Ostatnie rewelacje pewnego pilota (nazwisko z litości pominę), że prezydencki samolot rozbił się dlatego, że mógł stracić silnik, oznaczają, że niektórym ekspertom coś się oderwało w głowach.
Nie wiem, czy im się oderwały oczy, bo nie widzą, czy był to jakiś inny organ odpowiedzialny za prawidłowe postrzeganie świata, ale coś się urwało i to na poważnie. W każdym razie, żeby stwierdzić, że cokolwiek choćby mogło mieć miejce, należy mieć ku temu jakiekolwiek przesłanki. Najważniejszą przesłanką do tego, by stwierdzić, że silnik się urwał odpowiednio wcześniej, może być jedynie znalezienie tegoż silnika odpowiednio daleko od pozostałych szczątków samolotu.
Konia z rzędem temu, kto ten silnik znalazł! Bo nie ma nikogo takiego. Gdyby ten silnik się urwał, to bankowo znalazł by się nie tylko na zdjęciach fotografów/operatorów amatorów/reporterów. Widoczny byłby również na zdjęciach satelitarnych, gdyż nie jest to silniczek od motoroweru. Tymczasem oglądając zdjęcia z miejsca katastrofy (np. tu ) widzimy parę fotek z silnikami maszyny, tyle że... cały czas w kupie z innymi szczątkami.
Oto mamy np. lewy silnik maszyny, w tle inne resztki samolotu. A tu mamy jego "bliźniaka" z drugiej strony i znowu kupę szczątek... Inne zdjęcia, które można z łatwością znaleźć również to potwierdzają. Nawet na najsłynniejszym w Polsce filmikuwidać wyraźnie, że silniki maszyny leżą w odległości najwyżej kilkudziesięciu m od siebie.
Tak więc silnik się nie odrywał od samolotu. Od rzeczywistości natomiast całkowicie się oderwali ci, którzy na siłę próbują znaleźć coraz to bardziej ekstrawaganckie tłumaczenia katastrofy.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)