0 obserwujących
62 notki
99k odsłon
1578 odsłon

Od niewinności muzułmanów po niewinność żydów, czyli niepewność

Wykop Skomentuj10

 

Coś niebywałego: zdjęcia, na których zwłoki amerykańskiego ambasadora są wleczone po libijskiej ulicy i poniżone, niczym niespełna rok wcześniej zmaltretowane ciało Muammara Kaddafiego… Jak je wytłumaczyć? Od kiedy wybuchła światowa afera z filmem „Niewinność muzułmanów” mamy do czynienia z prawdziwą plątaniną twierdzeń i dementi, z nagłymi zmianami obrazu i perspektywy, co w sposób nieunikniony doprowadza do ogólnego zakłopotania mediów i różnych czynników rządowych. Spójrzmy na ten zaskakujący zestaw medialnych przemian.

Zmiana numer jeden

Najpierw dowiedzieliśmy, że amerykański ambasador zginął w wyniku ataku demonstrantów na budynki amerykańskiego konsulatu w Benghazi. Wśród manifestantów oburzonych poniżającym dla muzułmanów filmem mieli znaleźć się mężczyźni z ręcznymi wyrzutniami rakiet, co w zasadzie nie powinno dziwić – nawet Polska, jak kilka innych krajów, dostarczała broń libijskim, pobożnym rebeliantom. Był to dar demokracji i teraz Libijczycy – indywidualnie – należą do najbardziej uzbrojonych ludzi na świecie, doganiając nawet Amerykanów.

Kiedy jednak Associated Press i inne agencje poinformowały, że producentem filmu jest Amerykano-Izraelczyk, a jego finasowanie miało pochodzić od anonimowych, izraelskich darczyńców, wizja śmierci ambasadora zmieniła się w ciągu kilku godzin. W Ameryce pojawili się komentatorzy i eksperci, którzy zaczęli tłumaczyć, że śmierć ambasadora nie ma nic wspólnego z filmem, a z demonstracją najwyżej tyle, że zamachowcy wykorzystali owe zamieszki. Ich akcji nie należy więc kojarzyć z kinematografią tylko raczej z datą: 11 września, która jak wiadomo oznacza „Al-Kaidę”. Na tym etapie zresztą niektórzy, zapewne z powodu z skojarzeń wizualnych, sugerowali jeszcze, że sprawcami mogą być jacyś kaddafiści – ostatecznie zwyciężyła jednak teza, że jednak byli to integryści religijni. Wczoraj, po konsultacjach z Amerykanami, tę wersję potwierdził rząd libijski – był to więc wcześniej zaplanowany zamach, paradoksalnie jak najdalszy od tytułu filmu.

Zmiana numer dwa

Kiedy zamachowcy zostali już odcięci od sztuki filmowej, nastąpiła radykalna zmiana w podejściu mediów do pochodzenia producenta filmu, który wywołał jednak sporo zamieszania (poza śmiercią ambasadora). Można tu posłużyć się przykładem naszej Gazety Wyborczej. Kwestia obywatelstwa owego producenta gdzieś znikła, rozpłynęła się – jego osobę powinniśmy kojarzyć raczej z jego wyznaniem: jest on chrześcijaninem (koptem pochodzenia egipskiego). I oto Wyborcza pozornie zdementowała swoje pierwsze informacje dając następnej wytłuszczony i zadziwiająco długi tytuł „To nie amerykański Żyd, lecz egipski chrześcijanin zrobił bulwersujący film o Mahomecie?”. Sam ten znak zapytania świadczy o skołowaceniu dziennikarzy, ich niepewności, ale jest też pewnym zabezpieczeniem.

 

Można się zastanawiać, co Wyborcza rozumie przez „Żyd” w tym kontekście. W każdym razie, skoro sprawa obywatelstwa jakoś znikła, pojawia się delikatny problem narodowości, który ma sugerować wyznanie (ta osoba nie jest żydem), a być może również to, że nie jest Izraelczykiem. Nie wiadomo! Wyborcza właściwie niczego nie dementuje, gdyż jest sporo obywateli Izraela, którzy jednak nie są żydami (i zdarza się nawet, że służą w wojsku, jak druzowie).

Trochę się natrząsam, lecz rozumiem dziwną sytuację mediów – należy odepchnąć całą historię filmu od skojarzeń z Izraelem, gdyż najprawdopodobniej, że nie ma on z tą całą sprawą nic wspólnego, a tym bardziej amerykańscy żydzi.

Wiarygodne dementi

Skąd się wzięły dementi? Agencje prasowe zaczęły reprodukować słowa niejakiego Steve’a Kleina, przedstawionego jako chrześcijanin-ekstremista, który był „konsultantem” filmu. To on powiedział wyraźnie całemu światu, że Izrael nie miał nic wspólnego z produkcją filmu. Swoją drogą to nie było właściwie tak, że np. jakaś agencja zrobiła wywiad z owym „konsultantem”, bo to teraz niełatwe, cytowano po prostu wywiad z Kleinem przeprowadzony przez Jeffreya Goldberga z konserwatywnego magazynu The Atlantic. Może i nie warto o tym wspominać, ale publicysta Goldberg ma akurat podwójne obywatelstwo amerykańsko-izraelskie, służył nawet w Cahalu (jako strażnik więzienny).

Wywiad w The Atlantic był więc rozmową między izraelskim patriotą, zapewne przejętym niesłusznymi podejrzeniami, jakie przypadkowo padły na jego kraj, a chrześcijaninem, który im jasno zaprzecza. Skoro mówimy o wyznaniach, warto zwrócić uwagę, że Klein nie jest koptem, lecz protestantem, ewangelikiem z nutru tzw. chrześcijaństwa syjonistycznego. Ów nurt istnieje właściwie tylko w Ameryce; jego wyznawcy uwierzyli, że istnienie i siła współczesnego Izraela są niezbędne dla ich przyszłego zbawienia (wejścia do Królestwa Niebieskiego). Sami stanowią wielką siłę wyborczą – jest ich ok. 40 milionów i wraz z organizacjami żydowskimi w Stanach mają duży wpływ na politykę Białego Domu. Klein jest klasyfikowany jako „ekstremista” gdyż jest ultra-syjonistą (wierzy w świętość państwa Izrael), podobnie jak słynny podpalacz Koranu, jego kolega, pastor Terry Jones.

Wykop Skomentuj10
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale