„My, narkopolacy” była doskonałą kampanią od strony technik PR. Ale coś nie zagrało w rządzie, który ewidentnie był jej pomysłodawcą, i cały projekt szlag trafia.
Na drugiej stronie dzisiejszej GW Piotr Pacewicz rozdziera szaty nad sknoconym projektem odstąpienia od karania posiadaczy narkotyków. Moim zdaniem, rozdziera słusznie gdyż w obecnym kształcie jest to projekt bezsensowny i z krytyką Pacewicza się zgadzam.
Ale najciekawsze jest tu co innego. Pisze Pacewicz: „...w "Naszym Dzienniku" przeczytali, że nowelizacja to dokończenie narkotykowej (sic!) akcji "Gazety Wyborczej". Chodzi o naszą kampanię "My, narkopolacy", w której od kilku tygodni przekonujemy do filozofii leczenia, a nie karania. Zarzut chodzenia na pasku "Wyborczej" to w IV RP był wyrok śmierci. Czyżby ten czas nie minął?”. Otóż redaktor Pacewicz tu klasycznie odwraca kota ogonem i chyba nikt poważny nie uwierzy, że po przeczytaniu pary artykułów w GW ministerstwo sprawiedliwości pilnie, wręcz w trybie awaryjnym, przygotowało projekt nowelizacji ustawy antynarkotykowej. Bo było dokładnie odwrotnie!
Kampania „My, narkopolacy” to rewelacyjny przykład tego jak należy „urabiać masy” przed wprowadzeniem jakiegoś bardzo kontrowersyjnego pomysłu w życie. Zaczęła się niewinnie – od publikowania powszechnie znanych banałów o dragach i uzależnieniach. Potem poszły delikatne konkrety, ale nawet nie chodziło o narkotyki, tylko alkohol. Jak to niedobrze jest pić... Potem trochę ostrzej – jak to niedobrze jest ćpać. Potem było o tym jakie przykrości spotykają ćpuna w życiu... Generalnie na tym etapie można było pomyśleć – ot taka sobie przeciętna medialna kampania antynarkotykowa, bo wakacje, bo trzeba czymś gazetę zapchać, może nawet jakieś drobne fundusze na to się dostało, bo szczytny cel, bo kryzys... Aż w jednym z artykułów wreszcie padło zdanie o karaniu za posiadanie, że to takie niefajne... w sensie karanie niefajne, nie posiadanie. Trochę się zdziwiłem, gdyż jakoś mi to nie pasowało do dotychczasowego przebiegu, i zacząłem się zastanawiać – a czy właśnie nie o to chodzi? Miałem rację, gdyż już następne artykuły kampanii były coraz bardziej konkretnie poświęcone tej właśnie tematyce – nie chodziło już o picie, o branie, tylko właśnie karanie za posiadanie – aż stało się to motywem przewodnim. A właściwie motywem przewodnim stało się „Zmieńmy ustawę!”. Ciekawe, że przejście od picia do apelu o zmianę ustawy zajęło autorom kampanii zaledwie... dwa tygodnie. I być może w tym był zasadniczy błąd – za szybko organizatorzy przeszli do konkretów i spalili temat.
W tym samym czasie, czyli jeszcze w pierwszej połowie lipca, zupełnie przypadkowo od swojego „źródła” w ministerstwie sprawiedliwości dowiedziałem się że trwają prace nad nowelizacją ustawy antynarkotykowej. Miały one polegać właśnie na odstąpieniu od karania. Wg mojego „źródła”, w ogóle na odstąpieniu, a nie jak teraz się proponuje pod warunkiem sypania dilerów. I wszystko się ustawiło jak należy: my tu cicho (wtedy nikt a nikt jeszcze słowem oficjalnie się nie zająknął o przygotowywanym projekcie) robimy nowelizację, a wy tam w międzyczasie przygotowujecie podkład medialny. Bo, jak ponoć powiedziała pewna pani dyrektor w resorcie Andrzeja Czumy, powodzenie zależy od postawy opozycji.
O tym, że cała akcja była przygotowywana z góry, świadczy prosty fakt – nikt nie jest w stanie ułożyć nowelizacji w ciągu tygodnia-dwóch „bo w gazecie napisali”. Ta nowelizacja musiała być opracowywana od dłuższego czasu, a znając ścieżki decyzyjne i proceduralne w resorcie, ten czas liczy sobie raczej miesiące niż tygodnie. Tak więc ma rację redaktor Pacewicz – rząd nie szedł na pasku Gazety Wyborczej, tylko... to Gazeta Wyborcza znała plany resortu odpowiednio wcześniej i zrobiła pod plany kampanię lobbingowo-PR’ową. Wszystko szło gładko aż... okazało się że opozycja jednak się postawiła, rząd szybko skorygował plany i kto został z ręką w nocniku? Wyborcza i narkopolacy, którym niedwuznacznie sugerowano, że „walczymy żeby was nie nękano, będzie dobrze!”
Cóż, kampania się nie udała raczej z winy „zamawiającego”, który nagle zmienił plany, niż „wykonawcy”, który podszedł do sprawy dość sumiennie. Jak wspomniałem, może też błędem było narzucone szybkie tempo kampanii, którą politycy powinni obliczać na miesiące a nie tygodnie, przez co przekształciła się ona błyskawicznie z delikatnej sugestii (niemal podprogowej) w nachalną propagandę ze zbyt czytelnym celem.
OK, Gazeta ma prawo propagować co tylko zechce byle nie naruszać prawa. Ma prawo też domagać się zmian w prawie. Tu jednak zastanawia mnie kilka elementów z dziedziny etyki. Po pierwsze, jak wyglądała współpraca redakcji z ministerstwem sprawiedliwości lub rządem? To że ta współpraca musiała być, jest dla mnie oczywiste – bo i skąd by GW znała plany resortu, przecież w aż taki zbieg okoliczności nie uwierzy nikt. Poza tym, z dziennikarskiego punktu widzenia, gdyby GW sama dowiedziała się o tych planach to przecież by je dała od razu na „jedynkę”, toż to sensacja! A tu cisza... Plany więc musiały zostać gazecie podane na talerzyku, a to że nie zostały ujawnione świadczy, że były jakieś uzgodnienia na linii rząd-redakcja. Po drugie, jakie to mogły być uzgodnienia? Co gazeta dostała od rządu w zamian za propagandowe wsparcie? Czy były to pieniądze, czy jakiś barter? Po trzecie, czy to w ogóle jest etyczne, ot tak po cichu, niejawnie, robić PR’ową kampanię rządowym pomysłom? Czy mamy do czynienia z jeszcze (prawie) niezależnymi dziennikarzami, czy już gazeta przeszła na oficjalny etat tuby propagandowej?


Komentarze
Pokaż komentarze (14)