„Gazeta Wyborcza” opisała swoisty performance odegrany w Warszawie przed gmachem Sejmu. Całość została wystawiona pod wdzięcznym tytułem: „Człowiek i karp” . Losy karpia zostały przyrównane do Męki Jezusa Chrystusa, a całość ujęta w dialog pomiędzy rybą a człowiekiem. Według deklaracji twórców, przedsięwzięcie to miało na celu zwrócić uwagę na sposób, w jaki traktuje się ryby, zanim te znajdą się na świątecznym stole.
Zgadzam się z T. Terlikowskim, że tego typu porównania dla człowieka wierzącego są tożsame z bluźnierstwem, a z kolei u osoby niewierzącej w Jezusa powinny budzić niesmak i sprzeciw jako przejaw relatywizacji i deprecjonowania ludzkiego cierpienia i śmierci.
Niestety komentator nie ustrzegł się, jakże powszechnego błędu, określając organizatorów mianem ekologów. Ekologia to dyscyplina naukowa (stąd też –logos w nazwie), która ma swoje ściśle określone pole zainteresowań naukowych i narzędzi badawczych. Ekolodzy, podobnie jak paleolodzy czy entomolodzy to osoby wykonujące daną profesję i nie należy ich mylić z różnej maści hobbystami, pasjonatami czy wreszcie fanatykami.
Pewne skrajne postawy o charakterze pseudo-ekologicznym tak się mają do ekologii jak pedofil do psychologa dziecięcego. „Obiekt” zainteresowań rzeczywiście ten sam, ale podejście jakże krańcowo odmienne. „Karpia męka” odegrana w przestrzeni publicznej to nie żadna ekologia, a co najwyżej ekofilia.



Komentarze
Pokaż komentarze