W Wielkim Tygodniu na spotkanie zaprosiła mnie straż miejska. Nie było to tradycyjne jajeczko, a wezwanie związane z tym, że zaparkowałem w miejscu niedozwolonym. Było to zresztą w części miasta gdzie dozwolonych miejsc prawie w ogóle nie ma, czyli biurowym Mokotowie. Tę prostą prawdę usiłowałem też przekazać zielonookiej, młodej i ładnej, acz surowej pani strażnik. No i właśnie od Zieloonokiej dowiedziałem się bardzo przygnębiającej rzeczy. Jak utrzymywała, a nie widzę powodu, żeby jej nie wierzyć, duża część mandatów to efekt donosów. Otóż są między nami tacy obywatele, bardziej gorliwi od innych, którzy noszą w sobie wrodzoną chęć przywracania porządku publicznego identyczną z tą jaką nosili dawni ORMO-wcy – ochotnicy milicjanci i ochotnicy kapusie. Dziś już bez legitymacji krążą po mieście i donoszą: tu zakaz parkowania, a samochody stoją. Tutaj biała honda o dwa metry za blisko przystanku, a mercedes za rogiem najprawdopodobniej zajmuje zbyt dużą część chodnika. Aby straż miejska spełniła swoją powinność często zaznaczają, że upewnią się czy doszło do interwencji, a w razie gdyby do niej nie doszło złożą skargę. I wszystko to w Polsce, a nie w NRD. I wcale nie chodzi o to, żeby coś komuś ułatwić, nie chodzi o to, że te samochody jakoś przeszkadzają. ORMO-wcy sypią jak leci. Czasem wywołuje to zabawne sytuacje, bo strażnicy notorycznie jeżdżą pod ich wpływem spisywać samochody „blokujące bramę”, tyle, że na miejscu często okazuje się, iż auto należy do właściciela posesji.
Zastanawiam się co drzemie w duszach współczesnych ORMO-wców, że robią to co robią, krążą jak miejscy partyzanci po ulicach, i uprzykrzają życie innym? Tęsknota za porządkiem? Niespełnione ze względu na opinię psychologa kariery policyjne? Myślę, że przede wszystkim żółć. Żółć, która nakazuje dokopać innemu, żeby było mu gorzej niż „mi”. Dziecięcy sadyzm, nakazujący uleczyć własne kompleksy, niepowodzenia, nieszczęścia. Agresja i nieumiejętność zobaczenia w kimś innym takiego samego faceta lub babki jak my, któremu też nie idzie, nie ma na kredyt, ma głupią pracę, alimenty albo ma problemy z prostatą lub seksem. To dobrze widać na drogach. Oczywiście frustrację nie seks, seks jest tylko na drogach krajowych i to w odrażającej postaci. Za to na wszystkich drogach co trochę człowiek trafia na agresywnego celowo zajeżdżającego lub nie wpuszczającego na swój pas chama lub frustrata. Gdy taki cham z frustratem się spotkają wtedy albo jest stłuczka, albo wysiadają z samochodów i klną na siebie, czasem biją. Człowiek patrzy na nich i czuje mieszkankę pogardy z litość. Ale i odrobinę empatii – w końcu sam niekiedy taki bywa.
Ale taki drogowy cham i frustrat przynajmniej działa z otwartą przyłbicą. Prawdziwy wskaźnik stężenia żółci w organizmie społecznym Polaków to Internet – i uważam, że jest to kolejna wielka zaleta tego cudownego komunikacji. Możemy się z niego więcej dowiedzieć o bliźnich niż ze wszystkich Jungów, Freudów, Aronsonów i badań Czapińskiego razem wziętych. To całe bezsensowne chamstwo, nieumiejętność polemizowania na argumenty, ani oddzielenia poglądów od człowieka. Z całym szacunkiem dla bardzo wielu osób, szczególnie na S24, które cenię, to jeśli prześledzić większość tego co można znaleźć na internetowych forach poświęconych polityce to jesteśmy idealnym społeczeństwem dla politycznych urabiaczy. Dzięki nim Polacy PiS-owcy i Polacy Platformersi walczą ze sobą na zabój i nienawidzą się serdecznie w wojnie, która toczy się w dużym stopniu w pr-owskim wirtualu, bo w realu różnice między tymi partiami bywają niewielkie.
Dotyczy to też dziennikarzy. Zresztą i oni bywają aktywni w sieci w najgorszym tego słowa znaczeniu. Jest choćby taki młody jegomość, który pod moimi komentarzami i nielicznymi informacjami na temat mojej skromnej osoby wypisuje rozmaite chamskie bluzgi i zmyślenia. Łatwo go rozpoznaję po stylu i pewnej naiwności, która sprawia, że maskuje się na przykład pod kobiecymi nickami. Wiem kto to. Przypadkowo. Kiedyś byliśmy w jednej redakcji. Coś mu prywatnego przy papierosie powiedziałem, a potem znalazłem to w anonimowym wpisie „czytelniczki”. Co zabawne czasem dzwoni w branżowych sprawach i się łasi. Nic mu nie mówię, bo jestem ciekaw jak daleko się posunie.
Przy okazji Święta Wielkiej Nocy, choć marny ze mnie chrześcijan, rozstrzeliwuję wspomnianego jegomościa swoim przebaczeniem. Tak samo jak innych internetowych frustratów nie potrafiących polemizować z poglądem bez obrażania jego autora. Nie potrafiących nawet obrażać pod własnym nazwiskiem, nie mówiąc o patrzeniu w oczy. Rozstrzeliwuję przebaczeniem wszystkich, patrzących z kolei w oczy, drogowych agresorów i wręcz niewiarygodnych donosicieli - hobbystów, przez których od czasu do czasu płacę mandaty. Rozstrzeliwuję przebaczeniem i proszę o to samo tych wszystkich, wobec których zachowałem się niesprawiedliwie, pewnie tacy są. Wszystkich tych, którym złośliwie zajechałem drogę, i wobec których nie zapanowałem nad swoim cholerycznym, cholernie polskim charakterem. I jeszcze raz dziękuję Zielonookiej za upomnienie a nie mandat – i uśmiech na koniec, a także życzenia świąteczne. Nie wszyscy jesteśmy ORMO-wcami. I nie zawsze.
(jest to poszerzona wersja felietonu, który ukazał się w dzienniku "Polska")


Komentarze
Pokaż komentarze (49)