Wracam po długiej przerwie. Kiedyś zapowiadałem, że zamykam bloga, znikam i poszukam nowego miejsca, a nikt nie dowie się, dokąd uciekam. Podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. A tym bardziej nie wraca się w miejsca, z których człowiek uciekał w glorii niezrozumienia. Cóż, życie bywa przewrotne - po miesiącach nieobecności uznałem, że lepszego miejsca od tego tutaj po prostu nie ma. Ponieważ archive.org nie zachowało moich dawnych wpisów, a po moim profilu na Salon24 nie został w zasadzie żaden kamień na kamieniu, zaczynam wszystko od czystej kartki. Nikt mnie tu pewnie już nie pamięta, a jedynym trwałym śladem po dawnej działalności okazał się jeden, jedyny komentarz w czeluściach serwisu: "tu narcystyczna maruda usunęła wpisy, póki co – poza jednym... hm". Cóż, żaden ze mnie narcyz, ale maruda? Tu może być trochę racji. Z małą, istotną poprawką: jak już, to "ten maruda", a nie "ta maruda" - autorka komentarza nawet nie zadała sobie trudu, by sprawdzić, czy blog prowadził mężczyzna czy kobieta. Skoro jednak po dawnym dorobku nie ma absolutnie żadnego śladu, to co szkodzi po prostu wrócić?
Gdzie kończą się ziemie polskie, a zaczynają niemieckie?
Moi oponenci na polskiej Wikipedii urządzili sobie właśnie własną wersję programu "Jaka to melodia?". Co grają? Tego nie jestem w stanie odgadnąć nawet po siedmiu nutkach. Grają bez nut, ze słuchu i wyłącznie pod własną tezę. Dyskusja, która przez ostatnie miesiące rozpalała nas do czerwoności, dotyczyła kategoryzacji bitew I wojny światowej na ziemiach polskich. Postanowiłem zdać się na demokrację i poddać sprawę pod formalne głosowanie. Wynik? Kuriozalne 2 głosy za, 2 przeciw i 1 wstrzymujący się - przy braku wymaganego kworum. W praktyce oznacza to jedno: pełną akceptację dotychczasowego status quo, w którym "ziemie polskie" są zdefiniowane technicznie przez współczesne granice z 1945 roku. Społeczność Wikipedii po prostu nie uznała tego tematu za na tyle palący, by kruszyć o niego kopie - większości po prostu to nie przeszkadza, a cała ta długa batalia okazała się w gruncie rzeczy pieniactwem zaledwie kilku nawiedzonych osób. Kto jest ciekawy, jak burzliwie wyglądała ta wikipedystyczna wojna podjazdowa, może zajrzeć na stronę z głosowaniem i linkami do wcześniejszych dyskusji, a także sprawdzić wnioski o blokadę: [1], [2], [3] oraz próby całkowitego unieważnienia głosowania przez oponentów. W tamtych gorących bojach nawzajem żądaliśmy od administratorów blokowania swoich kont - mnie samego admin raz zablokował za użycie nieco ostrzejszego języka, gdy po kolejnych woltach oponenta rzuciłem w dyskusji klasyczne: "kup sobie Rexonę i przestań gwiazdorzyć". Skończyło się na blokadzie w samej przestrzeni dyskusji, bo po prostu pękłem, nie wytrzymując tego nieustannego kluczenia, zmieniania poglądów jak rękawiczki i bezczelnego zaprzeczania własnym słowom.
W związku z tym zamknąłem ten rozdział, ale postanowiłem przedstawić tutaj, w formie publicystycznego podsumowania, kilka własnych przemyśleń na temat stanu umysłu niektórych wikipedystów. We wspomnianych kategoriach bitew widnieje krótka, czerwona uwaga wyjaśniająca, co na ich potrzeby rozumiemy przez "ziemie polskie" (właśnie obszar w granicach z 1945 roku). Wydawałoby się, że to rozwiązuje problem. Jak się jednak okazuje - nie dla każdego. Dla niektórych to rażący anachronizm, bo dręczy ich fundamentalne pytanie: co było "ziemiami polskimi" WTEDY - w 1914 roku? I tu zaczyna się prawdziwy teatr absurdu. Oponenci na każdym kroku podkreślali, że pojęcie "ziem polskich" w 1914 roku nie jest tożsame z pojęciem "ziem polskich" po 1945 roku, zwłaszcza w przypadku Cesarstwa Niemieckiego. I dawali do zrozumienia, że konieczne jest rygorystyczne odróżnienie ziem polskich od niemieckich. Tylko pytam: gdzie się kończą jedne, a zaczynają drugie? Teoretycznie na granicy Rzeczypospolitej Obojga Narodów z 1772 roku - te granice to w końcu podręcznikowa definicja pojęcia "ziem polskich pod zaborami". Tylko czekajcie… Górny Śląsk nie należał do RON nigdy, choćby przez jeden dzień, a tym bardziej nie było go w granicach z 1772 roku - z definicji zaborem więc nie był, co zresztą wprost i bez owijania w bawełnę potwierdza sama Wikipedia, definiując to pojęcie następująco: "Pojęcie zabór pruski nie obejmuje tych ziem, które przed rozbiorami nie znajdowały się w granicach dawnej I Rzeczypospolitej, a które po odzyskaniu niepodległości przez Polskę znalazły się w jej granicach (po I lub II wojnie światowej) (...). Do grupy tej zalicza się przede wszystkim Śląsk (zarówno Dolny, jak i Górny, w tym również jego część przyłączoną do II Rzeczypospolitej w 1922 roku)". A jednak na polskiej Wikipedii w kategorii "Były zabór pruski w II Rzeczypospolitej" figurują sobie w najlepsze konkretne zagadnienia związane z tym regionem, takie jak powstania śląskie czy plebiscyt na Górnym Śląsku - co przecież obejmuje nawet tereny, które ostatecznie wcale nie weszły w skład II RP! Już samo rozciąganie pojęcia "zaboru" na tereny nienależące do RON jest grubym nagięciem faktów historycznych, ale nazywanie tak również tej części Górnego Śląska, która w ogóle nie znalazła się w II RP po plebiscycie i powstaniach (Bytom, Zabrze, Gliwice czy Opole z okolicami), to czysta manipulacja. Skoro jednak pojęcie "zaboru" traktuje się tak elastycznie jak gumę - uznając cały Górny Śląsk, włącznie z terenami, które leżały zarówno poza RON, jak i poza II RP, za "były zabór pruski w II RP" - to co stoi na przeszkodzie, by sąsiedni Dolny Śląsk, który również do żadnego zaboru nie należał, potraktować analogicznie i nazwać "byłym zaborem pruskim w Polsce po 1945 roku"? Skoro Górny Śląsk może być "zaborem pruskim", to dlaczego Dolny nie może? A jeśli nie uznamy go za zabór - naginając pojęcie zaboru do przedwojennych granic II RP, żeby odróżnić terytorium Polski przedwojennej od powojennej - to bezwzględnie musi on być przynajmniej Ziemiami Odzyskanymi lub Ziemiami Zachodnimi i Północnymi!
Tu nie ma dyskusji: skoro powiedziano "A" (Górny Śląsk, włącznie z terenami poza II RP, jako "zabór pruski"), to tym bardziej należy powiedzieć "B" (Dolny Śląsk jako Ziemie Odzyskane / Ziemie Zachodnie i Północne - co w przeciwieństwie do tamtej fikcji ma mocne zakotwiczenie w faktach)!
Czy oponenci zgodziliby się na równe traktowanie tych regionów? Oooo nieeeee! Tutaj ich elastyczność nagle się kończy. Górny Śląsk w kategorii "Były zabór pruski w II Rzeczypospolitej" im nie przeszkadza, ale bitwa pod Tannenbergiem i bitwy nad jeziorami mazurskimi w kategorii "Bitwy I wojny światowej na ziemiach polskich" - jak i sama obowiązująca tam definicja "ziem polskich" - przeszkadzały im już kolosalnie. Ich zdaniem na potrzeby kategoryzacji tych wydarzeń nie wolno w ogóle stosować współczesnych granic, bo Tannenberg i jeziora mazurskie to po prostu bitwy na ziemiach niemieckich i kropka - w żadnym, absolutnie w żadnym kontekście nie wolno ich wiązać z Polską! I to właśnie z tego powodu awantura zaczęła się w ogóle od wniosku o usunięcie całej siatki kategorii. Jeden z oponentów domagał się wtedy z pełną powagą, by całą tę strukturę "usunąć z hukiem" - i to z powodu zaledwie dwóch (sic!) bitew! Warto przy tym zauważyć, że w samej spornej kategorii nie ma absolutnie żadnych innych bitew na terenie Cesarstwa Niemieckiego poza nieszczęsnym Tannenbergiem i jeziorami mazurskimi - cała reszta to bezdyskusyjnie zabór rosyjski lub austriacki. I podejrzewam, że z Dolnym Śląskiem zrobiliby dokładnie to samo co z Tannenbergiem i jeziorami mazurskimi: skoro tamte to dla nich nie są bitwy na ziemiach polskich nawet przy zaznaczeniu, że chodzi o granice z 1945 roku, to i tutaj odrzuciliby wszystko. Górny Śląsk przed II RP może być dla nich naciąganym "zaborem pruskim", ale Dolny Śląsk przed 1945 rokiem? I tutaj leci krótka piłka: żaden "zabór pruski", żadne "Ziemie Odzyskane", żadne "Ziemie Zachodnie i Północne"! Ba, podejrzewam, że nawet samej nazwy "Prusy" woleliby w tym kontekście nie używać, bo w naszej narodowej świadomości zbyt mocno kojarzy się ona z rozbiorami Polski i mogłaby mimochodem przywołać jakieś historyczne polskie konotacje. Po prostu - Niemcy i Rzesza Niemiecka. I to nie Rzesza w sensie czysto obiektywnego faktu ówczesnej przynależności państwowej (bo przecież i Górny, i Dolny Śląsk formalnie do Rzeszy należały), tylko jako czyste, rdzennie niemieckie ziemie w sensie narodowym - takie jak Berlin czy Monachium. Skoro więc przed 1945 rokiem były to "po prostu Niemcy", to umieszczanie Dolnego Śląska lub jakichkolwiek innych ziem powojennych w jakiejkolwiek polskiej kategorii opartej na terytorium po 1945 roku - czy to na zasadzie fikcyjnego "zaboru", czy Ziem Odzyskanych / Ziem Zachodnich i Północnych - jest czystą kpiną, bo równie dobrze można by wtedy wrzucić do polskiej kategorii Berlin. Zero dyskusji, żadnych "ale" - to były po prostu Niemcy i koniec kropka, w żadnej polskiej kategorii znaleźć się nie mogą. Widać tu wyraźną podwójną miarę: II Rzeczypospolitej wybacza się wszelkie nieścisłości terminologiczne, bo skoro odrodzona po 123 latach niewoli Polska objęła dane tereny, to z natury uznaje się je za "zabór". Polsce Ludowej natomiast nie wybacza się niczego - wszelkie próby powiązania Ziem Odzyskanych z polskim kontekstem historycznym czy terytorialnym są kwestionowane, jakby były jedynie kłamstwem komunistycznej propagandy.
Wspomniany oponent posunął się wręcz do kuriozalnego twierdzenia:
"Jak już powyżej zauważył jeden z przedpiśców, sama kategoria jest mocno wątpliwa z powodu uznaniowości, a wymieniony przez przedpiścę opis kategorii w formie "Kategoria grupuje bitwy na froncie wschodnim I wojny światowej w granicach Polski wytyczonych w 1945 roku." sprowadza całość do absurdu, bo w ten sposób to okolice Lwowa czy Wilna to z ziemiami polskimi nic wspólnego nie mają, natomiast ówczesne Prusy Wschodnie - a to oczywiście co innego by przecie od zawsze »eta nasze«, a nawet jak i nie było to i tak wiadomo że się należało:) I tym to genialnym w swej przewrotnej logicznym trybem przy -> bitwa pod Tannenbergiem z kategoryzacji nijak nie wynika kto w ogóle brał w niej udział, ale pewnym jest tylko to że miała miejsce »na ziemiach polskich« :) No i co z tego że dopiero przyszłych..., ale już i wtedy nam się należały...:)".
W tym miejscu oponent wyraźnie wyciągnął anachronizm jako zarzut, wytykając, że przecież w tamtym czasie "ziemie polskie" leżały zupełnie gdzie indziej. Wobec takiego postawienia sprawy zaproponowałem zmianę nazwy kategorii tak, aby precyzyjnie odnosiła się do terenu dzisiejszej Polski, oraz logiczny podział na zabór rosyjski, austriacki i wspólną kategorię dla zaboru pruskiego oraz Ziem Odzyskanych. I wiecie, co na to odpowiedział? Ten rzekomy obrońca obiektywizmu wpadł w totalny szał, kwitując moją propozycję niezwykle ostrym językiem:
"Przy czym ileby argumentacyjnie nie kołowrotkować, definicyjne nakładanie »granic polski [sic!] wytyczonych w 1945 roku« na realia I wojny światowej i usilne naginanie rzeczywistości o niewątpliwej wyższości w »polskości« (późniejszych) Ziem Odzyskanych nad ówczesnymi Ziemiami Zabranymi/Kresami Wschodnimi pozostanie głęboce durną formą kategoryzacyjnego wulgaryzmu. W konsekwencji takowej nierzeczowej akrobacji to np. ci -> Kategoria:Bitwy Legionów Polskich 1914–1918 (Austro-Węgry) to nie walczyli o »ziemie polskie« tylko uprawiali ten proceder jako zaborcy »niepolskich ziem«, zapuszczając się jakoby w roli agresora za (znacznie późniejszą) wschodnią granicę »swoich ziem« -> potwarz dla rzeczowej logiki".
Ależ go poniosło! Zobaczcie tylko z jak gigantyczną pogardą odnosi się do samych granic z 1945 roku: słowo "polski" zapisał z małej litery, a pojęcie "polskości" Ziem Odzyskanych umieścił w sarkastycznym cudzysłowie. Taka pisownia absolutnie nie jest dziełem przypadku: on wprost kpi i drwi z tych terenów! Zamiast jakiejkolwiek merytorycznej polemiki dostaliśmy czysty, ideologiczny krzyk rozpaczy za samo kategoryzowanie Ziem Odzyskanych w jakimkolwiek kontekście polskim! Z jego pokrętnego wywodu wynika wprost, że Prusy Wschodnie w 1914 roku to po prostu Rzesza Niemiecka, a z drugiej strony Wilno i Lwów to bezdyskusyjnie polskie ziemie, tak samo jak bitwa pod Kostiuchnówką i bitwa pod Rafajłową to bitwy na polskich ziemiach, a legioniści walczyli u siebie o wyzwolenie swoich polskich ziem. Jakie zatem kryterium stosuje ten gorliwy obrońca polskości Kresów? Czy to rok 1772? Szczerze w to wątpię. Złapałem go za rękę i zadałem mu wprost pytanie, o którą konkretnie część Prus mu chodzi - przecież wystarczy rzut oka na mapę z 1772 roku, by zobaczyć, że Olsztyn, Elbląg i Malbork z okolicami jak najbardziej wchodziły w skład Rzeczypospolitej, podczas gdy reszta Prus już nie:
"Skoro według Ciebie kategoryzacja według obecnych granic to »akrobacja«, to pytam wprost: Czy Warmia (zajęta przez Prusy w wyniku I rozbioru Polski) to dla Ciebie w 1914 r. rdzenny REICH czy zabór pruski?".
Odpowiedzi nie doczekałem się do dzisiaj - po prostu dał drapaka i uciekł z pola walki, wyraźnie przestraszony tym niewygodnym pytaniem. Podejrzewam, że w głębi duszy kurczowo trzymał się mapy II RP - co w kontekście roku 1914 jest anachronizmem totalnym, bo te granice wtedy nie istniały nawet w sferze jakichkolwiek realnych planów, a obecnie są już tylko historią, podczas gdy granice z 1945 roku przynajmniej fizycznie istnieją.
Należało podejść do tematu inaczej, co zresztą starałem się robić od początku - doprecyzować twarde kryteria, a w razie potrzeby skorygować również samą nieszczęsną nazwę kategorii, zamiast iść w zaparte. Gdybyśmy użyli kryterium 1772 roku, to bitwy nad jeziorami mazurskimi faktycznie odpadają, bo to w całości rejon leżący poza dawnymi granicami RON. Ale co z bitwą pod Tannenbergiem? W tym przypadku fizycznie nie da się nawet jednoznacznie ustalić, czy bitwa toczyła się na ziemiach polskich czy niemieckich - sama miejscowość (Stębark) leżała poza RON, ale pole bitwy mogło przecież zahaczać o Warmię... Sama Wikipedia w infoboksie artykułu o bitwie pod Tannenbergiem czarno na białym podaje: "Miejsce: okolice Olsztyna i Olsztynka, Prusy". Olsztyn to historyczna Warmia, która w granicach RON przecież leżała (jako część Prus Królewskich w Koronie!). Próbuję to rozstrzygnąć, a w odpowiedzi słyszę: "Lewy brzeg górnego biegu Pasłęki to nie Warmia w granicach I Rzeczypospolitej". A kiedy drążyłem temat dalej, mój rozmówca dawał mi do zrozumienia, że nawet jeśli linia frontu faktycznie wyszła poza tę rzekę, to żebym dał spokój i nie szukał igły w stogu siana, bo w 1914 roku były to po prostu Niemcy i koniec kropka. Oponent uciął to wprost stwierdzeniem, że "(...) trudno rozmawiać konstruktywnie, skoro przedpiśca fakt takiej a nie innej lokalizacji przestrzennej bitwy pod Tannenbergiem kwituje: w jakie metodologiczne manowce nas to prowadzi?". Patrzył na mnie jak na jakiegoś wariata, który aptekarsko, od linijki sprawdza mapy. Oponent zupełnie nie zrozumiał, że pisząc o metodologicznych manowcach, uświadomiłem mu istnienie nierozwiązywalnego pata. Dla niego żadnych manowców ani pata oczywiście nie ma - sprawa jest krystalicznie jasna: to Niemcy, Prusy Wschodnie, Rzesza, więc nie ma o czym dyskutować. Dobra, odpuszczam. Skoro więc kryterium 1772 roku - choć historycznie uzasadnione - w praktyce okazuje się niemożliwe do zastosowania, idźmy dalej. Trzymajmy się stanu politycznego z 1914 roku - Tannenberg jest bezdyskusyjnie niemiecki. Ale zaraz! W takim układzie Kostiuchnówka i Rafajłowa też przecież nie są "nasze". A jednak nagle są przez tych samych ludzi nazywane… polskimi! Dlaczego? Jeden z nich próbował bronić tego stanowiska w ten oto sposób: "wychodzisz z założenia, że jak się Kostiuchnówkę (...) uznaje za miejsca związane z historią Polski, to Tannenberg należy uznawać tak samo - tak to nie działa. Jest pewna bardzo istotna różnica, gdyż w bitwie pod Kostiuchnówką udział brały Legiony Polskie (...). W każdym razie różni się to od kwestii bitwy pod Tannenbergiem, która miała miejsce w granicach Niemiec, a starły się tam siły niemieckie i rosyjskie; nie było natomiast polskich formacji wojskowych, a jedyny polski wątek w tym kontekście to co najwyżej Polacy wcieleni przymusowo do walczących przeciwko sobie armii (...). Co więcej, »polska Kostiuchnówka, niemiecki Tannenberg« nie oznacza jeszcze stosowania granic z II RP, a sama kwestia granic nie jest jedynym kryterium - udziały polskich formacji wojskowych także. Chociażby dlatego można mówić o polskości bitwy pod Narwikiem, nawet jeżeli ta miejscowość z polskimi granicami nigdy nie miała nic wspólnego". Przyznaję, że ten argument o kryterium udziału polskich formacji wydał mi się wówczas logiczny i całkowicie przekonujący. Proponuję więc kompromis: skoro o to chodzi, stwórzmy kategorię "Bitwy I wojny światowej z udziałem polskich formacji wojskowych", gdzie bitwy Legionów będą stanowić jej podkategorię - dokładnie na analogicznych zasadach, jak funkcjonuje kategoria "Bitwy Polskich Sił Zbrojnych", w której mieści się chociażby wspomniany przez mojego oponenta Narwik. Okazuje się jednak, że to... za mało! Kostiuchnówka czy Rafajłowa muszą być nie tylko polskim czynem zbrojnym, ale bezwzględnie bitwami na polskich ziemiach!
I tu dochodzimy do absolutnego kuriozum: oponenci z pełną determinacją chcieli wyrzucić z kategorii Tannenberg i jeziora mazurskie, a w to miejsce wcisnąć kolanem Kostiuchnówkę, Rafajłową, a idąc tym samym pokrętnym tokiem myślenia i stosując ich własną logikę (skoro walczący tam legioniści to przecież nie byli zaborcy) - nawet bitwę pod Rarańczą czy słynną szarżę pod Rokitną! Pytam się: czy tereny na Bukowinie, gdzie leżą Rarańcza i Rokitna, były kiedykolwiek polską ziemią? Nigdy! Nie było ich w RON, nie było ich w II RP (a jedynie przez krótki historyczny moment Hospodarstwo Mołdawskie stanowiło lenno Królestwa Polskiego). Pod Rarańczą i Rokitną walczyły Legiony, ale te tereny dzisiaj w Polsce nie leżą i nigdy nie leżały. Pod Tannenbergiem i na Mazurach z kolei polskie formacje nie walczyły w ogóle (jedynym polskim wątkiem byli tam przymusowo wcieleni poborowi w carskich czy kajzerowskich mundurach), za to te miejsca dzisiaj w Polsce leżą. W ogólnym rozrachunku wydawałoby się, że wychodzi na to samo: tam mamy do czynienia z polskim czynem zbrojnym na obcej ziemi, a tu z obcym czynem zbrojnym na obcej w tamtym czasie ziemi, która obecnie jest polska. Ale dla oponentów to wcale nie jest to samo. Rarańcza i Rokitna to wprawdzie obca ziemia, mająca z Polską zero wspólnego, ale to polski czyn niepodległościowy; z kolei Tannenberg i jeziora mazurskie to dokładnie taka sama obca ziemia, ale mająca z Polską wspólnego "mniej niż zero", bo to niemiecki czyn na niemieckiej ziemi, a jakiekolwiek wiązanie ich z obecnym terytorium Polski jest anachronizmem. Gdyby rygorystycznie trzymać się ówczesnej przynależności państwowej, to faktycznie tak by było - Tannenberg i jeziora mazurskie leżały w Cesarstwie Niemieckim. Ale tu chodzi o coś zupełnie innego: o to, czyja ta ziemia jest w sensie NARODOWYM. Nie państwowym (bo w 1914 roku Polski nie było na mapach) i nie "pod zaborami" w myśl granicy z 1772 roku. Według ich specyficznej logiki Tannenberg i jeziora mazurskie to bitwy na ziemiach niemieckich, ale Kostiuchnówka i Rafajłowa - mimo braku państwa i całkowitego odrzucenia roku 1772 - to bezdyskusyjnie bitwy na ziemiach polskich. Gdy do tego dorzucimy wspomnianą wcześniej wypowiedź oponenta - że przy kryterium granic z 1945 roku okolice Wilna i Lwowa nie miałyby z ziemiami polskimi w 1914 roku absolutnie nic wspólnego - oraz to, że żadnemu z nich Górny Śląsk jako "zabór pruski" nie przeszkadza, wychodzi nam czysty, ideologiczny kult granic II RP rozciągniętych wehikułem czasu o osiem lat wstecz, choć sami bądź to otwarcie zaprzeczają, jakoby stosowali to kryterium, bądź po prostu panicznie milczą i unikają jakiejkolwiek odpowiedzi. I o tym, jakie to fałszywe, płynne kryterium tak naprawdę stosują, powiem za chwilę.
Co na to Ukraińcy? O NPOV, czyli neutralnym punkcie widzenia
Każdy, kto edytował choćby jeden artykuł na Wikipedii, doskonale zna jej najświętszą, fundamentalną zasadę: neutralny punkt widzenia (WP:NPOV). Obowiązuje ona zawsze i wszędzie - bez absolutnie żadnych wyjątków! Jeśli uznamy Kostiuchnówkę i Rafajłową za polskie ziemie w 1914 roku, to w świetle tej zasady należy postawić proste pytanie: co na to Ukraińcy? Jakie było w 1914 roku ich zdanie na temat tego, czyja to jest ziemia? Czy według ówczesnych Ukraińców były to "ziemie polskie"? Gdybyśmy zapytali ich, czy to "ziemie polskie pod zaborami" w sensie czysto historyczno-administracyjnym opartym na granicach dawnej Rzeczypospolitej z 1772 roku, odpowiedzieliby zapewne twierdząco - bo dla nich utożsamianie RON z Polską to dokładnie taki sam skrót myślowy, jak utożsamianie Wielkiej Brytanii z Anglią. Przecież ziemie ruskie przez wieki wchodziły w skład Korony Królestwa Polskiego, a Ruś Czerwona z Lwowem była w tej strukturze odpowiednikiem... Walii. Mieliśmy tam do czynienia z sytuacją, w której język polski funkcjonował jako lingua franca administracji i życia wyższych sfer, ale baza demograficzna i narodowa była ruska (ukraińska). Ale przejdźmy do zasadniczego pytania: czy dla ówczesnych Ukraińców były to "ziemie polskie" w sensie narodowym? Odpowiedzieliby bez wahania: w życiu! Dla nich to były ziemie ukraińskie, gdzie oni sami żyli od pokoleń, a Polacy byli co najwyżej warstwą panującą, ziemiaństwem lub miejską mniejszością - wszak ledwie cztery lata później wybuchła krwawa wojna polsko-ukraińska o dokładnie te same tereny (Galicja Wschodnia, Wołyń)! Polski punkt widzenia wcale nie był jedynym słusznym, a historia Kresów to przecież klasyczny teren ścierania się wielu nacjonalizmów. Zasada NPOV i jej rozwinięcie w postaci zasady należnej wagi (WP:WAGA) mówią wyraźnie: jeśli na dany temat istnieją różne, ścierające się punkty widzenia, a żaden z nich nie ma charakteru marginalnego, encyklopedia nie ma prawa przyjmować optyki jednej strony i narzucać jej jako obiektywnej prawdy. W 1914 roku racje były dwie, a nie jedna i polski punkt widzenia był tylko jednym z dwóch równorzędnych stanowisk, a nie obiektywnym faktem. Nie możemy uznać Lwowa, Kostiuchnówki czy Rafajłowej za "polskie ziemie" w sytuacji, gdy istniał potężny, całkowicie uzasadniony opór wobec takiego stanowiska, a Polski jako państwa w ogóle nie było na mapach! Gdybyś powiedział Ukraińcowi, który nie jest żadnym radykałem ani wyznawcą integralnego nacjonalizmu: "Lwów w 1914 roku był polskim miastem", to popukałby się w czoło i rzucił: "W 1914 roku?! Ty się słyszysz, człowieku?! Pokaż mi Polskę na ówczesnej mapie! Nie było jej, tak samo jak nie było Ukrainy! Wtedy to były Austro-Węgry! Może i ten Lwów nie był wtedy nasz, ale na pewno do jasnej cholery nie był wasz! Przecież Ukrainiec we Lwowie to nie był żaden obcy zaborca na polskiej ziemi, taki jak Niemiec w Poznaniu! To była nasza ziemia, tak samo jak wasza, bo żyliśmy tu z dziada pradziada! W Poznaniu wystarczyło jedno powstanie i traktat wersalski, żeby świat uznał go za wasz - o Lwów musieliście stoczyć z nami krwawą wojnę, podpisywać układy z Petlurą, a potem jeszcze rzucać armie na bolszewików!". I ten Ukrainiec miałby stuprocentową rację. To najlepiej pokazuje, jak bardzo złudne jest przekonanie, że Kresy to były bezdyskusyjnie polskie ziemie, które nam się należały bez żadnego "ale".
Tymczasem moi oponenci forsują płynne, wygodne dla siebie kryteria "kontekstu historycznego" oraz subiektywnej "skali polskiego życia". Jeden z nich wręcz zdefiniował w ten sposób całą swoją argumentację, próbując ratować tezę o wyjątkowości Kresów. Ale pytam: czym konkretnie jest ten "kontekst historyczny"? Czym konkretnie jest ta "skala polskiego życia"? Jakimi twardymi, mierzalnymi kryteriami mamy się kierować, żeby ocenić, co w 1914 roku było "polską ziemią", a co już nie? Oczywiście próżno tutaj szukać jakichkolwiek mierzalnych definicji - chcą po prostu bezrefleksyjnie wrzucać do polskich ziem to, co im akurat pasuje pod tezę, całkowicie ignorując głos jakichkolwiek sąsiadów. Państw zaborczych oczywiście nie liczymy, bo z punktu widzenia polskiej historii, prawa narodów i elementarnej przyzwoitości nie miały żadnych moralnych praw do jakichkolwiek ziem w granicach RON z 1772 roku. Ale co z niepolskimi narodami dawnej Rzeczypospolitej? W tym konkretnym przypadku piszę akurat o Ukraińcach, bo mówimy o Kostiuchnówce i Rafajłowej, ale w równej mierze dotyczy to także Litwinów i Białorusinów. Ich historyczny głos, perspektywa i aspiracje po prostu dla moich oponentów nie istnieją.
W świetle tak przyjętego przez nich, płynnego kryterium musimy w tym momencie zadać trzy fundamentalne pytania:
- Gdzie kończą się ziemie polskie, a zaczynają niemieckie? (powtórzmy to kluczowe pytanie z poprzedniej części) Dlaczego cały Górny Śląsk, włącznie z terenami, które ostatecznie nie weszły w skład II RP, może być na Wikipedii bez problemu uznawany w kategoriach za "były zabór pruski w II RP", podczas gdy Warmia i Mazury, gdzie odbył się tam dokładnie taki sam, przegrany przez nas z kretesem plebiscyt, nie mogą być uznane za "ziemie polskie" na potrzeby kategoryzacji bitew I wojny światowej - i to nawet przy przyjęciu kryterium granic z 1945 roku i stosownej, jasnej uwagi wyjaśniającej? Dlaczego jedne przegrane tereny plebiscytowe mogą być "nasze" bez mrugnięcia okiem, a inne analogiczne to nagle "obcy Reich"?
- Gdzie z kolei kończą się ziemie polskie, a zaczynają ukraińskie, białoruskie czy litewskie? Skoro odrzucamy twarde ramy państwowe i historyczne, a idziemy w "skalę polskiego życia", to dlaczego terytoria o potężnym, nierzadko dominującym odsetku ludności niepolskiej to bezdyskusyjnie ziemie polskie, a nie ukraińskie, białoruskie czy litewskie? Od jakiego dokładnie procenta ludności, od jakiej liczby dworów, kościołów czy akcentów kulturowych dana ziemia staje się "polska"?
- I wreszcie: czy na całej polskiej Wikipedii istnieje chociaż jedna kategoria historyczna, która opiera się na tak płynnym, niemierzalnym i całkowicie uznaniowym kryterium, pozbawionym jakichkolwiek twardych ram geograficznych, administracyjnych lub państwowych?
Odpowiedzi na te pytania oczywiście nie doczekałem się do dzisiaj. Zadałem to trzecie, kluczowe pytanie wprost mojemu oponentowi - i co? W odpowiedzi usłyszałem jedynie wymowne, głuche milczenie. Dokładnie tak samo, jak w przypadku dwóch poprzednich kwestii: zero merytorycznych definicji, zero twardych kryteriów, bo na gruncie czystej logiki obrona takiego stanowiska po prostu nie jest możliwa.
Kto tu gra czysto, a kto fałszuje?
Na jakiej obiektywnej podstawie Tannenberg to bitwa na ziemiach niemieckich, a Kostiuchnówka i Rafajłowa to bitwy na ziemiach polskich? Spójrzmy na tę schizofrenię w czystej postaci. Jeden z oponentów stwierdził wcześniej bez owijania w bawełnę:
"Tak, w 1914 roku Stębark/Tannenberg był niemiecki. W 1930 roku Wilno było polskie. W 1905 roku Łódź była rosyjska. To są fakty historyczne".
Szedł wtedy w stronę obiektywnego kryterium ówczesnej przynależności państwowej, bo było mu to wygodne do udowodnienia niemieckości Tannenberga. Łódź w 1905 roku nazwał po prostu "rosyjską" bez najmniejszego oporu, bo polskości Łodzi nikt w Polsce nie musi bronić; przyznanie jej dawnej, państwowej przynależności do Rosji nikogo nie boli. Ale nazwać Kostiuchnówkę w 1914 roku "rosyjską", a Rafajłową "austriacką"? O nie! To już mu przez gardło nie przeszło. Bo to przecież Kresy! Kresy, których polskości trzeba bronić jak niepodległości - w myśl zasady, że "bez Lwowa i Wilna Polska być nie powinna"! Próbując jednak desperacko ratować spójność swojego stanowiska i udowodnić, że nie stosuje podwójnych standardów, w innej wypowiedzi przekonywał, że:
"(...) powiązanie z Polską może przejawiać się różnorako (...). Działalność polskich organizacji za granicą (np. Hôtel Lambert) oraz historia polskiej diaspory (np. Polonia w Stanach Zjednoczonych) to także część historii Polski, nawet jeśli nie bezpośrednio. Kresy Wschodnie to zupełnie inny przypadek niż Tannenberg 1914, gdyż na Kresach stacjonowało polskie wojsko, polskie organizacje, polska administracja (...). Tu nawet nie chodzi, że 'to było nasze', tylko że ten polski podmiot historycznych realnie był na Kresach obecny (...). Granice się zmieniają, ale to nie wystarcza. Niech świadczy o tym przykład bitwy pod Frydlandem (chyba najbardziej analogiczny do kwestii Tannenberga) - bitwa miała miejsce w 1807, starły się w niej siły francuskie i rosyjskie. Mimo, że Frydland nie wchodził wówczas w skład granic Rosji, to nazwałbyś tę bitwę jako 'dziejącą się na ziemiach rosyjskich'? (...). Jeszcze przykład Wolnego Miasta Gdańsk - czy uważasz, że wszystkie wydarzenia z WMG należy opisywać jako odbywające się 'na ziemiach polskich', tylko dlatego że dzisiaj Gdańsk się znajduje w Polsce?".
To brzmiało na pozór rozsądnie. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie nazwałby Frydlandu "ziemią rosyjską" w żadnym kontekście historycznym - to obszar leżący w dzisiejszym obwodzie królewieckim, który po 1945 roku stał się rosyjski wyłącznie na mocy widzimisię Stalina, a nie z powodu jakichkolwiek historycznych praw Rosji. W 1807 roku w Prusach Wschodnich nie było przecież żadnych Rosjan (ci pojawili się tam dopiero po 1945 roku!), a okolice Frydlandu były czystymi, bezspornie niemieckimi ziemiami, gdzie nie mieszkała żadna polska ani litewska mniejszość (te trzymały się wszak odpowiednio południa i północnego wschodu prowincji). Podobnie ma się sprawa z powołaniem się na Wolne Miasto Gdańsk - w tamtym okresie WMG nie było ani ziemią polską, ani niemiecką w sensie ścisłej przynależności państwowej, lecz osobnym, specyficznym organizmem politycznym pod auspicjami Ligi Narodów. Sprawdziłem więc, jak rzetelnie operuje tym kryterium ówczesnej przynależności państwowej, stawiając mu później proste pytanie: "dlaczego Wilno i Lwów - tereny wielonarodowe, gdzie polskość była przedmiotem sporów z Litwinami i Ukraińcami - powinny być traktowane jako tereny w 1914 roku bezsprzecznie »polskie«, a Wrocław i Szczecin z automatu wykluczone z jakiegokolwiek polskiego kontekstu jako tereny bezsprzecznie »niemieckie«?". W odpowiedzi usłyszałem kluczenie, że owszem, Wilno i Lwów były wieloetniczne, ale "jednak były to miasta przez stulecia związane z Polską, stanowiące ważne ośrodki polskiego życia politycznego, społecznego i kulturowego", podczas gdy Wrocław i Szczecin, choć także miały polskich mieszkańców, to polskiego życia takiej skali nie miały…
Gdy odpowiedziałem mu dokładnie jego własną monetą - parafrazując jego dawne słowa:
"(...) w 1914 roku Wilno było rosyjskie, Lwów austriacki, a Wrocław i Szczecin niemieckie - takie są brutalne fakty historyczne".
- w tym momencie cała jego argumentacja zaczęła się błyskawicznie sypać. Oponent natychmiast wycofał się rakiem, próbując ratować twarz: "(...) z moich wypowiedzi nie wynika że 'Wilno jest bezsprzecznie polskie'. Napisałem jedynie historyczny fakt, że to miasto było związane z Polską przez bardzo długi okres i stanowiło bardzo ważny ośrodek polskiego życia politycznego - to nie jest to samo (...). Chociaż historycznie było w rosyjskich granicach, to jednak było ważne i dla Polaków, i dla Litwinów, i dla Żydów - a to znaczy, że trudno sprowadzać takie kwestie do jednego kryterium administracyjnego". Co niezwykle wymowne, do Lwowa w tej odpowiedzi w ogóle się nie odniósł - po prostu przemilczał ten temat. Potem zresztą wycofał się nawet ze swoich wcześniejszych słów o Łodzi, stwierdzając, że "chociaż taka Łódź była administracyjnie częścią Imp. Rosyjskiego, to nie wyklucza faktu, że była jednym z istotnych ośrodków polskiego życia np. kulturowego". Tu właśnie pęka w szwach cała ta konstrukcja i wychodzi na jaw fundamentalny podwójny standard. Do ziem ówcześnie niemieckich, takich jak Tannenberg, Frydland, Królewiec, Wrocław, Szczecin, a nawet Gdańsk, Olsztyn i Lidzbark Warmiński - z których te trzy ostatnie leżą przecież na obszarze dawnego zaboru pruskiego! - stosuje on bezwzględne, twarde, zimne i bezduszne kryterium ówczesnej przynależności państwowej i administracyjnych granic. W tym duchu stawiał zresztą retoryczne pytania:
"W pierwszej kolejności trzeba zadać pytanie: gdzie fizycznie bitwa miała miejsce? Pod Tannenbergiem - na terenie dzisiejszej Polski (...). No dobrze, ale to jeszcze nic nie znaczy - gdybyśmy mieli takie wydarzenia kategoryzować według współczesnych granic państwowych, to bitwę pod Lidzbarkiem Warmińskim nazwiemy polską bitwą? Druga sprawa - kto w momencie bitwy pod Tannenbergiem sprawował władzę na tą miejscowością? Czy tego chcemy czy nie, miejscowość w momencie bitwy znajdowała się w granicach Cesarstwa Niemieckiego, pod niemiecką administracją (...). Co do Tannenberga - spróbuj odpowiedzieć, czy gdyby w 1914 roku istniała niepodległa Polska, to też uznałbyś tę bitwę za toczącą się »na ziemiach polskich«? Albo inaczej, wyobraź sobie taką sytuację: Żyjesz w 1914 roku, jesteś twórcą encyklopedii i masz za zadanie opisać niedawno zakończoną bitwę pod Tannenbergiem. Masz przed sobą także dokładną mapę Europy (rzecz jasna aktualną na 1914), którą możesz się posiłkować. Jak opiszesz tą bitwę? I dlaczego, mając wiedzę o późniejszych wydarzeniach, miałbyś zmieniać klasyfikację danego wydarzenia? Analogicznie Operację königsbergską też należałoby uznać za dziejącą się na rosyjskich ziemiach (...). Jeżeli w jakiejś pracy historycznej znajdziesz temat związany z ziemiami polskimi w XIX wieku (czyli gdy Polski nie było na mapie), to autor będzie mieć na myśli tereny, na których mieszkali i działali Polacy. Wprawdzie może się to odnosić do ziem Królestwa Polskiego albo Galicji, ale sprawa może być nieoczywista, gdy chodzi o tereny, na których Polacy stanowili mniejszość. Jeżeli Tannenberg z 1914 klasyfikujesz jako ziemię polską, to czy będziesz w stanie uzasadnić polskość Szczecina, Wrocławia, Olsztyna (oczywiście w kontekście 1914 roku)".
