Lutosław Lutosław
556
BLOG

Ulga w katolskim bantustanie

Lutosław Lutosław Kultura Obserwuj notkę 20
Ulga w „katolskim bantustanie”
 
Wielkimi krokami zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Prócz doskonale widocznych znamion konsumpcyjno-rynkowych (Kup mnie! Kup mnie!), corocznej krzątaniny w domach, sporo osób równolegle prowadziło odpowiednie przygotowania o charakterze wybitnie intymnym — duchowym. Właściwie tego rodzaju prywatna odnowa, refleksja dokonuje się u każdego, nawet jeśli większość osób rozpoczyna ją dopiero przy łamaniu się opłatkiem, a nie z początkiem Adwentu.
Tak jak tradycją stają się powoli świąteczne promocje w sklepach, tak rozmaite periodyki z uporem godnym lepszej sprawy zajmują się obrzydzaniem i ośmieszaniem wszystkiego co się z tradycją i zwyczajem tychże Świąt wiąże.  I tak w dzisiejszym wydaniu „Gazety Wyborczej”, czytelnik spotyka się z artykułem, którego motto idealnie oddaje cytat z „Epitafium dla Sowizdrzała” (Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński):
Judasza spłosz -
A on za grosz
Zmyśli, czego nie widział wprost:
Czego się nie da zniszczyć - z tego trzeba szydzić.
Bohater tekstu „Osobiście zrywam ze świąteczną tradycją” już na początku wali prawdę między oczy stwierdzając: „Nie cierpię całej tej przedświątecznej krzątaniny, tysięcy ludzi w sklepach, poszukiwania prezentów, stania w kolejkach, sprzątania w domu, dylematów z wybieraniem podarunków”. To rzeczywiście prawdziwy horror — celebrować sprzątanie, rokrocznie obchodzić przymus udania się do sklepów i żmudny trud wyboru podarków. A potem słuchać kolęd o niezrozumiałych tekstach (nie wspominając o przekazie) i gromadzić się w jakimś sadystycznym transie nad truchłem jeszcze niedawno zamieszkującego wannę p. Jerzego karpia.
Zgroza w czytelniku rośnie gdy dowiaduje się, że w ten okrutny proceder angażowane były dzieci. I to od najmłodszych lat! Lecz oto bohater wziął sprawę w swoje ręce i wyzwolił się z tego błędnego koła kupowania, prasowania, sprzątania, gotowania i tego wszystkiego co stanowi garb zacofania u mieszkańców tej części kontynentu, a co według pana Jerzego jest istotą Świąt. Zerwał zatem okowy, wyzwalając siebie i dzieci, aby nareszcie… obejrzeć film, przeczytać książkę, czy też pójść do restauracji.
Ten skok ku wolności (lub może bardziej odskok od Świąt?), mimo iż jednoznacznie śmiały i godzien pochwały wymagał pewnego wytłumaczenia dla niewystarczająco entuzjastycznych czytelników, stąd też „to co kiedyś robiło się z naturalnej potrzeby serca dla spotkania z bliskimi przy wspólnym stole i na przygotowanie czego było dużo spokojnego czasu, dziś nas zniewala. Musimy w szybkim tempie skonsumować obowiązkowy rytuał. Mnieto już nie dotyczy. Od teraz będę dawał prezenty komu i kiedy będę chciał, z rodziną i przyjaciółmi spotykał się wtedy, kiedy wszyscy będziemy mieli na to czas i ochotę. A specjalne święta urządzę sobie w czerwcu, bo bardzo lubię ten miesiąc”.
Do kogo zatem adresowany jest postulat grudniowych wypadów do knajp i czerwcowych spotkań parawigilijnych? Niejeden powie, że dla „młodych wykształconych z wielkich miast”, ale dla sprawdzenia tej tezy zajrzałem do komentarzy pod tymże artykułem. O autorach przytłaczającej większości z nich można powiedzieć sporo, ale nie to, że są wykształceni. Bzdura goni bzdurę, po raz n-ty powielane stereotypy o religii, Polsce, chrześcijaństwie, sprowadzane do krótkich haseł, a te do zwyczajnych bluzgów. Stąd właśnie cytat będący tytułem niniejszego tekstu — w końcu ktoś przecież jasno plunął prawdą w twarz „katolskiemu bantustanowi”. Oto zatem odbiorcy owych grudniowych przemyśleń pana Jerzego — przedziwny mix czytelników urbanowskiej gadzinówki, spasionej warszafskiej lewicy o dwóch podbródkach i rozmaitych frustratów szukających poklasku. Wolność, na którą powołuje się bohater tekstu jest „wolnością od…” (Świąt, tradycji, etc.). Szkoda, że nie jest to postulat „wolności do…”, bo jedyne co jest nam tutaj oferowane w zamian to egoizm posunięty do absurdu.
Nie, nie jestem oburzony artykułem „Wyborczej”, ani on pierwszy, ani zapewne ostatni (na Wielkanoc pewnie się znajdzie jakaś kolejna pseudoewangelia wg. Piłata). Szczerze za to jest mi żal tych ludzi. Widzę osoby, które całkowicie zatraciły swoją tożsamość, zgubiły się w otaczającym świecie. Stąd świąteczny czas kojarzy się im  przykrymi obowiązkami, które niczemu nie służą, a przez to jedynie męczą i frustrują.
A przecież Święta Bożego Narodzenia można dobrze przeżyć mając nieumyte okna, czy też 7 zamiast 12 dań na stole. Nie trzeba ulegać  dyktatowi reklam, iż miarą miłości do drugiej osoby jest kwota na paragonie kupionego dla niej prezentu! Zabrzmi to górnolotnie, ale dla mnie Święta to czas obcowania z Sacrum, a jeśli tego braknie, to rzeczywiście wszytko inne staje się pustym, nic nieznaczącym chocholim tańcem. W takiej sytuacji rezygnacja z zewnętrznej formy wydaje się słusznym korkiem i to dla obu stron — lepsza mniejsza wspólnota prawdziwie przeżywająca i rozumiejąca sens Świąt i relacji z drugim człowiekiem, niż rzesze zatomizowanych praktykujących niewierzących.
No ale to wszystko tylko garść przemyśleń młodego wykształconego, dumnego z pochodzenia z  Polski B i przynależności do „katolskiego bantustanu”.
 

  

Lutosław
O mnie Lutosław

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (20)

Inne tematy w dziale Kultura