− I jak tam Zbyszku w Twojej szkole, jak idzie?
− Kiepsko Paweł, jest kiepsko. Dzieci mało, pieniędzy też, rok dwa i nas zamkną.
− Jak to?! A próbowałeś ten motyw z nauczaniem dzieci kaszubskiego?
− No, ale jak… przecież u nas nie ma żadnych Kaszubów, wieś nawet de facto poza granicami Kaszub leży…
− Eee tam, gadanie! U mnie też jeszcze dwa lata temu żadnych Kaszubów nie było, a teraz − popatrz!
Niedawno byłem mimowolnym świadkiem takiego dialogu między dwoma dyrektorami wiejskich podstawówek na Pomorzu. To przypomniało mi o temacie, z którym od jakiegoś czasu się nosiłem − o sprawie nauczania języka/dialektu (sprawa wbrew pozorom nie jest rozstrzygnięta, językoznawcy są w tej kwestii podzieleni) kaszubskiego. Łatwo tu o nieporozumienia, będą przecież i tacy, którzy odruchowo uznają to za pierwszy krok do separatyzmu, a w dalszej perspektywie rozbiorów. Cóż, nasza historia nie jest łatwa, rany i blizny fizyczne goją się zwykle ciężej niż te w umysłach.
Pewne sprawy najlepiej obserwować w powiększeniu, w skali mikro. I tak jest również w tym wypadku. Dofinansowania płynące z Unii na nauczanie języków mniejszości etnicznych stanowią częstokroć być albo nie być dla małych wiejskich podstawówek (na każdego ucznia przypada bowiem dodatkowo 50% kwoty, którą szkoła dostawała dotychczas). Dzięki temu wiele wiejskich szkół ma szanse uniknąć likwidacji i przetrwać. Są gminy, gdzie zamknięto szkoły liczące po 100-150 uczniów (argument – nie opłaca się), a te z 20-40 dziećmi dzięki kaszubskiemu mają się świetnie (dzieci uczą się w małych grupach, mają lepsze wyniki, są pieniądze na zajęcia dodatkowe). System dobrze działa, jest ogólnie znany, nic więc dziwnego, że zyskuje coraz więcej zwolenników wśród kolejnych gmin, wkraczając nawet w te regiony Ziem Odzyskanych, gdzie 90-95% mieszkańców jest potomkami przyjezdnych z Podlasia, Kielecczyzny czy Podhala, a ostatni Kaszubi-Słowińcy zgermanizowali się tam 150-200 lat temu. W końcu skoro sąsiedzi mogą, to czemu my mamy być gorsi?
Rozumiem tych ludzi, po prostu dbają o dobro swoich dzieci i swojej najbliższej okolicy. A że Unia preferuje określony typ tożsamości etniczno-finansowej? To dla nich kwestia drugorzędna. Wiele mówi, że gdyby nie te dotacje to Kaszub z kulawą nogą by się nie bawił w nauczanie języka-dialektu. Jest w tym sporo racji, w końcu kaszubszczyzna przetrwała okres zaborów, to jedność sprawy polskości i kaszubskości pozwoliła uzyskać odrodzonemu państwu dostęp do morza. Aby kultywować odrębność regionalną, oryginalność własnej grupy etnicznej nie trzeba przecież instytucji państwowych, to często sprawa uczuć, czegoś co wymyka się państwowemu szkiełku i oku.
Problem widzę gdzie indziej – smucąca jest bezradność ludzi, którzy już dawno zrozumieli, że własne państwo spisało ich na straty, konsekwentnie od lat likwidując kolejne przejawy swojej obecności (ośrodki kultury, świetlice, poczty, posterunki policji, etc.) na prowincji. Do niedawna jedyną opcją był wyjazd, ale i to ostatnio staje się coraz trudniejsze z racji postępującego likwidowania połączeń kolejowo-autobusowych i zamykania przez prywatnych przewoźników kolejnych linii. Przeciwności rosną, na miejscu jak na razie trwają kościoły parafialne (czy jednak i na nie przyjdzie kiedyś pora?), sklepy (a i to nie wszędzie) oraz źródło-informacjo-rozrywki-bóstwo-wyrocznia w jednym czyli telewizja.
Wygląda na to, że okręt-państwo będąc wciąż niesterowanym, obciążonym balastem korupcji niekompetencji i przerostu bałaganu strukturalno-administracyjnego molochem coraz mniej gwarantuje przebywającym na pokładzie obywatelom. Tym bardziej, że u steru swój chocholi taniec odprawiają kolejne zastępy rozmaitej maści cwaniaków, błaznów i pospolitych bandytów. I co najgorsze, to właśnie ta „mniejszość” zdaje się mieć najlepiej.



Komentarze
Pokaż komentarze