Wybranie na najważniejsze stanowiska w UE polityków mało znaczących nie wzmocni Unii, tylko najsilniejsze kraje, już teraz narzucające swoją wolę innym.
Traktat lizboński miał dać Unii Europejskiej siłę i nadzieję na prowadzenie bardziej zdecydowanej i skuteczniejszej polityki na arenie międzynarodowej. Ustanowienie nowych stanowisk – przewodniczącego Rady Europejskiej oraz unijnego ministra spraw zagranicznych – miały umożliwić prowadzenie spójnej polityki i wzmocnienie na świecie.
Obecnie – po wyborze Hermana Van Rompuy’ego na szefa UE i Catherine Ashton na ministra dyplomacji – widać, że Unia Europejska na sile nie zyska i nadal będzie prowadzić politykę nie spójną, czyli wypracowaną wspólnie przez kraje członkowskie, tylko narzuconą siłą przez trzy-cztery najważniejsze kraje Wspólnoty.
Świadczy o tym wybór mało znaczących polityków, którym brak doświadczenia w polityce zagranicznej, którzy nie są żadnymi indywidualnościami, ani wyrazistymi osobowościami. Prawdopodobnie będą tylko wypełniać wytyczne uzgodnione na spotkaniach Merkel, Sarkozy’ego i Browna, a inne kraje będą musiały się podporządkować.
Decyzja, która zapadła na szczycie UE, może obrócić się bardzo szybko przeciwko interesom Unii. Okaże się bowiem, że Van Rompuy i Ashton będą reprezentować interesy tylko wybranych krajów UE, a państwa, które będą się czuły pomijane w procesie decyzyjnym, zaczną prędzej czy później krzyczeć i publicznie odcinać się od władz Unii. Paradoksalnie okaże się więc, że nowe stanowiska wcale Unii nie zjednoczą, tylko rozbiją dając kolejne narzędzie Niemcom, Francuzom i Brytyjczykom do narzucania swojej woli innym krajom.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)