Ministerstwo Zdrowia, zwane czasami przez niewdzięcznych i złośliwych obywateli Ministerstwem Zagłady, pod światłym przewodnictwem pana ministra doktora Arłukowicza zmuszone dyrektywą Parlamentu Europejskiego i Rady 2011/24/UE z dnia 9 marca 2011 r.w sprawie stosowania praw pacjentów w transgranicznej opiece zdrowotnej,wydaliło z siebie projekt zmiany ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych.
Należy tutaj napisać parę słów wyjaśnienia co to jest owa ustawa. Otóż jest to zbiór zasad, praw regulujących wraz z uzupełniającymi ją rozporządzeniami wydawanymi przez tego samego ministra zasady leczenia pacjentów oraz finansowania tego leczenia z pieniędzy obywateli czyli tzw. składek zdrowotnych. Wykłada się to tak, że przykładowy doktor Kłosek w miejscowości Wilkowyje musi stosować się do owych zasad i praw tudzież szeregu innych tworzonych przez armię urzędników ponieważ w przeciwnym wypadku mogą spotkać go mówiąc eufemistycznie nieprzyjemności, znajdując się często w sytuacji określanej jako „między młotem a kowadłem”.
Wracając jednak do istoty sprawy. Rzeczony projekt ustawy reguluje zasady leczenia przysłowiowego Kowalskiego i finansowania owego leczenia w np. w klinice w Monachium.
Ktoś może gromko krzyknąć hurra, zamiast czekać w kolejce Polsce (których podobno już nie ma) będę miał możliwość pojechania do wspomnianej kliniki w Monachium a firma, w której ubezpieczyłem swoje zdrowie wpłacając co miesiąc ciężko zarobione pieniądze czyli NFZ pokryje koszty owego leczenia. Jak zwykle jednak tzw. diabeł tkwi w szczegółach. Po pierwsze pomimo że delikwent płaci NFZ i teoretycznie powinien oczekiwać zwrotu pełnej kwoty leczenia w przykładowej klinice monachijskiej, ponieważ nie umawiał się z NFZ na tzw. udział własny, dostanie tylko tyle pieniędzy ile za podobne leczenie ubezpieczyciel, czyli NFZ zapłaciłby w Polsce przykładowemu szpitalowi w Wilkowyjach. Po drugie NFZ może, aczkolwiek nie musi o czym będzie dalej, sfinansować leczenie (sposób leczenia) zatwierdzony przez jaśnie oświeconego pana ministra w naszym kraju. Tak więc jeśli w owej monachijskiej klinice zostanie wprowadzony nowatorski i zatwierdzony w Niemczech, Francji etc. sposób leczenia lecz ów sposób nie zostanie zatwierdzony przez szanownego pana ministra, pacjent może co najwyżej biegać z przysłowiowym kapeluszem po rodzinie bo na NFZ nie ma co liczyć. Osoby bardziej dociekliwe zastanawia pewnie jak to się stało, że UE z jednej strony z uwielbieniem wydaje dyrektywy stanowiące, że wszystkie banany sprzedawane na terenie europy mają być proste bo inaczej nie są bananami a z drugiej umożliwiła różnorodność zarówno rodzaju leczenia jak i jego finansowania pozostawiając kompetencje w tym zakresie poszczególnym krajom. Ano stało się tak dzięki stanowisku przedstawicieli rządów a konkretnie ministrów zdrowia Hiszpanii i Polski w osobie pani Kopacz na właściwej konferencji. Niemcom i Francuzom to pewnie było obojętne bo i tak Polski pacjent musi zapłacić kwotę zgodnie z cennikiem i nie interesuje ich to czy ma pieniądze z NFZ czy z pożyczki od wujka. Rozpatrując sprawę bardziej szczegółowo, zgodnie z radosną twórczością MZ tzw. świadczeniobiorca, czyli mówiąc bardziej po ludzku pacjent, „jest uprawniony do otrzymania od Funduszu zwrotu kosztów świadczenia opieki zdrowotnej”. Wykłada się to mniej więcej tak, że pacjent po leczeniu w klinice w Monachium będzie musiał wnieść opłatę w ojro a o zwrot części poniesionych kosztów będzie mógł się ubiegać po szczęśliwym powrocie do kraju. Myli się jednak ten, który ma nadzieję, że będzie łatwo i prosto. Pacjent, który już posiadł wiedzę ile będzie kosztowało jego leczenie w klinice w Monachium i uzbierał odpowiednią kwotę w ojro