Po wczorajszych szokujących pomyłkach arbitrów w spotkaniach Niemcy - Anglia oraz Argentyna - Meksyk przez cały piłkarski świat po raz kolejny przeszła burza głosów nawołujących do wprowadzenia do sędziowskiego inwentarza sprzętu elektronicznego. Słusznie, ale - skoro już tak sobie marzymy, bo wiadomo, że przestępcy z FIFA prędko nie zgodzą się na jakiekolwiek realne innowacje - czy nie należałoby raczej sięgnąć do źródła problemu i zwyczajnie wyeliminować z zasad gry w futbol przepisy kłopotliwe czy wręcz korupcjogenne?
Od lat zadaję sobie to samo pytanie: po kiego diabła w ogóle istnieje przepis o spalonym? Co, za dużo bramek pada? Linie obronne za słabe? Mecze zbyt spektakularne?! Jak jest naprawdę każdy przecież widzi - z roku na rok zmniejsza się średnia bramek na mecz we wszystkich możliwych rozgrywkach, drużyny przeciwstawiające finezję, polot i ofensywny styl wyrachowaniu i kunktatorstwu nie tylko są nieliczne, ale też zwyczajnie przegrywają w rywalizacji z całymi eszelonami parkowanymi przed polem karnym przez nowocześniej grających oponentów. Zresztą - wziąwszy pod uwagę, że w takiej piłce ręcznej kibice emocjonują się golami co kilkadziesiąt sekund, to nawet gdybyśmy w każdym mundialowym spotkaniu oglądali obecnie co najmniej cztery bramki, to i tak nijak nie uzasadniałoby to utrzymania przepisu o spalonym.
Przyznam, że nie znam historii piłkarskich przepisów na tyle dobrze, by w sposób autorytatywny wyjaśnić genezę wprowadzenia tego kuriozum. Być może zadecydowało to, że analogiczne obostrzenie funkcjonuje w wielu dyscyplinach, może zaś po prostu jacyś przedsiębiorczy sędziowie zapragnęli wyhodować sobie kurę znoszącą złote jaja. Wiem jedno: mnożenie trudnych w interpretacji i praktycznym zastosowaniu przepisów w każdej dziedzinie życia służy wyłącznie umacnianiu wszechwładzy interpretatorów. Konkretyzując: należy zatem dążyć do bezwzględnej likwidacji wszelkich norm niekoniecznych dla zachowania uczciwości i atrakcyjności widowiska sportowego oraz bezpieczeństwa jego uczestników. W przeciwnym bowiem razie już po wsze czasy skazani będziemy na borykanie się z niekompetencją bądź - mówiąc oględnie - niskimi standardami moralnymi arbitrów.
A skazani będziemy, przez jakiś czas na pewno. Albowiem Sepp Blatter et consortes to, jakby powiedział Stefan Kisielewski, ludzie bojowi. Bojowi, bo wiecznie się boją. Boją się niemałego zapewne lobby sędziowskiego, które prędzej umrze, niż przystanie na zarżnięcie rzeczonej złotodajnej kury. Przypomnijmy sobie polską aferę Fryzjera. Wówczas już okazało się, że korupcyjny proceder nie dokonywał się tylko na linii działacze - piłkarze - sędziowie. Zaraza rozprzestrzeniła się daleko w głąb struktur PZPN i to jego działacze czerpali profity z rozpinania nad bandytami parasola ochronnego. Jeżeli taka kryminalizacja środowiska mogła nastąpić na poziomie związku krajowego, to niby dlaczego nie miałaby zdarzyć się na szczeblu międzynarodowym? Wszak co międzynarodowe, to skądinąd niczyje, więc i kontrola nad tym mniejsza.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)