Zauważmy, że nawet Lidzbark Warmiński - choć leżący na Warmii, która w 1807 roku podczas wojen napoleońskich znajdowała się pod zaborem pruskim - nie może być według niego uznany za "bitwę na ziemiach polskich". Z jego toku rozumowania wynika bowiem bezwzględne odrzucenie jakichkolwiek alternatyw dla ówczesnej przynależności państwowej: nie pozwala on ani na granice współczesne, ani na granice z 1772 roku, co zdradza jego własne, retoryczne pytanie: "Co do Tannenberga - spróbuj odpowiedzieć, czy gdyby w 1914 roku istniała niepodległa Polska, to też uznałbyś tę bitwę za toczącą się »na ziemiach polskich«?". Jego odpowiedź na to pytanie brzmi jednoznacznie: nie, bo nawet gdyby niepodległa Polska w 1914 roku istniała, to tereny te i tak nie wchodziłyby i nie miałyby prawa wchodzić w jej skład, ponieważ w tamtym czasie były po prostu niemieckie - narodowo, a nie tylko administracyjnie, dokładnie tak jak Berlin. Moja odpowiedź na to samo pytanie wygląda zupełnie inaczej: sama miejscowość Tannenberg leżała wprawdzie na terenie czysto niemieckim, poza granicami dawnej RON, ale gdyby w grę wchodziły jakieś teoretyczne postulaty granic przedrozbiorowych z 1772 roku, to w pobliżu leży przecież Warmia. Dla niego jest to jednak całkowicie bez znaczenia. Oponent nie widzi tu żadnego lokalizacyjnego pata - dla niego sprawa jest zamknięta. Logiki w tym nie ma absolutnie żadnej. Gdyby Tannenberg uznał za "bitwę na ziemiach niemieckich" z uwagi na lokalizację samej miejscowości, ale Lidzbark Warmiński (zarówno w 1807, jak i w 1914 roku) oraz Olsztyn (w 1914 roku) zaliczył do "ziem polskich pod zaborami", byłoby to jeszcze spójne. Ale dla niego i Lidzbark w 1807 (a tym bardziej w 1914), i Olsztyn w 1914 są dokładnie tak samo niemieckimi ziemiami jak Frydland oraz Królewiec (który jest przecież obiektywnie analogicznym przypadkiem do Frydlandu - bezspornym, czystym terytorium niemieckim pod względem państwowym i narodowym, bez żadnych mniejszości narodowych, a tym bardziej rosyjskiej). A gdy dorzucimy do tego zestawu jeszcze Gdańsk - który wprawdzie w okresie międzywojennym funkcjonował jako Wolne Miasto, ale w 1914 roku był oczywiście pod zaborem pruskim - wszystko staje się jasne: nawet jeśli coś w 1772 roku leżało w granicach RON, ale później nie załapało się do II RP, to w 1914 roku stanowiło już bezspornie niemieckie, bezpowrotnie utracone tereny. Natomiast spróbuj tylko przy Kresach zastosować dokładnie to samo kryterium! Spróbuj rzucić argument, że Wilno czy Lwów w 1914 roku były przecież częścią Imperium Rosyjskiego lub Austro-Węgier, więc zgodnie z tą samą logiką powinny być traktowane jako ziemie rosyjskie lub austriackie. W tym momencie natychmiast przełącza się on na zupełnie inny tryb - elastyczny, szeroki kontekst społeczno-kulturowy i argument, że nie można sprowadzać historii wyłącznie do suchej administracji. Wcześniej kluczył, że powiązania z Polską mogą się przejawiać na różne sposoby, niezależnie od tego, jak wtedy przebiegały granice państwowe, ale tutaj mówi wprost o ośrodkach polskiego życia. Rekonstruując jego tok myślenia w imię prostej proporcjonalności, wygląda to tak:
- Wilno i Lwów (oraz Kresy ogółem, w tym Kostiuchnówka i Rafajłowa) → wieloetniczne, ale ośrodki polskiego życia → zrównane z Łodzią → w 1914 roku ziemie polskie, niezależnie od oficjalnej przynależności państwowej. A ewentualne aspiracje Ukraińców, Białorusinów czy Litwinów? W tej optyce to co najwyżej mniejszość narodowa, która - choć żyje tam od pokoleń i jest liczna - pozostaje w gruncie rzeczy jedynie tolerowanym gościem w obcym domu, a dokładniej: w polskim domu. Domu, w którym prawdziwym gospodarzem, nawet w czasach, gdy państwa polskiego na mapach fizycznie nie było, i tak zawsze pozostawał Polak. A krnąbrny gość, który próbuje się stawiać gospodarzowi i marzy o własnym państwie na ziemiach polskich, prędzej czy później zasługuje na to, by go sprowadzić do pionu.
- Wrocław i Szczecin (oraz Ziemie Odzyskane ogółem, w tym Tannenberg) → miały polskich mieszkańców, ale polskiego życia w odpowiedniej skali nie było → w 1914 roku ziemie niemieckie, gdzie Polacy to nawet nie mniejszość narodowa z prawdziwego zdarzenia, tylko znikomy margines marginesu (zwłaszcza w Szczecinie, gdzie polski element był przecież symboliczny), element skazany na dziejową zagładę, który i tak prędzej czy później ulegnie całkowitej germanizacji. Trzeba ich żałować i im współczuć, ale nic nie możemy na to poradzić - skoro historia potoczyła się tak, a nie inaczej, to musimy uznać, że tamte tereny to nie były nawet ziemie niemieckie z jakąkolwiek polską mniejszością, której losem moglibyśmy się zainteresować i o której prawa wewnątrz Cesarstwa Niemieckiego moglibyśmy się upominać, tylko czyste, rdzenne Niemcy. A skoro tak, to los tamtejszych Polaków to to żaden problem mniejszościowy, tylko wyłącznie wewnętrzna sprawa Rzeszy, którą absolutnie nie warto sobie zaprzątać głowy. Co najwyżej Górny Śląsk (jeśli do odrodzonej Polski nie wejdzie) może nas obchodzić jako problem mniejszościowy w Niemczech, ale cała reszta - tu cytując klasyka: znaj proporcje, mocium panie!
A jak wyglądają fakty? Jak to powinno wyglądać nie tylko pod kątem kontekstu historycznego, ale przede wszystkim z punktu widzenia zasad Wikipedii, jeśli trzymamy się kryterium roku 1914?
- Tannenberg to bitwa na ziemiach niemieckich i tylko niemieckich, bez dwóch zdań - miejscowość ta należała bowiem do Prus Wschodnich, będących integralną częścią Cesarstwa Niemieckiego. Jedyny polski wątek to Polacy wcieleni siłą jako poborowi do armii zaborczych. W 1914 roku były to integralne niemieckie ziemie, bez względu na to, czy kiedykolwiek wcześniej należały do RON.
- Kostiuchnówka i Rafajłowa to chlubna, piękna karta polskiego czynu zbrojnego, ale nie są to bitwy na ziemiach polskich. Kostiuchnówka leżała w guberni wołyńskiej, będącej integralną częścią Imperium Rosyjskiego, a Rafajłowa w kraju koronnym Galicji i Lodomerii, będącym integralną częścią Austro-Węgier. A jeśli mimo wszystko twierdzimy, że to bitwy na ziemiach polskich - to równie dobrze ktoś inny po wschodniej stronie granicy może powiedzieć, że to bitwy na ziemiach ukraińskich. I nie mamy moralnego prawa twierdzić, że nie ma racji.
Błędem nie jest uznanie Tannenberga za niemiecki w 1914 roku - to jest po prostu twardy, obiektywny fakt historyczny. Błędem fundamentalnym jest jednoczesne uznanie Kostiuchnówki i Rafajłowej za bezspornie - podkreślam: BEZSPORNIE - polskie ziemie w tym samym roku. Państwa polskiego NIE BYŁO, więc na jakiej podstawie miałyby to być ziemie polskie? Dla Ukraińców to całkowicie niezrozumiałe i absurdalne. Owszem, w 1930 roku rzeczywiście Kostiuchnówka i Rafajłowa były polskie, a Tannenberg był niemiecki. Ale my rozmawiamy o 1914 roku! Jeśli państwa polskiego nie było, to jedynym obiektywnym mianownikiem mogłoby być odwołanie się do ziem dawnej Rzeczypospolitej lub rygorystyczne trzymanie się ówczesnych granic państwowych. Twierdzenie, że Wilno, Lwów, Kostiuchnówka czy Rafajłowa to w 1914 roku po prostu "ziemie polskie" wprost łamie zasadę NPOV, ignorując zarówno ówczesną przynależność państwową, jak i perspektywę innych narodów. Zgodne z NPOV byłoby co najwyżej nazwanie ich "ziemiami polskimi pod zaborami", co z kolei odwoływałoby się do historycznych granic RON z 1772 roku. Skoro jednak kryterium 1772 roku jest w praktyce niemożliwe do zastosowania - bo przy Tannenbergu natychmiast trafiamy na nierozwiązywalny pat (czy to jeszcze zabór pruski, czy już czysta Rzesza? Konia z rzędem temu, kto to jednoznacznie ustali!) - pozostaje więc czysty stan polityczny z 1914 roku.
Car królem Polski, czyli dlaczego Kongresówka psuje oponentom szyki?
Oponenci odrzucają jednak ówczesną przynależność państwową z 1914 roku - czyli kategoryzację w stylu: "Bitwy I wojny światowej na terenie Cesarstwa Niemieckiego / Austro-Węgier / Imperium Rosyjskiego". Dlaczego? Bo wtedy "ziemie polskie" sprowadzałyby się w zasadzie wyłącznie do Królestwa Polskiego (tzw. Kongresówki) - wszak to ono było wówczas jedynymi polskimi ziemiami w sensie politycznym, podczas gdy wszystko inne stanowiło integralne części państw zaborczych. I w tym tkwi cały szkopuł: nawet przy bezwzględnym trzymaniu się kryterium stanu z 1914 roku nie można całkowicie wykasować kategorii "Bitwy I wojny światowej na ziemiach polskich", właśnie z uwagi na Królestwo Polskie. Pojęcie "ziem polskich" obejmujące Kongresówkę, gdzie car formalnie był królem Polski, jest historycznie i politycznie w pełni zasadne, ale dla oponentów to gorsze niż całkowity brak tej kategorii w ogóle. U nich obowiązuje bowiem zasada "wszystko albo nic" - nie uznają ograniczenia ziem polskich do Kongresówki, bo to dla nich stanowczo za mało. Problem tego, co uznać za "ziemie polskie", dotyczy zresztą nie tylko samych bitew, ale przede wszystkim nadrzędnej kategorii "I wojna światowa na ziemiach polskich". Gdy uświadomiłem oponentowi, że kryterium 1914 roku zmusza do przyjęcia definicji: "ziemie polskie = Kongresówka", natychmiast zaczął kluczyć, że "(...) utożsamianie [ziem polskich] z granicami Królestwa Polskiego jest po prostu mocno arbitralne i zmuszałoby do podważania polskości Pomorza [Gdańskiego], Małopolski, nawet Wielkopolski (taki twór nie obejmował po prostu innych ziem określanych jako polskie)... Jeżeli ktoś pomyśli o bitwach 1wś na ziemiach polskich, to chodzi mu akurat o bitwy 1wś, które wydarzyły się na terenie Królestwa Polskiego?". I tu oponent ma całkowitą rację. W tym jednym punkcie się zgadzamy - dla mnie takie ujęcie też jest nie do przyjęcia, bo sam pochodzę z dawnej Galicji Zachodniej, z dzisiejszego Podkarpacia, a takie kryterium automatycznie wyklucza większość naszych historycznych ziem. Biorąc pod uwagę "kontekst historyczny" i "skalę polskiego życia" - czyli kryterium proponowane przez samego oponenta - można bez trudu, tak po prostu "na oko", wyznaczyć ziemie bezspornie polskie w 1914 roku, które należały nam się bez dwóch zdań:
- Królestwo Polskie (Kongresówka).
- Galicja Zachodnia - moja mała ojczyzna, której odcięcie od pojęcia ziem polskich byłoby historycznym absurdem.
- CAŁY zabór pruski - od Wielkopolski, przez Pomorze Gdańskie, aż po Warmię. Zabór pruski był wszak jedynym z trzech zaborów, który objął wyłącznie bezspornie polskie terytoria, gdzie nie było żadnych aspiracji niepolskich narodów dawnej Rzeczypospolitej. Owszem, istniała tam silna mniejszość niemiecka, ale cały szkopuł tkwi w tym, że jedynym państwem mogącym ją reprezentować były same Prusy - a to przecież bezczelny zaborca, który zagrabił te tereny w imię czystego imperialnego bezprawia, a nie żaden prawowity gospodarz! (I niech mi tylko ktoś spróbuje twierdzić inaczej, sugerując, że Niemcy mieli jakiekolwiek naturalne prawa do tego, co później złośliwie nazywano "korytarzem" - który zresztą nawet nie wrócił po 1918 roku w całości do Polski, podobnie zresztą jak cała Wielkopolska, która nie weszła w odrodzone państwo w stu procentach!)
Musimy najpierw ustalić jakąś solidną bazę, a dopiero potem dokładać do niej kolejne "klocki". W praktyce byłby to obszar z grubsza przypominający dawne Księstwo Warszawskie, poszerzone o dostęp do morza i Galicję Zachodnią. Ale czy to wszystko, co wchodzi w skład tej bazy? Otóż nie! W pierwszej kolejności należy tu wymienić Górny Śląsk (który formalnie nie leżał w granicach z 1772 roku, a jednak stanowił obszar potężnego, polskiego ruchu narodowego), gubernię chełmską (którą car bezprawnie oderwał od Kongresówki, do której pierwotnie należała), a także zachodnie skrawki guberni grodzieńskiej z Białymstokiem - mniej więcej po linię Niemna, w tym przedmieścia Grodna, a nawet całe miasto. Bo skoro północna Suwalszczyzna bezdyskusyjnie jest nasza i to nawet w sytuacji, gdy car oderwał od nas gubernię chełmską, to dlaczego nie Grodno, skoro leży nad Niemnem, a pierwotna zachodnia granica zaboru rosyjskiego biegła właśnie wzdłuż linii Niemen-Bug? Do tej bazy musimy dopisać także te obszary Galicji, które w codziennym życiu oraz pracach publicystycznych z przełomu XIX i XX wieku funkcjonowały jako Galicja Środkowa - obszar położony pomiędzy Galicją Zachodnią a Galicją Wschodnią (rozciągający się z grubsza od Rzeszowa po Sambor, obejmując m.in. Przemyśl). Choć taki twór nie funkcjonował w oficjalnym austriackim podziale administracyjnym (formalnie tereny te wchodziły przecież w skład Galicji Wschodniej), to w praktyce posiadały one wyraźne odrębności kulturowo-społeczne. Galicja Środkowa z Przemyślem była w pełni nasza - dokładnie na tej samej zasadzie, na jakiej w pełni nasza była gubernia chełmska.
I tu dochodzimy do momentu, w którym wchodzimy na wyjątkowo śliski grunt. Aby w ogóle wdrożyć taką koncepcję - opierającą się na uznaniowych kryteriach - musielibyśmy najpierw przeprowadzić aż trzy osobne głosowania, z których każde zakończyłoby się totalną wojną domową: najpierw o dokładną definicję "kontekstu historycznego", potem o definicję "skali polskiego życia", a na sam koniec o kryteria rozstrzygania o tym, czy dana ziemia jest "nasza", czy "obca". Przecież zgody nie byłoby nawet co do tej bezspornej bazy! Dla niektórych tereny zaboru pruskiego, które po 1918 roku nie weszły w skład II RP (Gdańsk, Elbląg, Malbork, Olsztyn, Wałcz, Piła, Międzyrzecz), są od razu "niemieckie" i odwrotnie - tereny pruskie, które nie należały do RON (nie były zaborem pruskim), ale weszły w skład II RP, są "polskie", a nawet więcej, bo cały Górny Śląsk, włącznie z terenami poza II RP, to "były zabór pruski" i im to nie przeszkadza. Według mnie od granicy z 1772 roku na zachodzie odstąpić nie możemy z powodów moralnych. Pat przy Tannenbergu musimy sztucznie podtrzymywać, bo jeśli uznamy go za niemiecki, legitymizujemy zabór pruski. No chyba że na siłę przyjmiemy położenie według miejscowości - wtedy Stębark leżał poza RON, ale przecież bitwa to także rozległe pole. Jeśli z kolei pat rozwiążemy przez dodanie Mazur (obszaru plebiscytowego z 1920 roku), mamy ten sam efekt co w 1945 roku - czyli dwie bitwy na niemieckich ziemiach w polskiej kategorii, co dla oponentów jest nie do przyjęcia. Na jedno wychodzi.
