Zapośredniczenia
Μολών λαβέ.
4 obserwujących
25 notek
18k odsłon
  272   2

O tym jak to Emmanuel dzieło Immanuela Franciszkowi darował i co z tego wynikło.

Immanuel Kant na chwilę stał się bohaterem kultury masowej w Polsce za sprawą Emmanuela Macrona, Papieża Franciszka i pewnej pieczęci.

     Dość zabawnym zdarzonkiem ostatnich dwu dób był l`orage de merde  związany z prezentem, jaki bawiący w Watykanie prezydent Emmanuel Macron wręczył papieżowi Franciszkowi. Tak, chodzi o esej filozoficzny Kanta Zum ewigen Frieden. Ein philosophischer Entwurf z 1795, a konkretnie jego pierwsze wydanie w języku francuskim pt. Projet de paix perpétuelle, które ukazało się w Królewcu w roku następnym. Książka uchodzi za rarytet. Fajny prezent do papieskiej biblioteki.

     Ale oto na publikowanym zdjęciu tytułowej strony prezentu odkryto rychło pieczęć „Czytelnia Akademicka we Lwowie 784”.           I podniosła się wrzawa pod hasłem: „to nasze, ukradzione na pewno w czasie ostatniej wojny”, „nieładnie”, „wstyd”, „Macron paser” W sprawie wypowiedzieli się urzędnicy resortu spraw zagranicznych, w tym  rzecznik MSZ. Powiedzieli, że będą badać. Że na razie nie będą się wypowiadać, ale że  nie uchodzi. Gromko wtórowali publicyści: Staszek Janecki walnął na Twitterze: „Czytelnia Akademicka we Lwowie powstała w 1867 r., zatem ukradli to dzieło albo Niemcy, albo Ruscy albo któraś z francuskich jednostek Waffen-SS. Tak czy owak gratulacje dla prezydenta Macrona za paserstwo”. Zauważyliście? Wg Janeckiego z faktu, że czytelnia powstała w 1867 r. wynika koniecznie, że  „ukradli to dzieło albo Niemcy, albo Ruscy albo któraś z francuskich jednostek Waffen-SS”. Według jakiegoż-to schematu rozumowania? No i to odkrycie francuskich jednostek Waffen-SS rabujących lwowskie czytelnie… Może to wiadomości od sławnego w swoim czasie informatora Janeckiego płk. Ronalda van der Verve? Nie będę cytował innych głosów, bo szkoda miejsca a przecież i na tutejszym Salonie24 niektórzy PT Korespondenci pryncypialnie dawali upust emocjom snując fantastyczne wizje spisku przeciw Polsce przy pomocy książki Kanta.

     Na szczęście niektórzy zachowali trochę zdrowego rozsądku: Sławomir Dębski z PISM napisał: „Książka mogła być wymieniona przed II wojną światową (jako duplikat) na inną książkę ze zbiorów innej biblioteki. Jednak Niemcy masowo plądrowali polskie biblioteki/archiwa i to pozostaje najbardziej prawdopodobnym pochodzeniem”.

     Sprawa wzbudziła niejakie zdziwienie we Francji. Agence France Presse, zaintrygowana tym naszym wzmożeniem, zrobiła to, od czego powinno się zacząć – znalazła paryskiego antykwariusza, specjalistę od książek dawnych i rzadkich, który sprzedał wolumin Pałacowi Elizejskiemu (za trochę mniej niż cena katalogowa 2,5 tys. euro). Gość nazywa się Patrick Hatchuel, jego antykwariat mieści się przy 58 rue Monge w Paryżu (niedaleko ZOO i ogrodu botanicznego oraz sorbońskiego kampusu M. i P. Curie). Antykwariusz oświadczył: „Historia tego tomu pokazuje, że nie może on pochodzić z grabieży przez nazistów. Nie mam co do tego wątpliwości a będąc wyznania mojżeszowego jestem na to wrażliwy. Pochodzi z biblioteki we Lwowie, jednak tom przestał być częścią jej zbiorów gdzieś w latach 1850-1870, prawdopodobnie został sprzedany. Następnie znalazł się we Francji. Znajdował się w Paryżu około 1900 roku w posiadaniu księgarza o znanej historii, Luciena Bodina, specjalisty od ezoteryki. Świadczy o tym drukowana etykieta. Ostatni posiadacz to prywatny kolekcjoner, który kupił wolumin pół wieku temu. A jego syn mi to sprzedał. Nie ma z tym problemu, wszystko jest weryfikowalne”.

     Naturalnie nie wiadomo, w jaki sposób książka znalazła się w Paryżu w 1900 r. lub wcześniej, ale nie ma powodu by z całą pewnością sądzić, że trafiła tam nielegalnie.

     No i co Panowie publicyści? Vous avez manqué une bonne occasion de se taire?  Czy nie lepiej czasem skorzystać z okazji, żeby siedzieć cicho? Naprawdę mielibyśmy uwierzyć, że nikt przed naszymi dzielnymi Panami Samochodzikami nie zauważył bibliotecznej pieczęci i nie sprawdził pochodzenia książki, tym bardziej, że miała być przedmiotem nie pokątnej transakcji tylko daru Francji dla Papieża? Czy megalomania rodem z dowcipów o Polaku, Niemcu i Ruskim dalej jest cechą niektórych umysłów?
     Dziś zatłitował pan wicepremier Gliński, informując, że „książka I. Kanta ofiarowana przez prezydenta Emmanuela Macrona papieżowi Franciszkowi nie jest polską stratą wojenną. Wbrew twierdzeniom niektórych mediów, @kultura_gov_pl przewidywało, że dzieło to nie jest polską stratą”. Dodał też, że Ministerstwo Kultury dokonało stosownych ustaleń we współpracy z Zakładem Narodowym im. Ossolińskich i stroną francuską. Można? Można.

     Pan Łukasz Kamiński z Zakładu Narodowego im. Ossolińskich  ocenia, że teza o wojennym rabunku jest stawiana na wyrost: „Towarzystwo mogło sprzedawać niektóre książki ze swoich zbiorów, na przykład po to, by móc potem nabywać jakieś nowości wydawnicze, które uważano za bardziej potrzebne. Również Ossolineum posiada stare druki z pieczątką "Czytelnia Akademicka", które trafiły do naszych zbiorów pod koniec XIX w.”.

Lubię to! Skomentuj11 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale