tych bohaterach, którzy walczyli, którzy własnym życiem udokumentowali sławę i honor żołnierza polskiego.
Miałem jeszcze możność prowadzenia długich rozmów z uczestnikami września - oficerami kawalerii, ale także z obserwatorami i uczestnikami politycznego życia przed wojną. Jeżeli ci ostatni - ludzie kultury - nie kochali przedwojennej "kawaleryjskiej arystokracji", która niekiedy utrwaliła się w pamięci poprzez różne wyczyny kawaleryjskiej fantazji - nieodmiennie kończące się "męska popijawą" połączoną z chóralnym śpiewem "więc pijmy zdrowie, szwoleżerowie, niech..." Zarówno przedwojenni oficerowie, jak i ich krytycy zgodni byli co do jednego - honor w przedwojennej polskiej armii - był sprawą najwyższej wagi. Znalazło to odzwierciedlenie w czasie walk wrześniowych. Niestety, wkrótce okazało się, że najświetniejsza konna armia świata nie potrafi skutecznie powstrzymać nawały wojsk niemieckich. Były oczywiście obiektywne przyczyny; opóźniona - pod wpływem państw zachodnich - mobilizacja, suchy, ciepły wrzesień - sprzyjający manewrom niemieckich zagonów pancernych, brak osłony lotnictwa. Duża manewrowość konnych oddziałów nie mogła być dostatecznym czynnikiem przeważajacym na płaskim terenie polskich równin. Okazało się również, że problemem jest karma dla koni. Do tego doszło uderzenie w plecy przez państwo z którym Polska miała podpisane traktaty pokojowe. Spisane układy z Angią i Francją skutkowały jedynie wypowiedzeniem wojny, bez działań praktycznych (jakieś śmieszne były - nie odegrały żadnej roli).
Chciałbym jednak napisać o czymś innym; mianowicie - papierowe traktaty sa warte tyle, ile ów papier; układy wojskowe należy budować poprzez współdziałanie na wszelkich poligonach już w czasie pokoju, poprzez instalowanie międzynarodowych baz i formacji, poprzez budowę wspólnych systemów obrony przeciwrakietowej, przeciwlotniczej i przeciw innym rodzajom agresji. Po drugie - należy trzymać rekę na pulsie rodzących się nowych generacji uzbrojenia; nastąpiła już całkowita zmiana w określeniu sily bojowej - nie ilość żołnierzy decyduje, tylko skuteczność uzbrojenia. W ostatnim wywiadzie jaki przeprowadził Wańkowicz z Rydzem-Śmigłym - już internowanym w Rumunii - marszałek przyznał, że nie docenił lotnictwa i broni pancernej. Cóż, Śmigły był świetnym oficerem w czasie pierwszej Wojny Światowej, w czasie wojny 1920 roku. Niestety nie miał tej rangi, co Piłsudski i prezydent Mościcki nie ulegał jego żądaniom zwiększenia wojskowego budżetu, no i ta miłość do kawalerii.
Premier naszego rządu powiedział - mnie nie jest potrzebna liczna armia. Bardzo dobrze byłoby, gdyby dodał - "tylko silna i nowoczesna". Niestety, tych słów nie dodał. Zrobił natomiast coś innego; gdy tylko objął urząd - storpedował budowę tarczy antyrakietowej w Polsce (pod pozorem wytargowania wiekszej ilości baterii Patriot dla Polski). Nie zauwazył, że sama tarcza, to już istotne podniesienie poziomu naszego bezpieczenstwa. Zmiana na stanowisku prezydenta US przypieczętowała straconą okazję. Ze swojego "resetu" Obama dość szybko sie wyleczył, nie wyleczył sie tylko nasz premier i minister spraw zagranicznych. Kolejni ministrowie ON to nieporozumienie. By znać się na wojsku i być odpowiedzialnym ministrem - trzeba sie szkolić przez kilkadziesiat lat i przejsć praktykę na pokojowych (wojennych) misjach. Tzw. "cywilna kontrola nad wojskiem ", czy armią - nie jest zapisana w konstytucji ani w ustawach. Jest to mrzonka nie mająca uzasadnienia, poza uzasadnieniem partyjniackim. W historii wojskowości i wojen byly tylko dwa udane przypadki powierzenia wojska cywilowi, ale to była całkiem odmienna specyfika (to "stary tygrys" - Clemanseau i Mcnamara, chyba, że jeszcze sięgniemy po dożę Dandolo).
Nie mamy systemu szkolenia rezerw, nie mamy procedur mobilizacyjnych, armia ma za mało nowoczesnych samolotów i śmigłowców uzbrojonych w inteligentne rakietki, o bezzałogowych samolotach dopiero się myśli, mamy za mało korwet rakietowych (scigaczy). Polska zrezygnowała z posiadania operacyjno-taktycznej broni rakietowej (made in Russia) - słusznie, ale nic w zamian; jest to wprawdzie broń ofensywna, ale o dużej sile odstraszania i stosunkowo tania, tania także w utrzymaniu.
Nasuwa się nieodparcie podobna sytuacja z okresu sejmu czteroletniego, kiedy to również uchwalono stutysieczną armię zaciężną (nie zdążono tego zrealizować). Głównym oponentem był hetman wielki koronny Ksawery Branicki, który grzmiał z trybuny sejmowej: " Po co nam zaciężna armia, panowie bracia, w razie wojennej potrzeby - jak chwycimy szable w dłoń, jak zaczniemy rąbać, to kto nam sie oprze?" Oparł się wkrótce o kolana carycy. Państwa ościenne miały milionowe armie zaciężne. Co było poźniej - wszyscy wiemy. Można powiedzieć - sytuacja nieadekwatna, inne czasy - oczywiście. Warto jednak pamiętać, że w niedalekiej przeszłości w Europie toczyły się krwawe wojny. Powiedzenie "niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna..." w praktyce się nie sprawdza; zresztą : "Nie pytaj, komu bije dzwon..."


Komentarze
Pokaż komentarze (14)