będzie musiał dysponować skierowaniem na przedmiotowe leczenie wystawione przez wspomnianego uprzednio doktora Kłoska. Ponownie należy przy tym wspomnieć, że pacjent może liczyć na zwrot pieniędzy w kwocie, którą płaci NFZ za podobne leczenie przeprowadzone w Wilkowyjach lub Minister Zdrowia będzie obliczał „średnią ważoną” cokolwiek to znaczy. Skierowanie wystawione przez doktora Kłoska jest jednak dopiero początkiem drogi przez mękę nieszczęsnego pacjenta ponieważ przed wyjazdem do kliniki w Monachium musi uzyskać zgodę dyrektora Narodowego Funduszu Zdrowia a precyzując dwóch zgód, zgody wstępnej i ostatecznej. Zgody na potencjalne pokrycie części kosztów leczenia oraz zgody zatwierdzającej należne koszty. W pierwszej kolejności należy się pochylić nad wydawaniem zgody na leczenie w klinice w Monachium przez dyrektora NFZ czyli obietnicy udzielonej nieszczęsnemu pacjentowi, że w przyszłości otrzyma zwrot części poniesionych wydatków. Rzeczony dyrektor może odmówić wydania zgody obietnicy, o którą ubiega się nieszczęśliwy pacjent leżeli leczenie czyli świadczenie „może zostać udzielone w kraju, przez świadczeniodawcę posiadającego umowę o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej, w terminie nieprzekraczającym dopuszczalnego czasu oczekiwania pacjenta na dane świadczenie, przy uwzględnieniu jego stanu zdrowia i przewidywanego rozwoju choroby”. Nieszczęsny pacjent niech jednak nie porzuca nadziei bowiem pan minister w bliżej nieokreślonej przyszłości określi co rozumie pod pojęciem „dopuszczalny czas oczekiwania”. Załóżmy jednak, że szczęśliwie udało mu się wypełnić właściwy wniosek, uzyskać pomyślną opinię lekarza specjalisty (koniecznie posiadającego umowę z NFZ) oraz przychylność urzędników. Po pomyślnie przeprowadzonym leczeniu wraca do kraju i tu może go spotkać rozczarowanie bowiem wydanie zgody ostatecznej na zwrot kosztów nie jest obligatoryjne i opiera się na dowolności i widzimisię owego dyrektora (np. doktor Kłosek na skierowaniu postawił krzywo pieczątkę). Urzędnicy precyzyjnie określili kiedy zgoda nie będzie wydana, mianowicie między innymi w sytuacji, w której nieszczęsny pacjent nie będzie mógł przedstawić dokumentu, że zapłacił już pełną kwotę za leczenie w klinice w Monachium lub „świadczeniobiorca nie przedstawił dokumentów, zawierających wystarczające dane dotyczące procesu diagnostycznego lub terapeutycznego, pozwalających na zidentyfikowanie rodzaju świadczeń opieki zdrowotnej, których dotyczy wniosek o zwrot kosztów”. Punktów dotyczących odmowy wydania zgody przez urzędnika dyrektora jest 9 i nie warto nad wszystkimi się rozwodzić, krótko mówiąc bez przedstawienia potwierdzenia przelewu i „wystarczających danych” nieszczęsny pacjent nie ma co liczyć na zwrot części kosztów. Należy przy tym zaznaczyć, że pan minister nie określił jakie dane ma uznać za wystarczające urzędnik, pacjent na własny koszt ma przetłumaczyć z niemieckiego dokumentację medyczną i nie wiadomo czy owo tłumaczenie musi być dokonane przez tłumacza przysięgłego czy wystarczy zrobione przez wujka, który w swoim czasie pracował u bauera.
Zostawmy jednak pacjenta i zwróćmy uwagę czego oczekuje pan doktor minister od lekarza specjalisty wystawiającego skierowanie. Pan doktor minister dokładając obowiązków oczekuje, że lekarz będzie wystawiał rzeczone skierowanie za tzw. friko czyli nieodpłatnie ponieważ w ustawie nie ma ani słowa o wynagrodzeniu medyka. Jest natomiast dużo na temat konieczności zatrudnienia dodatkowych urzędników w oddziałach i centrali NFZ z uposażeniem ponad 5100,00 zł.
Z okazji zbliżających się wyborów do UE życzę pacjentom oraz lekarzom będącym wyborcami jedynie słusznej partii dużo zdrowia.


Komentarze
Pokaż komentarze