A co z Kresami? Tam dokładanie kolejnych "klocków" zderza się z aspiracjami Ukraińców, Białorusinów i Litwinów. Wileńszczyznę da się obronić z uwagi na przewagę polskiej ludności, ale Lwów i właściwa Galicja Wschodnia (ciągnąca się na wschód od Sambora po rzekę Zbrucz) jako polska ziemia w 1914 roku to już czysta ekwilibrystyka - bo co co na to Ukraińcy? Autonomia galicyjska i polskie dziedzictwo kulturowe bez wątpienia tam były, ale Polacy stanowili tam przecież mniejszość! Czyżby zdanie tamtejszej większości miało nas nie obchodzić? Ale dobrze, idźmy za ciosem. Powiedzmy, że dorzucamy zarówno Wilno, jak i Lwów. Tylko powiedzmy sobie szczerze - taka mapa "ziem polskich" na wschodzie ułożyłaby się w charakterystyczne "kleszcze", do złudzenia przypominające granice Niemiec z okresu międzywojennego. Na północy Wileńszczyzna, na południu Galicja Wschodnia (gdzie Ukraińcy pełniliby rolę swoistego odpowiednika polskich autochtonów na Śląsku), a pomiędzy nimi… głębokie wcięcie wzdłuż środkowego odcinka Bugu, idealnie pokrywające się z granicami Kongresówki. Dla wielu narodowych purystów byłby to swoisty odpowiednik znienawidzonego przez Niemców "korytarza" - bolesna, krzywdząca legitymizacja rosyjskiego zaboru, która kaleczy organiczną jedność ziem polskich. A przecież dla tych ludzi polskie ziemie w 1914 roku wcale nie kończą się na Bugu, nawet z tymi doczepionymi "kleszczami" w postaci Wilna i Lwowa. Dlatego na bank podbijaliby stawkę dalej. Gdzie Wołyń? Wszak Rafajłowa leży w Galicji Wschodniej, ale Kostiuchnówka to już czysty Wołyń - dlaczego mielibyśmy wykluczać go z polskiego kontekstu, skoro tętniło tam polskie życie kulturalne, by wspomnieć choćby Juliusza Słowackiego? A gdzie Polesie? Powiedzmy, że i te tereny uznajemy za nasze - idąc bezkompromisowo za ciosem. Ale w tym momencie musimy nacisnąć stopklatkę i zadać fundamentalne pytanie: gdzie do cholery leży granica "polskości"? Galicja Wschodnia to już mocno naciągania sprawa, ale Wołyń i Polesie, gdzie Polaków było zaledwie kilkanaście procent, a same tereny były integralnymi guberniami rosyjskimi? Skoro one mają być w 1914 roku "nasze", a do tego cały Górny Śląsk także ma być "nasz" i nie oddajemy Niemcom ani centymetra tego, co po plebiscycie zostało po ich stronie - no bo przecież w ujęciu tych purystów to "zabór pruski"! - to dlaczego nie pójść o krok dalej i nie zapytać o... prawobrzeżny Dolny Śląsk? Ponownie wywołuję tu temat Dolnego Śląska, bo Śląsk to najlepszy przykład na to, jak działają podwójne standardy. Lewy brzeg Odry faktycznie w 1914 roku był już całkowicie niemiecki, ale prawy? Na prawym brzegu polskie wyspy na niemieckim morzu trzymały się jeszcze na przełomie XIX i XX wieku! Co więcej, mało kto dziś pamięta, że po I wojnie światowej pewne skrawki Dolnego Śląska weszły w skład odrodzonej Polski - do województwa poznańskiego, dokładnie tak samo jak skrawki Mazur weszły do województwa pomorskiego. Prawobrzeżny Dolny Śląsk wcale nie był taki arcyniemiecki od wieków - zniemczono go całkowicie stosunkowo późno, a całą tę niemieckość ostatecznie i bezwzględnie domknął dopiero Adolf Hitler, który w ramach totalitarnej inżynierii społecznej usunął z herbu Wrocławia literę "W" oraz czeskiego lwa, a także masowo przemianował tysiące miejscowości o polskobrzmiących nazwach lub z przymiotnikiem "Polnisch".
Spróbujcie zatem skonstruować takie kryteria, żeby przepuścić przez nie JEDNOCZEŚNIE Wołyń, Polesie i cały Górny Śląsk włącznie z terenami, które do II RP nie weszły, ORAZ odciąć JEDNOCZEŚNIE Warmię, Mazury i prawobrzeżny Dolny Śląsk. To wcale nie jest takie proste! Faktu, że Warmia należała do RON, a skrawki Mazur i Dolnego Śląska weszły do II RP nie da się ot tak po prostu wymazać. Nie twierdzę, że skonstruowanie takich kryteriów jest niemożliwe, ale między Bogiem a prawdą ludzie pokroju moich oponentów nie mieliby ani intelektualnej zdolności, ani chęci do sformułowania czegokolwiek podobnego. Żadnej własnej, spójnej propozycji kryteriów - serwowali wyłącznie mglisty "kontekst historyczny" i "skalę polskiego życia", konsekwentnie unikając jakichkolwiek definicji. Ale byłem na wszystko przygotowany i trzymałem w zanadrzu absolutny granat, który rozniósłby ich logikę w pył. Wyobraźmy sobie tylko, co by się stało, gdybym rzucił im prosto w twarz taki argument: "Skoro Wołyń i Polesie mają być w 1914 roku nasze, a do tego cały Górny Śląsk włącznie z terenami, które do II RP nie weszły, ma być bezdyskusyjnie nasz, bez żadnego dzielenia go według klucza etnicznego na zasadzie »Opolskie niemieckie, a reszta nasza« - to dokładnie na tej samej zasadzie nasz powinien być także prawobrzeżny Dolny Śląsk! Przecież żyła tam polska ludność w liczbie wcale nie mniejszej niż na Wołyniu czy Polesiu (lewobrzeżny odpuszczamy, bo tamta część faktycznie była bezdyskusyjnie niemiecka)". W odpowiedzi nie usłyszałbym żadnej merytorycznej polemiki ani żadnego racjonalnego wyjaśnienia, dlaczego tamto jest według nich "nasze", a to "całkowicie obce". Usłyszałbym tylko wściekły krzyk oburzenia: "Porównujesz Wołyń i Polesie do Dolnego Śląska?! Ty się słyszysz, człowieku?! Przecież Dolny Śląsk w 1914 roku był niemiecki! Nieważne czy prawo-, czy lewobrzeżny - to były Niemcy! Takie same Niemcy jak Berlin! Może i Berlin zaraz wsadzisz do polskiej kategorii?!".
Podsumowując te wszystkie historyczne wywody: niezależnie od tego, jaką arbitralną definicję "kontekstu historycznego" i "skali polskiego życia" próbowalibyśmy przyjąć, w realiach Wikipedii tworzenie definicji takich pojęć na własną rękę, a następnie kategoryzowanie w oparciu o to "ziem polskich", to jawne złamanie fundamentalnej zasady nieprzedstawiania twórczości własnej (WP:NOR). Co więcej, nie można robić głosowań nad takimi abstrakcjami, bo Wikipedia to nie demokracja (WP:CWNJ#DEMOKRACJA) - kategoryzacja musi opierać się na faktach i spójnej metodologii, w tym przypadku na twardych kryteriach polityczno-administracyjnych, a nie na tym, co arbitralnie ustali większość wbrew elementarnej logice. Owszem, można przeprowadzać głosowania, ale co najwyżej nad wyborem obiektywnego kryterium, jakim się kierujemy, a nie nad tym, co komu subiektywnie wydaje się "polskie", a co "obce". Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś nie pasuje: a to Tannenberg i jeziora mazurskie w polskiej kategorii ("przecież to Niemcy!"), a to brak Kostiuchnówki czy Rafajłowej ("jak to nie polskie ziemie?!"). W praktyce to po prostu czyste widzimisię i wolna amerykanka.
Złodziej krzyczy: "łapać złodzieja!"
Przez ostatnie miesiące forsowałem zmianę nieszczęsnej nazwy kategorii na w pełni neutralne: "Bitwy I wojny światowej na terenie współczesnej Polski". Ostatecznie wypracowana propozycja zakładała kompromis oparty na formule "1914 + 1945" - czyli kryterium ówczesnej przynależności państwowej plus obecne terytorium Polski jako techniczny zamiennik dla "ziem polskich", których definicji nie da się ustalić jednoznacznie w świetle powyższych wywodów.
Pakiet zmian obejmował:
- Zmianę nazwy kategorii nadrzędnej i rocznych z "na ziemiach polskich" na "na terenie współczesnej Polski".
- Wprowadzenie specjalnego szablonu wyjaśniającego wraz z krótkim FAQ, który precyzowałby czysto geograficzny charakter kryterium bez rozstrzygania sporów o ówczesną przynależność państwową czy narodową określonych terytoriów.
- Utworzenie nowych kategorii dla dawnych mocarstw zaborczych (Cesarstwa Niemieckiego, Imperium Rosyjskiego i Austro-Węgier) oraz osobnej kategorii dla polskich formacji wojskowych.
Skoro każda próba precyzyjnego zdefiniowania pojęcia "ziem polskich" - czy to przez pryzmat roku 1772, czy to roku 1914, czy to uznaniowego "kontekstu historycznego” i "skali polskiego życia" - prowadzi nas w ślepą uliczkę, to nie dziwmy się, że jedynym logicznym wyjściem pozostaje po prostu... współczesność. Niestety, moja propozycja upadła w głosowaniu - poległa przez brak szerszego zainteresowania tym niszowym sporem ze strony reszty społeczności, która nie chciała kruszyć kopii o czyjeś ideologiczne fiksacje. W efekcie zostajemy przy status quo. I w tym momencie dochodzimy do najpiękniejszego, wręcz komicznego absurdu całej tej wikipedystycznej batalii, który jest książkowym przykładem strzału w stopę. Oponenci dążyli do całkowitego wykasowania kategorii lub przynajmniej do wyrzucenia z niej bitew na dawnych niemieckich ziemiach, a w to miejsce chcieli wpychać bitwy z Kresów. Nie chcieli rozmawiać, nie dopuszczali żadnych ustępstw i odrzucali każdą rozsądną propozycję poszukiwania kompromisu. I jaki jest ostateczny efekt tej ich ślepej nieustępliwości? Przez to, że głosowanie zakończyło się remisem i brakiem kworum, czysto niemiecki Tannenberg i jeziora mazurskie nadal oficjalnie figurują w Wikipedii jako... "bitwy na ziemiach polskich"! Walczyli z całych sił przeciwko temu, a przez własną nieustępliwość zostawili wszystko dokładnie tak, jak było. Cóż za piękny finał tej ideologicznej batalii!
Ta burzliwa dyskusja obnażyła głębszy problem: dla niektórych szokiem jest sama myśl, że ziemie, które w 1914 roku były nie tylko administracyjnie, ale i kulturowo niemieckie, mogłyby figurować w JAKIEJKOLWIEK polskiej kategorii - nawet wtedy, gdy w nazwie nie używa się anachronicznego terminu "ziemie polskie". Brzmi to w ich uszach jak bluźnierstwo. A jednocześnie te same osoby z rozkoszą chcą Kresów. W tym właśnie tkwi cała ich hipokryzja: całe Kresy w dawnych granicach z 1772 roku są dla nich w 1914 roku bezdyskusyjnie polskie, podczas gdy na zachodzie… hmmmm. To, co leżało w RON, ale nie weszło w skład II RP (jak Warmia czy inne pogranicza), z marszu oddają Niemcom. Natomiast to, co było w II RP, a nie było w RON, nagle staje się "nasze" (bo Górny Śląsk jako zabór pruski akurat im nie przeszkadza). Z kolei tereny, których nie było ani tu, ani tam? Lepiej nawet nie pytać…
Dla tych osób pisanie o "Ziemiach Odzyskanych", "Ziemiach Zachodnich i Północnych", a nawet o arcyneutralnym "terenie współczesnej Polski" to - cytując dokładnie słowa jednego z nich, które warto powtórzyć, bo idealnie obnażają to, co w nich drzemie - "durna forma kategoryzacyjnego wulgaryzmu". Czym więc są dla nich te tereny stanowiące 1/3 obecnej Polski i dlaczego nawet propozycja zmiany nazwy z "na ziemiach polskich" na "na terenie współczesnej Polski" wywołała taki potężny opór? Według nich Kresy mogą (a nawet muszą) być "ziemiami polskimi" w 1914 roku, gdy Polski w ogóle nie było na mapach - i to nawet bez żadnego dodatku "pod zaborami", bez żadnego sztywnego kryterium formalnego, bo po prostu te ziemie są polskie z definicji, polskie same przez się. Ziemie Odzyskane natomiast nie mają absolutnie żadnego prawa być "terenem współczesnej Polski" - i to nawet przy ścisłym zastrzeżeniu, że kategoryzacja opiera się na obecnych granicach z 1945 roku, a w opisie widnieje specjalny szablon wyjaśniający, że to rozwiązanie przyjęto z czystej konieczności i braku innej alternatywy, pomimo wielkich starań. To niezwykle wiele mówi o ich optyce.
Odpowiedź na pytanie, czym te tereny są w ich oczach, jest właściwie jedna: to po prostu Rzesza Niemiecka. Obojętnie która z kolei Rzesza i czy w ogóle Rzesza w danym konkretnym momencie historycznym istniała. Rzesza, która obecnie, na skutek uwarunkowań historycznych, leży w granicach Polski. A fakt, że leży tu dzisiaj, to w ich mniemaniu tylko czysty kaprys Stalina, który zabrał nam i Niemcom historyczne ziemie naszych narodów, nam dał niemieckie, a nasze - te prawdziwie nasze ziemie na wschodzie - wziął. I kropka. W tym ujęciu rok 1945 to żaden naturalny bieg historii ani przełomowy punkt zwrotny sprawiający, że ziemie te po prostu zaczęły należeć do kogoś innego; to czysta, brutalna inżynieria społeczna, która siłą zniszczyła to, co przez wieki ukształtowało się w terytorium czysto niemieckie i narodowo niemieckie, które nawet po całkowitym rozgromieniu Hitlera i upadku III Rzeszy nadal by takie pozostało, gdyby nie Stalin i tylko on. Niestety, taka jest ich perspektywa.
Przez cały czas błagałem oponentów o jakąkolwiek konkretną alternatywę dla mojej propozycji. Bezskutecznie. Jeden z nich ciągle powtarzał tę samą śpiewkę, że "istnieją inne opcje", nie podając ani jednej - gdy miałem na stole 1945 i 1772, krzyczał o innych opcjach, idąc w stronę 1914; gdy potem przestawiłem 1945 i 1914, wycofując się z 1772, dalej powtarzał to samo, brnąc tym razem w uznaniowy "kontekst historyczny" i "skalę polskiego życia". A przecież taka alternatywa faktycznie istniała. Celowo trzymałem ją w zanadrzu, czekając, aż sami oponenci mi ją podsuną. Było to całkowite usunięcie spornej kategorii "ziem polskich" - zgodnie z ich własnym, pierwotnym żądaniem - i przejście na czystą kategoryzację według ówczesnej przynależności państwowej z rozbiciem na precyzyjne podkategorie administracyjne. W tym modelu mielibyśmy do czynienia z kategoryzacją typu: "Bitwy I wojny światowej na terenie Królestwa Polskiego" (jako podkategoria bitew w Imperium Rosyjskim), "Bitwy I wojny światowej na terenie Galicji" (jako podkategoria bitew w Austro-Węgrzech) i tak dalej. Nikt nawet na to nie wpadł! A przecież ten sam oponent od "innych opcji" pouczał mnie wcześniej, że "jeżeli jestem zainteresowany I wojną światową, to na potrzeby tychże zainteresowań, owszem, muszę znać kontekst polityczny z roku 1914, a nie 2026". Skoro tak dumnie szafował tym kontekstem politycznym z 1914 roku, to człowiek by się spodziewał, że gdy wyłożyłem kawę na ławę i zaproponowałem rok 1914 ograniczający "ziemie polskie" do samej Kongresówki, to on natychmiast skoryguje moją propozycję na ówczesne jednostki administracyjne z tamtego okresu! Nic z tego - jak sam zresztą otwarcie deklarował: "nie jestem za kryteriami 1914 czy 1939, jednocześnie wskazywałem na konieczność uwzględniania kontekstu historycznego". A gdyby nawet ktoś inny wpadł na ten pomysł i go zaproponował, to i tak odrzuciłby to z marszu. Dlaczego? Ponieważ nawet gdybyśmy całkowicie zrezygnowali z pojęcia "ziem polskich" i nie utożsamiali z nimi Kongresówki, to przecież Królestwo Polskie było jedynym historycznym bytem z Polską w nazwie! I właśnie ten fakt okazał się dla oponentów absolutnie nie do przełknięcia. Dla tego oponenta "kontekst historyczny" sprowadzał się bowiem do tego, że Kongresówka była w gruncie rzeczy carską uzurpacją, która bezprawnie zawłaszczyła sobie samą nazwę Polski, w dodatku nie obejmując pozostałych historycznych ziem polskich. Ziemie polskie w jego mniemaniu to "wszystko albo nic" - skoro Łódź w 1905 roku była "rosyjska", to ma być rosyjska, żadnego wydzielania Królestwa Polskiego! Albo "ziemie polskie" to wszystko, co on uznaje za takowe - czyli i Kresy też, choćby nie wiem co - albo nie ma żadnych "ziem polskich" w ogóle. Może zatem kategoryzacja według zaborów - którą sugerowało mi dwóch użytkowników? To również ślepa uliczka, ponieważ kryterium to jest de facto tożsame z rokiem 1772, co prowadzi dokładnie do tego samego pata przy Tannenbergu. W takim układzie mielibyśmy tylko zabór rosyjski i austriacki, a ten trzeci - pruski - gdzie? No właśnie, nigdzie! Tam żadnych większych bitew nie było, poza tym jednym nieszczęsnym i bardzo mocno naciąganym Tannenbergiem (chyba za mocno się na niego upieram) - bo jezior mazurskich w żaden sposób nie da się podciągnąć pod zabór. A nawet abstrahując od sensowności tworzenia jednoelementowej kategorii, oponenci i tak nigdy nie zgodziliby się na żaden polski kontekst Tannenberga, co szeroko omówiłem wyżej. Już widzę ten raban oczami wyobraźni: "Tannenberg to zabór pruski?! Przecież to Niemcy! Rzesza Niemiecka! Niemieckie ziemie! Równie dobrze mógłbyś tam wrzucić bitwę pod Gąbinem albo wielką bitwę jutlandzką!". Leżący dziś w obwodzie królewieckim Gąbin to również Prusy Wschodnie - dokładnie tak samo jak Tannenberg i jeziora mazurskie - a jednak okolic Gąbina żaden rozsądny człowiek, nawet przy najbardziej elastycznym podejściu, nie nazwałby "ziemią polską" w żadnym kontekście historycznym! Już prędzej litewską - bo to historyczna Mała Litwa - jednak w 1914 roku były to już bezsporne, czyste Niemcy, z zerowym udziałem Litwinów, którzy trzymali się już tylko bliżej Kłajpedy. Skoro więc Gąbin nie jest i nie może być polski, to dokładnie na tej samej zasadzie Tannenberg i jeziora mazurskie polskimi ziemiami w 1914 roku być nie powinny.
Podejrzewam, że jedynym kryterium, jakie moi oponenci byliby skłonni zaakceptować poza "kontekstem historycznym" i "skalą polskiego życia", są granice II RP z 1939 roku. De facto są one z tymi pojęciami tożsame. Ale to byłaby bezwarunkowa kapitulacja. Kategoryzowanie wydarzeń z 1914 roku według granic II RP to już sam w sobie czysty anachronizm, a dokonywanie zamiany roku 1945 na 1939 w sytuacji, gdy obecna kategoryzacja opiera się na granicach z 1945 roku, byłoby czystą ideologią, polityką pamięci i zastąpieniem jednego anachronizmu innym z pobudek czysto tożsamościowych. To byłoby zwycięstwo ideologii nad faktografią i zasadami Wikipedii. Nie można się na to zgodzić. Dlatego jasno dałem do zrozumienia, że na to kryterium nigdy nie przystanę. Wtedy wybuchł otwarty spór z jednym z oponentów - zaślepionym radykałem, który nie wyobrażał sobie innego punktu odniesienia niż II RP. Gdy wprost oświadczyłem, że nigdy nie zaakceptuję tego kryterium jako historycznego anachronizmu, ten radykalny oponent oskarżył mnie o uniemożliwianie merytorycznej dyskusji i forsowanie własnego zdania: "Oświadczam jasno: nigdy nie zaakceptuję kategoryzacji bitew I wojny światowej opartej na granicach II RP – takimi stwierdzeniami de facto uniemożliwiasz jakąkolwiek merytoryczną dyskusję i przekazujesz informację, że jesteś tu głównie po to by forsować swój punkt widzenia, bez względu na to, czy inni uznają go za słuszny. Ma być jak Ty uważasz i koniec. A to jest kwestia wyłącznie konwencjonalna, a w Wikipedii w takich kwestiach możemy ustalić sobie cokolwiek i będzie musiało być tak, jak ustali większość, a nie jak ktoś sobie uważa. Nie masz tu prawa veta, za to masz obowiązek dostosować się do tego, co zostanie w drodze dyskusji ustalone, niezależnie czy będzie tak jak zaproponowałeś, czy jednak tak, jak Tobie się nie podoba". Co ciekawe, ten sam użytkownik początkowo opowiadał się za kategoryzacją pod kątem ówczesnej przynależności państwowej. Kiedy jednak wprost zapytałem go o tę ewolucję stanowiska i zażądałem jasnej odpowiedzi, czy podtrzymuje tamtą pierwotną koncepcję, czy jednak zmienił zdanie na rzecz granic II RP, uchylił się od odpowiedzi, po prostu tupnął nóżką i demonstracyjnie wyszedł z dyskusji. Pod koniec nagle się obudził i po wymianie zdań uderzył we mnie bezpośrednim atakiem ad personam: "Gdy ktoś w żywe oczy kłamie, a swoje kłamstwa traktuje jako fakty, to jakakolwiek dyskusja z taką osobą nie ma najmniejszego sensu. Przestań swoje zdanie/opinie przypisywać innym. Sposób dyskusji, manipulacji wypowiedziami lub brakiem wypowiedzi innych, kierowania jakichś żądań do innych, karygodne insynuacje (...) - to już dawno przekroczyło poziom, którym powinni się zająć administratorzy. Jakakolwiek dyskusja z osobą reprezentującą taki poziom nie ma najmniejszego sensu".
Ale prawdziwa eksplozja nastąpiła dopiero w trakcie głosowania. Ów radykalny oponent wpadł w taką furię, że próbował dosłownie wywrócić stolik. Do tego stopnia stracił kontrolę, że w oficjalnej dyskusji groził mi usunięciem w trybie EK (ekspresowego kasowania) mojego roboczego szablonu... z mojego własnego prywatnego brudnopisu (sic!), nazywając go "czystym kuriozum, które ma wprowadzać własne opinie i rozważania jednego Wikipedysty do przestrzeni głównej" - tak, jakby administratorzy mieli kasować prywatne brudnopisy użytkowników tylko dlatego, że ich treść nie podoba się radykałowi! Najlepszym dowodem na jego całkowitą, bezwzględną zaciętość jest fakt, że... nawet nie oddał głosu przeciw w tym głosowaniu! Drugi oponent, który również próbował unieważnić całą procedurę, miał chociaż na tyle konsekwencji, by formalnie zagłosować przeciw. Ten natomiast wolał zbojkotować głosowanie, a potem wrzeszczeć, że "W »Sformu[ł]owaniu problemu« narzucona jest jedna interpretacja, która, jak wynika z dyskusji na ten temat w (...) [Kawiarence], nie spotkała się z poparciem. To głosowanie jest próbą dalszego forsowania swojego punktu widzenia, zaś zgłoszona tu propozycja nie jest wynikiem jakiegokolwiek wstępnego konsensusu/uzgodnienia, a jedynie autorska próbą narzucenia »jedynie słusznego rozwiązania«". To zachowanie idealnie pasuje do starego przysłowia: "złodziej krzyczy: »łapać złodzieja!«" - dosłownie! Bo jego jedynym planem na kompromis było: albo ma być tak, jak on chce, czyli kategoryzacja pod II RP, albo nie będzie nic. Wystarczy spojrzeć na żelazny dowód: jak na wstępie odrzuciłem kryterium granic II RP, to on od razu mnie oskarżył i wycofał się z dyskusji. Wniosek, że popierał jednoznacznie II RP, jest oczywisty dla każdego trzeźwo myślącego człowieka - bo skoro tak śmiertelnie oburzyło go odrzucenie II RP, że od razu oskarżył mnie o uniemożliwianie dyskusji, to znaczy, że to dla niego jedyna świętość i dogmat, którego nie wolno nawet tknąć. W przeciwnym razie wywraca szachownicę, rozrzuca figury po całej sali, krzyczy na cały głos, że przeciwnik oszukuje i wzywa sędziego po walkowera.
Z takimi ludźmi jak on po prostu nie da się w ogóle dyskutować. Choć pozostali oponenci nie byli aż tak radykalni w swoim zachowaniu, to ich brak skłonności do dialogu i fundamentalna nieustępliwość stworzyły dokładnie ten sam mur nie do przebicia, zderzenie z którym pozostawia człowieka całkowicie bezsilnym. Co więcej, to bezkompromisowe i agresywne zachowanie tego konkretnego oponenta najprawdopodobniej w ogóle nie wynikało z samej merytoryki czy troski o encyklopedię, lecz z głęboko zakorzenionych, osobistych uprzedzeń do mojej osoby - podobnie zresztą jak w przypadku tego drugiego, od "kontekstu historycznego" - notabene jednego ze... stałych mediatorów Wikipedii, który bez mrugnięcia okiem upublicznił kiedyś moją prywatną korespondencję e-mailową w postępowaniu przed Komitetem Arbitrażowym, żeby mnie boleśnie pogrążyć, mimo że wcześniej złożyłem publiczne przeprosiny. Nawet gdybym poszedł na absolutnie zgniły kompromis i zaproponował rozwiązanie absurdalne: kategoryzację według kryterium granic II RP z 1939 roku plus osobną kategorię dla Tannenberga i jezior mazurskich, dając jej maksymalnie bezpieczną, a wręcz przesadnie ostrożną nazwę: "Bitwy I wojny światowej na byłych wschodnich terenach Rzeszy Niemieckiej (obecnie w granicach Polski)" - co byłoby już maksymalnym, graniczącym z samobójstwem merytorycznym ustępstwem z mojej strony - to i tak by tego nie przyjęli. Dlaczego? Z dwóch prostych powodów. Po pierwsze: nazwa tej kategorii musiałaby w ogóle zawierać słowo "Polska" w odniesieniu do tych terenów. Po drugie i o wiele ważniejsze: próba jakiegokolwiek odróżniania obecnych ziem polskich od reszty ówczesnej Rzeszy - która tu jest rozumiana nie tyle jako samo państwo (wszak zabór pruski też formalnie do niej należał), co jako rdzennie niemieckie terytoria - byłaby dla nich sztucznym, ahistorycznym zabiegiem. A przecież w ich optyce to były wtedy takie same Niemcy jak Berlin! Skoro więc Tannenberg i jezioro mazurskie w 1914 roku to były po prostu Niemcy, to w żadnej polskiej kategorii znajdować się nie powinny, a jakakolwiek próba jej stworzenia to dla nich fałszowanie historii. Tyle że im ostatecznie nie pasuje ŻADNE alternatywne kryterium. Zderzasz się tu z murem nie do przebicia, z ludźmi, dla których jesteś w dyskusji po prostu heretykiem, bo ważysz się ruszać nienaruszalne dogmaty. Albo uznajemy za "ziemie polskie" w 1914 roku wyłącznie to, co mieści się w granicach plus-minus II Rzeczypospolitej, albo kasujemy pojęcie "ziem polskich" w ogóle i przechodzimy na czysto imperialno-państwową kategoryzację wedle dawnych mocarstw zaborczych, bez żadnego rozbijania na historyczne jednostki administracyjne - no bo jak to tak, Łódź w 1905 roku nagle ma być w "Królestwie Polskim" tylko dlatego, że carski kadłub zawłaszczył sobie historyczną nazwę z Polską w tle, a z drugiej strony taki np. Przemyśl, gdzie rozegrała się gigantyczna, historyczna bitwa, miałby nagle wylądować w jakiejś obcej austriackiej "Galicji"?!
Rzesza w polskiej kategorii?! Usunąć z hukiem!
Spór o bitwy jest w istocie częścią znacznie szerszego, fundamentalnego problemu: czy i jak w ogóle kategoryzować Ziemie Odzyskane na Wikipedii? Według moich oponentów jakiekolwiek spinanie tych terenów klamrą "historii części terytorium współczesnej Polski przed 1945 rokiem" to zbrodnia na historiografii i czysty anachronizm. Przystawianie dzisiejszych granic do dawnych dziejów Śląska, Pomorza Zachodniego czy byłych Prus Wschodnich ma być według nich niedopuszczalne. Ale idźmy dalej - nawet jak przyjmiemy ich restrykcyjne kryteria i skupimy się wyłącznie na długich wiekach realnego, polskiego kontekstu historycznego, to spójrzmy na okres sprzed utraty tych ziem przez Polskę, gdy wchodziły one w skład naszego państwa albo znajdowały się w naszej strefie wpływów. Dodajmy do tego okres po 1945 roku - i nagle okazuje się, że naprawdę jest co skategoryzować. Jeśli trzymamy się polskiego kontekstu ściśle i uczciwie, materiału historycznego nie brakuje.
Ale oni idą w zaparte! Dla nich polski kontekst sprzed wieków nie ma żadnego znaczenia, a okres po 1945 roku traktują co najwyżej w kategorii "łupu wojennego" w stylu rosyjskiego obwodu królewieckiego. W ich mniemaniu wszystko, co działo się na Zachodzie i Północy przed 1945 rokiem, ma się do Polski jak starożytność do współczesnych narodów - i dotyczy to nie tylko okresu przynależności tych ziem do dawnych państw niemieckich, ale w ogóle całej ich historii. Dla Górnego Śląska łaskawie gotowi są uczynić wyjątek, ale cała reszta to dla nich ontologicznie obcy, arcyniemiecki świat, który nie ma z Polską nic a nic wspólnego i bezpowrotnie zniknął w mrokach dziejów.
Doskonale obnaża to retoryka, jakiej używają. Jeden z nich rzucił kuriozalne porównanie: łączenie bitwy pod Tannenbergiem z 1914 roku ze współczesną Polską to jak łączenie... rzymskiej bitwy pod Mursą z 351 roku ze współczesną Chorwacją! Zrozumiałbym jeszcze analogię do łączenia bitwy pod Austerlitz z 1805 roku ze współczesnymi Czechami. To byłoby trzeźwe, zdroworozsądkowe podejście: wtedy ten obszar administracyjnie i kulturowo należał do kogoś innego, więc tamte wydarzenia nas po prostu nie dotyczą, a łączenie ich ze współczesną Polską to zwykły anachronizm. Ale oni idą znacznie dalej, bo Austerlitz byłoby zbyt banalne i bezpieczne! Powołanie się na Mursę to nie jest zwykłe stwierdzenie faktu. To wyrafinowana psychologiczna zagrywka mająca dać do zrozumienia coś znacznie mocniejszego: te ziemie są obce duchowo, metafizycznie i ontologicznie - nie mamy tam czego szukać, a łączenie tamtych wydarzeń ze współczesną Polską to nie anachronizm, lecz intelektualna zbrodnia i herezja. Bo kto o zdrowych zmysłach łączy rzymską Mursę z Chorwacją? Nikt, bo to starożytność, zupełnie inna epoka i kompletny brak jakiejkolwiek ciągłości z dzisiejszymi narodami. Tak jak rzymskiej Mursy nikt nie śmie łączyć z Chorwacją, tak samo według nich nikt nie powinien nawet śmieć łączyć ziem niemieckich z Polską. To nie jest kwestia tego, że te tereny wtedy po prostu należały do kogoś innego (bo w końcu narody polski i niemiecki były już w 1914 roku w pełni ukształtowane - w przeciwieństwie do czasów Mursy, gdy żadnych Chorwatów jeszcze po prostu nie było, a Polacy w 1914 roku jak najbardziej istnieli, tyle że obszar ten należał do kogoś innego) - to po prostu całkowicie obcy świat, inna cywilizacja, a nawet inna planeta!
Dlaczego inna planeta? Wystarczy spojrzeć na matematykę: bitwę pod Tannenbergiem od włączenia tych terenów do Polski w 1945 roku dzieli zaledwie 30 lat. Tymczasem rzymską Mursę od współczesnej Chorwacji dzieli przepaść aż 16 wieków! A jednak oponent z całkowicie kamienną twarzą zrównał te proporcje, uznając w dyskusji, że to porównanie "(...) nie jest absurdem. Jedna bitwa miała miejsce na terenie współczesnej Polski, a druga na terenie współczesnej Chorwacji i to jest fakt, tylko że żadna z nich w momencie walk nie miała żadnego związku z danymi państwami". To kuriozalne porównanie miało posłużyć za dowód, że Ziemie Odzyskane przed 1945 rokiem są tak obce jak świat starożytny. Skoro więc zaledwie 30 lat różnicy potraktowano na równi z przepaścią 16 wieków, a okres niemiecki zepchnięto do roli historycznej "starożytności", to co dopiero powiedzieć o tym, co było tam PRZED nadejściem Niemców?! Przeliczmy to w tej absurdalnej skali, biorąc pod uwagę same państwowe początki niemieckości w tych regionach do 1945 roku:
- Śląsk → od wojen śląskich w 1740-1742 roku (około 200 lat do 1945 roku) → ponad 10 tysięcy lat niemieckości!
- Pomorze Zachodnie → od pokoju westfalskiego w 1648 roku (około 300 lat do 1945 roku) → około 16 tysięcy lat niemieckości!
- Ziemie zaboru pruskiego nienależące do II RP → od I rozbioru w 1772 roku (173 lata do 1945 roku) → około 9,3 tysiąca lat niemieckości!
- Ta część Prus Wschodnich, która nigdy bezpośrednio do Polski nie należała (a z Polską wiązał ją jedynie luźny węzeł lenna, trwający równe dwa stulecia, od II pokoju toruńskiego w 1466 roku do traktatów welawsko-bydgoskich w 1657 roku) → od powołania państwa zakonu krzyżackiego w XIII wieku (przyjmując symbolicznie od 1230 roku) była terytorium państwowo niemieckim (zakonnym, a potem książęcym i pruskim przez ponad 700 lat do 1945 roku) → około 37 tysięcy lat niemieckości!
- Ziemia lubuska... z litości i dla ochrony zdrowia psychicznego najlepiej całkowicie ją przemilczmy - wszak jej związki z Polską były jeszcze słabsze niż tej części Prus Wschodnich, która bezpośrednio nasza nie była, gdyż według samej Wikipedii: "Mimo wielowiekowej przynależności do obcych organizmów państwowych, wszystkie te ziemie były w różnym stopniu – mniejszym lub większym – zamieszkałe przez ludność polskojęzyczną przez cały okres od momentu ich utraty aż do XX wieku, przy czym wyjątek stanowiła ziemia lubuska, gdzie ze względu na najwcześniejszą utratę procesy germanizacyjne zaszły najszybciej i w XVIII wieku, gdy Prusy dokonywały zaborów, była ona już krainą rdzennie niemiecką".
A to przecież dopiero państwowe początki panowania niemieckiego na tych terenach, które od momentu utraty tych ziem przez Polskę dzieli przecież jeszcze kilka dodatkowych wieków - a w przypadku tej części Prus Wschodnich, która nigdy bezpośrednio do Polski nie należała, to od samego początku państwowości teren niemiecki, gdzie z polskością mieliśmy do czynienia co najwyżej w formie wspomnianego dwustuletniego lenna! Skoro więc niemieckość to - jak wynika z tej logiki - inna cywilizacja, to cofając się w tej zwariowanej skali do właściwej, przedniemieckiej polskości, musimy dodać do tego kolejne dziesiątki tysięcy lat! W tym momencie cała ta przedniemiecka polskość przestaje być już nawet inną cywilizacją - ona staje się dosłownie inną planetą! Lądowanie marsjańskiego łazika na obcej planecie to w gruncie rzeczy jedyna miara, jaka pasuje do postrzegania roku 1945 przez oponenta. Zgodnie z tą logiką niemieckość tych ziem to nie był po prostu pewien przejściowy okres w historii, choćby bardzo długi, tylko rezultat rzekomej, naturalnej, wielowiekowej ewolucji, w wyniku której te tereny po prostu wyewoluowały w Niemcy, stając się ostatecznie trwałym, nienaruszalnym terytorium narodowo niemieckim, takim samym jak Berlin czy Monachium. Na pewnym etapie stało się to już nieodwracalne żadnymi naturalnymi metodami. To nie tak, że te ziemie po prostu stały się częścią Niemiec przez traktaty czy zawirowania polityczne - one w nie wyewoluowały. Z definicji są to po prostu Niemcy i kropka. A jeśli cokolwiek tam przed Niemcami było, to sprowadza się to w najlepszym razie do roli mitu o zaginionej Atlantydzie - luźnego podania o zatopionym lądzie, o którym może i krążą opowieści, ale nikt trzeźwo myślący nie traktuje ich poważnie. Warto zresztą w tym miejscu powrócić na moment do opisanego wyżej sporu o kryterium roku 1914 - bo to przecież dokładnie ten sam oponent, który dyskutował ze mną o statusie Wilna, Lwowa, Wrocławia i Szczecina - i przytoczyć jego dokładne słowa, które w tym miejscu pasują idealnie:"A Wrocław i Szczecin? Tutaj nikt nie neguje związków z Polską przed 1945 (już Mieszko I przyłączył Szczecin do swojego państwa), ale w kontekście 1914 roku były to miasta, które chociaż też miały polskich mieszkańców, to jednak tamtejsze polskie życie nie miało takiej skali jak w podanych przez Ciebie wschodnich miastach". Niby brzmi to z pozoru rozsądnie i obiektywnie - tak, jakby uznawał, że ziemie te miały w przeszłości związki z Polską, jednak w 1914 roku były to już terytoria niemieckie, gdzie Polacy stanowili tylko mniejszość narodową. Ale w zestawieniu z jego wcześniejszym, radykalnym tekstem o rzymskiej Mursie jest to po prostu czysta kpina. Zdradza to zresztą jeden z pozoru drobny, ale jakże wymowny detal: w oryginalnej wypowiedzi oponent zapisał sformułowanie "polskie życie" kursywą! To nie jest zwykłe formatowanie tekstu - to jawna drwina z samej myśli, że na tamtych terenach mogło w 1914 roku w ogóle istnieć COKOLWIEK polskiego. To dobitnie pokazuje, że w jego oczach Ziemie Odzyskane to nie były wówczas "ziemie niemieckie z polską mniejszością narodową"; to były rdzenne, absolutne Niemcy, gdzie "polskie życie" to jakiś niesmaczny żart. Kuriozalne porównanie Tannenberga do Mursy już wcześniej zdradziło, co tak naprawdę o tym myśli, a ta drwiąca kursywa tylko to przypieczętowała. Z kolei "polskich mieszkańców" kursywą już nie opatrzył; nie dał jej tam, bo uznał najwyżej obecność pojedynczych, przypadkowych i całkowicie marginalnych jednostek, których fizyczna obecność w tym arcyniemieckim świecie absolutnie niczego nie zmienia i w żadnym wypadku nie czyni z nich pełnoprawnej polskiej mniejszości narodowej na obcym terytorium. Związki z Polską za Mieszka I niby z łaski swojej uznaje, ale skoro dla niego późniejsza niemieckość Ziem Odzyskanych to odpowiednik rzymskiej Mursy, to ta cała przedniemiecka polskość okazuje się być czystą Atlantydą - wyłącznie wygodną fasadą, którą w razie potrzeby można wyciągnąć z kapelusza tylko po to, by na chwilę zamknąć usta krytykom i udawać historyczny obiektywizm.
Do dziś na Wikipedii nie ma absolutnie żadnej porządnej siatki kategorii dla Ziem Odzyskanych, podczas gdy dla Kresów jest ona rozbudowana do granic możliwości; mało tego - obejmuje także okres zaborów, gdy państwo polskie nie istniało (mamy przecież podkategorie pokroju "Ziemie zabrane")! Mamy zatem "Kresy Wschodnie" i... całkowitą pustkę. Nic a nic. I oponentom to wcale nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie - jeden z nich otwarcie sprzeciwia się jakiejkolwiek siatce dla Ziem Odzyskanych, bo dla niego to "ideologia nie mająca podparcia w historiografii". Dodajmy tu, że to ten sam oponent od "lewego brzegu górnego biegu Pasłęki". Jako jedyny z nich szedł w stronę mierzalnej kategoryzacji bitew według roku 1772, gdyż - jak argumentował: "W metodologii i literaturze historycznej przyjęło się, że ziemie polskie w latach 1772-1918 to ziemie w granicach I RP w 1772 roku". Równocześnie zupełnie nie przeszkadzało mu kategoryzowanie jako "zaborów" ziem, które do RON nigdy nie należały, ale za to znalazły się w granicach II RP - jak chociażby Górny Śląsk. Gdy zwróciłem mu na to uwagę, machnął ręką, stwierdzając nonszalancko: "Mamy [takie przypadki], ale to nie powód, by to rzutowało na punkt pierwszy". Górny Śląsk może więc być u niego "byłym zaborem pruskim w II RP" - ale przy Tannenbergu nie ma już ani krzty podobnej elastyczności: nie może być w żadnym wypadku "bitwą na ziemiach polskich pod zaborami" przy kryterium 1772 roku.
Teoretycznie można by się kłócić o drobiazgowe szczegóły geograficzne - wszak Stębark leżał poza granicami dawnej Rzeczypospolitej, co mogłoby być podstawą do jego odrzucenia, a poza tym w przypadku "okolic Olsztyna", gdzie faktycznie toczyła się bitwa, nie jest nawet jasne, czy to była jeszcze Warmia czy już reszta Prus. Trzeba by zatem ostatecznie i precyzyjnie rozstrzygnąć, czy Tannenberg to bitwa "na ziemiach niemieckich" czy też "na styku ziem polskich i niemieckich", a przy tym rzetelnie skorygować ten lakoniczny opis w infoboksie o "okolicach Olsztyna i Olsztynka", z których te drugie nigdy w granicach RON nie leżały (a 1657 roku nie były już nawet polskim lennem). Szkoda na to czasu, sił i nerwów - to czyste kopanie się z koniem, bezcelowa batalia, w której społeczność i tak kwituje każdą próbę jakiejkolwiek dyskusji na ten temat krótkim, bezapelacyjnym stwierdzeniem: w 1914 roku to były Niemcy i nie ma o czym dyskutować. Kiedy ja dawno już odpuściłem rok 1772, ten oponent z uporem maniaka zamierzał brnąć w to dalej, usiłując z wielkim zapałem przekonać mnie, że "(...) [skoro] definicja jest poprawna historycznie, to to kończy jakąkolwiek dyskusję". Przyjmując taką optykę, moglibyśmy dla świętego spokoju uznać czysto po samej lokalizacji miejscowości Tannenberg za niemiecki, a Kostiuchnówkę i Rafajłową za polskie - ale wtedy z całą bezwzględnością żądam konsekwencji: Górny Śląsk także nie może być żadnym "byłym zaborem pruskim w II RP"! Choć to akurat bitew bezpośrednio nie dotyczy, to działa tu prosta zasada: nie można mieć ciastka i zjeść ciastka. Jeśli definicja "ziem polskich pod zaborami" opiera się ściśle na granicach RON, to "zaborami" jest z definicji wyłącznie to, co w tych granicach się znajdowało, a w takim układzie Górny Śląsk, jako obszar nienależący do RON w 1772 roku, nie może być żadnym "byłym zaborem pruskim w II RP", lecz po prostu ziemią nienależącą do żadnego zaboru - terytorium pruskim innym niż ziemie zagarnięte w czasie rozbiorów Polski, które znalazło się w granicach II RP. A co dopiero powiedzieć o rejonie Gliwic czy Opola?! Te obszary to już w ogóle żaden "zabór pruski" - nawet najbardziej desperacko naciągając to pojęcie pod mapę II RP, nie da się ich tam wcisnąć, bo do II RP w ogóle nie weszły i - podobnie jak Tannenberg - pozostały w Niemczech aż do 1945 roku!
Tymczasem oponent, choć deklaruje przywiązanie do kryterium 1772 roku, dla terenów włączonych do II RP gotów jest uczynić wyjątek, przymykając oko na to, co tam leżało, a do RON nie należało. Natomiast w odniesieniu do ziem powojennych włącza się u niego absolutny, bezwzględny puryzm: te obszary w żadnym wypadku i w żadnym kontekście historycznym nie mogą być polskie, bo dla niego to po prostu Rzesza Niemiecka - czyli tereny etnicznie i kulturowo rdzennie niemieckie, które przed 1945 rokiem nie tyle nie były polskie, co w ogóle nie miały prawa być polskie. Kiedy próbował udawać Greka i ironizował w dyskusji, usiłując złapać mnie za słówka szyderczym pytaniem: "czy to »zabór pruski« czy »Rzesza Niemiecka«. Bo oczywiście zabór pruski to nie była część terenów cesarstwa niemieckiego w czasie I wojny światowej...", szybko sprowadziłem go na ziemię. Wyjaśniłem mu, że moje użycie "Rzeszy Niemieckiej" było wyłącznie skrótem myślowym odzwierciedlającym jego własny, pokrętny tok rozumowania: "pisząc »Rzesza Niemiecka« miałem na myśli po prostu to, co nie należało do zaboru pruskiego. Użyłem tego sformułowania, ponieważ w powszechnym odczuciu są to po prostu Niemcy i ziemie niemieckie, które z Polską nie mają żadnego związku. W realiach Cesarstwa Niemieckiego trzeba wyraźnie odróżniać zabór pruski od terenów niezaborczych, a i te ostatnie można podzielić na ziemie niemieckie z polską mniejszością oraz rdzennie niemieckie. Sam wcześniej twierdziłeś, że łączenie Ziem Odzyskanych z Polską to »ideologia nie mająca podparcia w historiografii« - dla Ciebie to po prostu »Rzesza Niemiecka« i pisanie w ten sposób nie powinno Cię dziwić. Ja osobiście się z takim podejściem nie zgadzam, ale biorąc pod uwagę utrwalone odczucia społeczne i realia epoki, mamy podział na »zabór pruski« i »Rzeszę Niemiecką«. Choć obie te grupy stanowiły integralną część Cesarstwa, to dla jasności kategoryzacji musimy umieć odróżnić »nasze« od »niemieckiego«. Przecież o to dokładnie od początku toczy się ten spór: czy Tannenberg i jeziora mazurskie to bitwy na ziemiach polskich czy niemieckich i gdzie właściwie kończą się ziemie polskie, a zaczynają niemieckie? Jeśli cofniemy się do granicy z 1772 roku, to od razu wpadamy w ślepy zaułek i mamy permanentny pat. Kluczowe pytanie brzmi: czy ziemie niemieckie w 1914 roku mają prawo znaleźć się w kategorii typu "na terenie współczesnej Polski", bez anachronicznego terminu "ziemie polskie" w nazwie? Moim zdaniem jak najbardziej tak (...), [chociaż] dla wielu sam fakt jakiegokolwiek powiązania z Polską jest całkowicie nie do przyjęcia, właśnie w myśl zasady: »bo to przecież była Rzesza Niemiecka« - rozumiana przez te osoby nie tyle jako samo państwo, ile jako ogólne określenie rdzennie niemieckich ziem, w kontrze do tego, co uważamy za polskie". Tak właśnie jest w jego metodologii - podział na "zabór" i "Rzeszę" wcale nie wynika z obiektywnego kryterium 1772 roku, lecz wyłącznie z politycznego klucza II RP. Sam fakt, że jakiś obszar należał do tak rozumianej "Rzeszy" - czyli nie był historycznym zaborem - wcale nie wykluczał istnienia tam terenów z silną polską mniejszością. On to jednak uznaje za "zabór", ale robi to w sposób skrajnie selektywny. Jak podaje Wikipedia: "Sytuacja na Górnym Śląsku, Mazurach oraz innych niż ziemia malborska obszarów Powiśla, jest często omawiana łącznie z sytuacją w zaborze pruskim, ze względu na liczną obecność osób polskojęzycznych i osób w różny sposób identyfikujących się z Polską". Oponent nie naciąga tu pojęcia zaboru nawet pod żaden klucz etniczny - robi to wyłącznie pod mapę II RP. W tej jego pokrętnej logice CAŁY Górny Śląsk, włącznie z tą jego częścią, która leżała poza II RP i weszła do Polski dopiero po 1945 roku, jest "zaborem pruskim", ale inne historycznie niezaborcze obszary z liczną polską mniejszością, które również znalazły się w Polsce dopiero po 1945 roku, takie jak Mazury czy Powiśle, traktuje jako "obcą Rzeszę Niemiecką".
Oto cała hipokryzja w pigułce: przeszkadzają im ziemie, które nie wpisują się w ich intuicyjną definicję "ziem polskich" w kategorii bitew I wojny światowej, ale zupełnie nie przeszkadza im Górny Śląsk jako "były zabór pruski w II RP" ani całkowity brak jakiejkolwiek siatki kategorii dla Ziem Odzyskanych. Dla Kresów może bez przeszkód funkcjonować rozbudowana siatka kategorii obejmująca również okresy, gdy Polski nie było na mapach, a dla Ziem Odzyskanych nie może być siatki kategorii wcale? Przecież w czasach zaborów żadnych "Kresów Wschodnich" nie było - istniało po prostu 9 zachodnich guberni Imperium Rosyjskiego (tzw. ziemie zabrane) oraz austriacka Galicja Wschodnia. Takie są brutalne fakty historyczne. Posługiwanie się pojęciem "Kresów Wschodnich" w odniesieniu do tamtej epoki to dokładnie taki sam anachronizm jak "Ziemie Odzyskane" czy "Ziemie Zachodnie i Północne" w okresie między ich utratą a 1945 rokiem - bo skoro państwa polskiego po prostu nie było, to nie mogło być i żadnych wschodnich rubieży tegoż państwa. Skoro jednak ten wschodni anachronizm oponentom w niczym nie przeszkadza, a ten zachodni i północny jest tępiony ogniem i mieczem jako zbrodnia na historiografii - bo przecież to nie były jakieś tam ziemie niemieckie z polską mniejszością, tylko po prostu rdzenne Niemcy - to czy to jest obiektywizm, czy po prostu czysta ideologia?
Dzięki tej zaciętej dyskusji wreszcie w pełni zrozumiałem, dlaczego do tej pory na Wikipedii nie doczekaliśmy się siatki kategorii dla Ziem Odzyskanych. Opór środowiska jest po prostu gigantyczny, bo wikipedyści panicznie boją się posądzeń o powielanie komunistycznej propagandy. Dla moich oponentów Ziemie Odzyskane to nie jest terytorium o skomplikowanej, wielowarstwowej historii, z której jako encyklopedyści moglibyśmy starannie powybierać to, co faktycznie polskie. Nie. Dla nich to czysty, niezmienny, niemiecki monolit trwający aż po 1945 rok. A polskie ślady sprzed tamtej daty traktują dwojako: ci najbardziej radykalni z marszu odrzucają je jako bezczelną, komunistyczną propagandę, zbywając całą ideę jako "ideologię niepodpartą historiografią" albo - powtórzmy te dosadne słowa do upadłego - "durną formę kategoryzacyjnego wulgaryzmu"; z kolei ci "łaskawsi", którzy faktu istnienia tej historii nie negują, sprowadzają ją do roli wspomnianej wyżej mitycznej Atlantydy. Na szczęście w dyskusji pojawili się też ludzie kierujący się zdrowym rozsądkiem. Jeden z użytkowników, popierając moją propozycję uporządkowania kategorii, ujął to wręcz koncertowo: "Ja to odbieram wręcz przeciwnie. To kategoryzowanie Kresów Wschodnich jest nadmiarowe. Osobiście nie widzę powodu do wyróżniania Ziem Odzyskanych, tak samo jak nie widzę powodu, by wyróżniać "Ziemie Pokongresówkowe", czy "Ziemie Po(zachodnio)galicyjskie". Idąc do działki mnie bliższej: w faunie, florze i fundze Polski stanowisko w Międzyzdrojach jest tak samo traktowane, jak w Cisnej, a stanowiska w Grodnie już się do nich nie zaliczają". Piękny, czysty głos rozsądku! Idąc tym tropem, powinniśmy przecież równać w dół: skoro dla Ziem Odzyskanych żadnej siatki nie mamy, to i dla Kresów nie powinno jej być, a już na pewno nie dla fikcyjnego okresu zaborów. Ale spróbujcie to przeforsować na Wikipedii - to przecież absolutnie nierealne! Kresy są bowiem świętością emocjonalną, a Ziemie Odzyskane... no cóż, wciąż pozostają dla wielu "obcym Reichem". Gdyby nagle powstała kategoria dotycząca tych terenów - ściśle ograniczona i obejmująca wyłącznie autentyczny polski kontekst, czyli czasy Piastów, lennictwo w Prusach Książęcych, ogólnie czasy przedrozbiorowe w przypadku pograniczy utraconych w rozbiorach oraz oczywiście okres powojenny - i tak mielibyśmy do czynienia z falą świętego oburzenia! Natychmiast podniósłby się krzyk: "A co tak skromnie? Wielcy łaskawcy! Oddajecie Niemcom to, co na tych ziemiach niemieckie przed 1945 rokiem, a wyciągacie tylko to, co nasze jak rodzynki z ciasta?! Dlaczego nie ma Brandenburgii, której skrawki przecież dzisiaj leżą w Polsce?! Taki Gorzów to niby co?! To przecież historyczna Nowa Marchia - część Brandenburgii! A skoro Gorzów ma być w polskiej kategorii, to dlaczego nie Berlin?! Przecież Berlin to także Brandenburgia! To najlepszy dowód na to, że powinniśmy być konsekwentni: albo bierzemy wszystko, albo nic! Jak bierzemy wszystko, to Brandenburgia powinna być w polskiej kategorii, skoro część leży u nas! A skoro Brandenburgia, to czemu zatrzymywać się na Odrze, a nawet na Łabie?! Jak szaleć, to szaleć - idźmy po bandzie! Co z Nadrenią?! O Ruhrpolen i setkach tysięcy Polaków pracujących w Zagłębiu Ruhry słyszeliście?! Może Zagłębie Ruhry to też była »polska ziemia«?! Usunąć tego bubla z hukiem!".
Po tym wszystkim, co przeszedłem w tej bolesnej dyskusji o bitwach, taka skrajna, absurdalna reakcja wcale by mnie nie zdziwiła. Ale mimo to uważam, że o mądrą i uczciwą siatkę kategorii dla Ziem Odzyskanych po prostu warto, a nawet trzeba powalczyć. Samemu jednak tego nie udźwignę; trzeba będzie poprosić o pomoc rozsądniejszą część społeczności Wikipedii. Kiedy pojawi się kolejny wpis? Tego nie wiem - na pewno nie będę pisać regularnie. Nowy materiał wrzucę dopiero wtedy, gdy poziom absurdu na Wikipedii znów przekroczy wszelkie dopuszczalne normy. Do tematu Ziem Odzyskanych zresztą jeszcze wrócę, bo niedługo wezmę na warsztat kategoryzowanie jako zaborów terenów, które historycznie żadnymi zaborami nigdy nie były. A póki co... chyba naprawdę czas zapisać się na lekcje śpiewu. Może wtedy w końcu odgadnę tę fałszującą melodię moich oponentów.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)