ZiggyM ZiggyM
1511
BLOG

Dlaczego nie lubię feministek i zwalczam je

ZiggyM ZiggyM Polityka Obserwuj notkę 7

 Celem niniejszego postu jest odpowiedzenie na pytanie zawarte w tytule.Większość polskich mężczyzn, chcąc być uważanymi za "dżentelmenów zachowujących się po rycersku" ustępuje przed feministkami na każdym kroku. To błąd.

Dlaczego to błąd? Dlaczego zwalczam feministki? Odpowiedź jest następująca:

Pierwsze feministki (te z początku XX wieku) stawiały sobie umiarkowane, słuszne cele: wywalczenie dla kobiet praw wyborczych, prawa do wyboru zawodu, prawa do uczęszczania na uczelnie i równej płacy za równą pracę. To nie były wygórowane żądania, to były postulaty umiarkowane, słuszne moralnie i praktycznie słuszne ze względu na dobro publiczne (wiele kobiet dobrze się przysłużyło swoim społeczeństwom jako naukowcy, nauczycielki, a nierzadko również jako żołnierki).

Krótko mówiąc, pierwsze feministki nie walczyły o jakieś wyimaginowane prawa, o wygórowane postulaty, ani o marginalizację czy dokuczanie mężczyznom, a jedynie o równe prawa.

I w większości krajów europejskich ich postulaty zostały spełnione jeszcze w I połowie XX wieku. W Polsce prawa wyborcze otrzymały już w 1918 r.

Niestety, późniejsze feministki, motywowane częściowo chęcią, by ruch feministyczny nie osłabł i nie zniknął, częściowo chciwością, ale przede wszystkim irracjonalną nienawiścią do mężczyzn, rozpoczęły w Europie i w Ameryce Północnej wojnę z mężczyznami, jak dżihad prowadzony przez islamistów (nie jest zresztą przypadkiem, że jedno i drugie środowisko walczy z fundamentami cywilizacji zachodniej).

To już nie jest walka o równouprawnienie. To jest ideologiczna wojna z mężczyznami, mająca na celu marginalizację (a w planach niektórych feministek jest wręcz eksterminacja - tak, eksterminacja w stylu hitlerowskim) mężczyzn i wywalczenie ogromnych przywilejów dla kobiet, głównie tych z wielkich miast i ze środowisk lewicowych. Przywilejów, które dawałyby im znacznie większe prawa niż mężczyznom, nie mające nic wspólnego z "równouprawnieniem".

Jak zakłamane są feministki, pokazała ich reakcja na nominację przez amerykańską Partię Republikańską Sary Palin na kandydata na wiceprezydenta. Oto jest kobieta, która uosabia wszystkie ideały, które feministki ponoć czczą i próbują osiągnąć: urodę mimo wieku powyżej 40 lat, dobre wykształcenie (licencjat z dziennikarstwa), udana kariera zawodowa i polityczna, a jednocześnie pięcioro dzieci; zamężna z samcem alfa, Toddem Palinem. A jednak feministki powitały ją nie brawami, lecz salwą obelg, nienawistnych komentarzy i fałszywych oskarżeń. Do dziś toczona jest przeciw niej przez m. in. feministki kampania oszczerstw i nienawiści. Wielu amerykańskich lewaków życzyło Sarze Palin śmierci, a jeden z nich nawet włamał się na jej prywatne konto pocztowe.

Feministki nie walczą dziś o uprawnienie, tylko o uprzywilejowanie dla siebie oraz o skucie mężczyzn w kajdany niewolnictwa.

Toczą przeciwko nam, facetom, od dekad regularną wojnę, posługując się m. in. kłamliwą propagandą, filmami i książkami gloryfikującymi kobiety-zbrodniarki (jak np. Goldeneye 007) bądź przedstawiającymi mężczyzn jako zawsze tych, którzy zdradzają, a kobiety jako zawsze niewinne, manifestacjami, pozwami sądowymi (w USA) i słabymi politykami, którzy spełniają ich żądania, czyli są posłusznymi narzędziami w rękach feministek.

I niestety odniosły już duże sukcesy w Europie. W Polsce obowiązują obecnie parytety wobec list wyborczych, tzn. wymogi, że na listach wyborczych każdej partii w każdym okręgu przynajmniej 50% miejsc na listach musi być zarezerwowane dla kobiet (ale może być więcej), czyli 50% jest zarezerwowane dla kobet wyłącznie za to, że są kobietami, a partia może sobie rozdysponować tylko pozostałe 50%. Feministki, z Magdaleną Środą na czele, domagają się teraz wprowadzenia ustawowego wymogu, żeby 40% miejsc w zarządach firm było zarezerwowane dla kobiet, bo takie będą wymogi prawa francuskiego zgodnie z podpisaną niedawno przez prezydenta Sarkozy'ego ustawą. Jakim prawem państwo miałoby dyktować firmom, kto ma zasiadać w ich zarządzie, i dlaczego miejsca mają być rezerwowane dla kobiet tylko ze względu na płeć? To nie jest żadne równouprawnienie, to jest uprzywilejowanie, czyli dyskryminacja drugiej płci. Tak zresztą przedstawiałyby to media, gdyby wprowadzono (we Francji lub w Polsce) ustawę rezewującą określony odsetek miejsc na listach wyborczych i w zarządach firm dla mężczyzn.

