0 obserwujących
73 notki
36k odsłon
455 odsłon

Najlepszą obroną jest atak

Wykop Skomentuj4

Prezydent Barack Obama podczas drugiej prezydenckiej debaty zaprezentował się o wiele lepiej niż niemal dwa tygodnie temu. Mając na uwadze to, a także solidny występ Mitta Romneya można powiedzieć, że dyskusja w Hempstead zakończyła się remisem ze wskazaniem na urzędującą głowę państwa.

Obama tym razem nie zawiódł pokładanych w nim nadziei sympatyków Partii Demokratycznej, wściekłych z powodu jego fatalnego występu w Denver. Tym razem był aktywny i usposobiony ofensywnie. Lepiej niż bronienie własnej prezydentury, szło mu atakowanie Romneya. Dzięki przygotowaniu wytykał rywalowi z Partii Republikańskiej m.in. niesumowanie się jego planu podatkowego, sprzyjanie bogatym, wypowiedzi z przeszłości skierowane przeciwko elektrowniom węglowym (konfrontowane z jego dzisiejszym poparciem dla energii wytwarzanej z „czarnego złota”), a nawet inwestowanie swoich oszczędności w chińskie spółki. Przy pytaniu o brak równości pomiędzy płacami kobiet a płacami mężczyzn wyciągnął na stół sprawy obyczajowe oskarżając byłego gubernatora Massachusetts o sprzyjanie regulowaniu spraw dotyczących zdrowia kobiet (chodziło o prawo do aborcji) przez polityków, atakując go także za zapowiedź cięcia wydatków na fundusz planowania rodziny Planned Parenthood. Zamiast referowania własnej propozycji reformy prawa imigracyjnego, której nie przestawił Kongresowi, mimo posiadania przez Demokratów większości w Izbie Reprezentantów w latach 2009-2011, a także tzw. superwiększości (60 senatorów) w Senacie od kwietnia 2009 do stycznia 2010 r., wolał mówić o koncepcji samodeportacji wysuwanej przez Romneya (chodzi o takie utrudnianie życia nielegalnym imigrantom, aby sami decydowali się na wyjazd ze Stanów).  


Mitt Romney nie zaliczył żadnej spektakularnej wpadki (choć najczęściej wypomina mu się wypowiedź o „segregatorach pełnych kobiet”, ale przy lepiej usposobionym rywalu nie miał szansy zabłysnąć tak jak 3 października. Nominat GOP wyraźnie lepiej czuł się przy pytaniach dotyczących gospodarki, gdzie mógł celnie punktować kiepski dorobek administracji Obamy przy wychodzeniu Ameryki z kryzysu. Przyznając prezydentowi, że według raportu o bezrobociu z wrześnie tego roku (wedle którego spadło ono do poziomu gdy Obama obejmował urząd w styczniu 2009 r., czyli – 7,8%) powiedział, że te statystyki wyglądają tak dlatego, że coraz większa (największa od ok. 30 lat) liczba Amerykanów znajduje się poza siłą roboczą. Powtarzał przy tym konsekwentnie podstawowe punkty swojego programu, konfrontując je z rezultatami pracy Obamy na polu gospodarki, Przypominał przy tym kluczowe złamane obietnice Obamy (m. in. nie doprowadzenie do przyjęcia reformy prawa imigracyjnego czy zmniejszenie zadłużenia). Romneyowi nie pomogła cześć wybranych przez moderatorkę dyskusji pytań. O ile kwestia nielegalnej imigracji ma dla Ameryki fundamentalne znaczenie, o tyle wymuszanie na kandydacie dystansowania od George’a W. Busha (pytanie dotyczyło tego czym obaj politycy się różnią) było odzwierciedleniem przekonań wielu Amerykanów, ze za obecną sytuację ekonomiczną większą odpowiedzialności ponosi poprzednik obecnego prezydenta, a nie on sam. Był to zresztą ciekawy moment, bo Obama poświęcił wtedy Bushowi kilka ciepłych słów (m. in. za poparcie reformy imigracyjnej).  

Najgorętsza wymiana zdań dotyczyła jednak wydarzeni Libii, gdzie w konsulacie USA w Benghazi zamordowano podczas ataku terrorystycznego czterech Amerykanów, w tym ambasadora Christophera Stevensa. Przez długi czas administracja prezydenta utrzymywała, że atak był konsekwencją zamieszek wywołanych produkcja antyislamskiego filmu. Dopiero później okazało się, ze był to efekt opracowanego wcześniej przez terrorystów planu. Romney zaatakował bezpardonowo prezydenta za to, że od razu nie określił ataku słowami „akt terroru”, a dzień po nim udał się zbierać pieniądze na kampanię. Przy okazji skrytykował go także za błędne, jego zdaniem, prowadzenie polityki USA na Bliskim Wschodzie. Wyraźnie wzburzony Obama nazwał oskarżenia konkurenta obraźliwymi. Nieoczekiwanie z pomocą dla Obamy ruszyła moderatorka Candy Crowley z telewizji CNN. Odpowiedziała ona Romneyowi, że podczas przemówienia w Ogrodzie Różanym Białego Domu prezydent nazwał wydarzenia w Benghazi „aktem terroru”. W rzeczywistości jednak było inaczej. Prezydent wprawdzie użył wtedy tego zwrotu, ale nie odniósł się w ten sposób bezpośrednio do ataku na konsulat. Z kolei podczas przemówienia z 25 września w trakcie sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ prezydent nie wspomniał o terroryzmie, odniósł się natomiast do obraźliwego dla muzułmanów filmu. Dopiero 9 października urzędnik Departamentu Stanu przyznał, że w Benghazi nie było wtedy żadnych protestów, a powiązanie filmu z atakiem nie było wnioskiem sporządzonym przez dyplomatów. Choć Romney nie wykorzystał więc pytania o Libię do wystarczającego ataku na administrację, to jednak można mieć pewność, że ten watek powróci podczas kolejnej debaty – 22 października.

Sondaże po dyskusji wskazują, że debata była wyrówna, ale zakończyła się niewielkim zwycięstwem Obamy. Zapewne przełoży się to na lekki skok jego notowań, jednak wciąż stan rywalizacji będzie oscylować wokół remisu.

Transkrypcja debaty i porównanie słów dyskutantów z faktami.

PS Zapraszam na stronę blogu na Facebooku.

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale