1738
BLOG
BLOG
- Gdy narastała cisza, gdy tężały w wodzie
światła pozbawione ciepła, tak, właśnie wtedy
- osaczeni przez wschody, zachody, wyrobnicy dnia
kładli się pokotem na stromych ścieżkach snu
- lecz cóż? Istniała tylko chropowatość skały
na gładkim policzku, liść mięty we włosach, cień
- albo tylko wzruszenie, zapach rozmarynu, zamknięte
w rozpaczy wołanie rozbitka; kiepskie fundamenty
- a jednak – brnąc w zaspach przebudzenia, niewolnicy (ich upór!),
pielgrzymi, wyznawcy świtu szli serpentynami
- ku domom z kamienia, wieżom ze światła, wzgórzom
czarnym, powodziom pszenicy, owsa, w owczym zapachu
- w strumieniach czerwonej soli, przyjmujących czasem
kształty znane z mapy albo ludzką postać
- albo postać psa. Żadne towarzystwo, z czego
czerpać chwałę? Lecz tym większa zasługa. Już ciemnieją skały
- od dotknięć ich rąk.
- Blisko.
Inne tematy w dziale Rozmaitości
Komentarze
Pokaż komentarze (95)