Gdzie indziej nie jest lepiej. W Wielkiej Brytanii obowiązują ustawy o tzw. pozytywnej dyskryminacji. W Niemczech i nie tylko obowiązują ustawy mówiące, że jeżeli kandydujący na dane stanowisko mężczyżni i kobiety mają równe kwalifikacje, to pracodawca jest zobowiązany wybrać kobietę. Nawet w USA niestety funkcjonują do dziś programy akcji afirmatywnej dla kobiet, choć na szczęście tylko gdzieniegdzie, a nie w całym kraju (szeroko za to stosowane są programy akcji afirmatywnej dla mniejszości rasowych, niejednokrotnie kosztem białych kobiet, patrz sprawa Grutter v. Bollinger). Kongres uchwalił też Lily Laidbetter Fair Pay Act, mimo, iż kobiety już mają zagwarantowaną równą płacę za równą pracę od 1963 r. LLFPA wprowadziła tą różnicę, że od teraz to pracodawca musi udowodnić, że nie złamał zasady o równym wynagrodzeniu dla Amerykanów i Amerykanek; innymi słowy, to pracodawca musi udowodnić, że jest niewinny, a nie pracowniczka musi udowodnić, że była dyskryminowana.

Najgorsze jednak są wprowadzone pod naciskiem feministek i prawników (zarabiających na pozwach) antyrodzinne mizandryczne ustawy o rozwodach, alimentach i płatnościach na dzieci. Na Zachodzie, z nielicznymi wyjątkami, takimi jak np. Malta, gdzie rozwody są zabronione, obowiązuje ustawa o no-fault divorce, stanowiąca, że żona może rozwieść się z mężem w każdej chwili (nawet, jeśli on nic złego nie zrobił), a to JEJ przyznawane jest prawo do opieki nad dziećmi, alimenty i płatności na dzieci (choć w większości wypadków nie są wcale wydawane na utrzymanie dzieci). Czyli mąż może nic złego nie zrobić, a i tak w każdej chwili może zostać opuszczony, stracić dzieci, i zostać obłożony ogromną daniną na swoją byłą żonę.

W ten sposób małżeństwo stało się parodią, ok. 30% facetów na Zachodzie nie ma żadnej inicjatywy, żeby produkować więcej, niż jest im potrzebne, żeby się utrzymać, a ok. 22% mężczyzn na Zachodzie unika małżeństwa, przez co na każde 100 kobiet przypada tylko 78 mężczyzn chętnych do zawarcia małżeństwa, czyli 100 kobiet musi konkurować o 78 mężczyzn. Tak jest, kobiety muszą teraz na Zachodzie konkurować o potencjalnych mężów. Dzieci na tym cierpią najbardziej, bo rozbijane są małżeństwa (najczęściej z winy kobiet), a one same są zmuszone do życia z niemądrymi, marnotrawczymi matkami i wychowywane we wrogości do ojców. Córki uczone są, by nie szanować mężczyzn, w tym ojców, a synowie, pozbawieni ojców, wychowują się na ulicach, stając się członkami gangów ulicznych i lądują prędzej czy później w anclu.

(Małżeństwo i ceremonia ślubna zostały całkowicie zmienione nie do poznania, również w Polsce, ale to już historia na inną notkę. Jeśli ją kiedykolwiek napiszę.)

To nie są żadne ustawy o równouprawnieniu. To jest ideologiczna wojna z mężczyznami, tak samo, jako ekolewactwo prowadzi ideologiczną wojnę z producentami paliw kopalnych, pasażerami samolotów i kierowcami.

Trzeba powiedzieć feministkom stanowcze "nie". Nie sądzę, by kiedykolwiek wcześniej słyszały to słowo.

I jeszcze jedna uwaga na koniec: fakt, że większość polskich "mężczyzn" obchodzi 8 marca dając koleżankom/krewnym kwiaty i składając im życzenia jest dowodem nie na to, że są dżentelmenami (większość z nich zapewne nie jest), i nie dowodem dobrych manier, lecz dowodem na to, że większość z nich jest sfeminizowanymi mięczakami, a społeczeństwo polskie jest bardzo lewicowe. Dzień Kobiet jest świętem socjalistycznym, proklamowanym w 1910 r. przez Międzynarodówkę Socjalistyczną na wniosek niemieckiej socjalistki Clary Zeitkin i wyznaczony na 8 marca każdego roku. Obchodzony jest w krajach, gdzie rządzą reżimy socjalistyczne i w krajach, w których społeczeństwa są lewicowe (jak np. w Polsce, która sobie dwa razy wybrała prezydentem komunistycznego ministra Aleksandra Kwaśniewskiego, za drugim razem już w pierwszej turze). W PRL Dzień Kobiet był prawie świętem państwowym. Nie jest przypadkiem, że tam, gdzie jeszcze nie jest świętem państwowym, nadania mu tego statusu domaga się lewica (np. w Wielkiej Brytanii Trade Union Congress), a tam, gdzie jest świętem państwowym (np. w Czechach, jako relikt po CSRS), jego zniesienia domaga się prawica.

Więc, panowie, pomyślcie, zanim coś palniecie, zanim kupicie kwiatki (które i tak lądują w koszu na śmieci, więc żadnego pożytku z nich nie ma), i zanim komukolwiek złożycie życzenia. Bo jeśli nie jesteście ideologicznymi lewakami, to na pewno mięczakami, jeśli obchodzicie to idiotyczne, socjalistyczne święto.

ZiggyM
O mnie ZiggyM

Nie toleruję na blogu żadnych komentarzy chamskich, obraźliwych, ani zawierających argumenty ad personam.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka