Obama nie stawił się dzisiaj na Cmentarzu Narodowym Arlington (zamiast tego poszedł na mniej ważny cmentarz w Illinois, a weekend spędził z rodziną na terenie swojego rodzinnego miasta Chicago) i nie złożył wieńcu na Grobie Nieznanego Żołnierza (najświętszym grobie w całej Ameryce) z tego samego powodu, z którego nie pojechał ani do Berlina na 20-tą rocznicę obalenia muru berlińskiego, ani do Moskwy na 65-tą rocznicę zwycięstwa Czterech Mocarstw nad Niemcami.
Powód jest prosty: Obama po prostu nienawidzi Stanów Zjednoczonych, uważa je za kraj gorszy od Rosji i krajów UE, i uważa, że jego zadaniem jest moralizowanie Amerykanów i nie zamierza świętować sukcesów ani zwycięstw USA, ani ważnych amerykańskich świąt.
Jak sam Obama publicznie przyznał w 1983 r. na łamach pewnej studenckiej gazetki, według niego Ameryka jest drapieżnym, militarystycznym, imperialistycznym mocarstwem zagrażającym światu (protestował wtedy wraz z innymi antyamerykańskimi lewakami przeciw polityce Ronalda Reagana). W latach 80-tych twierdził również, że kapitalistyczny ustrój amerykański jest "tyranią", a parę lat temu o Konstytucji USA wyraził się, że jest "kartą negatywnych wolności" (jego własne słowa: "generally, it's a charter of negative liberties"). Nie jest on oczywiście jedyną osobą wyznającą takie poglądy - tak samo uważa prawie każdy lewak na świecie, jak również amerykańscy "libertarianie" tacy jak Ron Paul i jego syn Rand Paul.
Z tego samego powodu Obama - gdy kandydował na prezydenta - był popierany przez wszystkich wrogów Ameryki, począwszy od Al Kaidy i Iranu, a na Kubie i Rosji putinowskiej skończywszy.
Nie dziwi mnie więc, że Obama nie stawił się dzisiaj na Cmentarzu Narodowym Arlington.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)