Nieco niezauważony przeszedł list Aleksandra Kwaśniewskiego w obronie Wojciecha Jaruzelskiego, który opublikował tygodnik „Przegląd”. A szkoda, bo były prezydent poszedł w nim nieco dalej niż zwykł to czynić na co dzień.
List wypełnia utrzymane w patetycznej formie wzywanie narodu do zjednoczenia się wokoło osoby generała prześladowanego przez „prawicę spod znaku PO” (prawdziwa perełka: „jestem pewien, że bolą go nie tyle ataki małych ludzi, ile fakt, że my jesteśmy cisi”), a także argumenty mające świadczyć o zasadności decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego. Większość z nich jest znana, niech sobie sąd rozpatruje ich zasadność, ale ciekawy jest następujący fragment:
„Przypomnijmy sobie tamte lata i radykalizującą się „Solidarność”, która zaczęła wymykać się z rąk jej kierownictwa. Przypomnijmy sobie niedawne czasy, kiedy rządziło PiS i bezpośredni spadkobiercy ówczesnych radykałów. Czy mając przed oczami te obrazy, ktoś z ręką na sercu powie, że porozumienie narodowe było wówczas możliwe? Fakty dla każdego myślącego Polaka są oczywiste. Dlaczego więc o nich nie pamiętamy?”
A więc nie tylko Rosjanie, gospodarka, zima, partyjny beton, i co tam jeszcze, ale i radykalizujący się związek, czyli dokładnie tak jak niegdyś tłumaczył Jaruzelski: narastająca agresywność ekstremistów i jawne dążenie do całkowitego rozbioru socjalistycznej polskiej państwowości.
Trzeba przyznać, że tego argumentu polscy politycy o tak wysokiej randze od dość dawna nie używali. Dokładnie tak uzasadniano stan wojenny w 1981 roku. Nawet sam Jaruzelski dziś też w swojej obronie ucieka do tego rodzaju deklaracji. Wyręcza go młodszy kolega. Zabawnie na tym tle wyglądają wszelkie wcześniejsze deklaracje Aleksandra Kwaśniewskiego o jego szacunku i wdzięczności dla ludzi „Solidarności”.
Ale trzeba przyznać jedno. Aleksander Kwaśniewski zapewne uczciwie napisał co myśli i otwarcie powrócił do retoryki stanu wojennego.


Komentarze
Pokaż komentarze (32)