11 obserwujących
144 notki
97k odsłon
  175   0

Niemiecka wykładnia moralności.

Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier oznajmił, że polityka jego kraju wobec Rosji poniosła porażkę, a jego poparcie dla NS2 było ewidentnym błędem. 

Z kolei była kanclerz Angela Merkel za pośrednictwem swej rzeczniczki poinformowała, że nie planuje  wypowiadać się na temat wojny na Ukrainie. Widocznie zajęta wywczasami w Toskanii, nie ma czasu ani ochoty na takie sprawy. 

Co o tym można sądzić? Zacznijmy od pani Merkel. Jak na kogoś, kto przez kilkanaście ostatnich lat prowadził fałszywą i w efekcie tragiczną dla milionów Ukraińców politykę, kierując nie tylko niemieckimi relacjami z Rosją lecz również odpowiadając za rozmowy z Moskwą w sprawie Ukrainy, jej milczenie jest znakiem upadku. Całkowitej katastrofy moralnej. 

Jej milczenie jest gestem umycia rąk, godnym Piłata. Nie ma tu nic więcej do dodania. To dno.

Z kolei Steinmeier, w sferze formalnej zrobił to co zrobić należało. Przyznał się do swych błędów. I można by nawet powiedzieć, że zachował się jak należy. Gdyby nie jeden gruby fakt. Ten oto, że słowa nie poparte czynem, pozostają tylko słowami. Czynów zaś brak. Prezydent Niemiec uznał swe błędy przeszłości, ale jakoś nie zabrał się do roboty, by dokonać jakiegoś zadośćuczynienia. Zapadł na dyplomatyczną chorobę. Cóż za wygodny zbieg okoliczności...

I tak oto, dwie "świetlane osobistości" niemieckiej - znaczy europejskiej - polityki, czynniki miarodajne do wygłaszania wszelakich sądów moralnych oraz instruowania maluczkich ( np. z Polski ) pokazały nam swe oblicze. Politycznych i moralnych karłów. Ale to wiedzieliśmy już od dawna. A przynajmniej, kto chciał to widział....


Lubię to! Skomentuj8 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale