- Facet obiecywał cud: „druga Irlandia”. Takich rzeczy nie obiecuje się po prostu, chyba, że jak się wpadnie w totalną ruinę, to się liczy na cud.
- A ludziska wierzą w takie bzdety… - machnęła ręką zdenerwowana pani, zresztą słusznie, bo pięć godzin w kolejce do dentysty, to naprawdę wyczyn cierpliwości, zwłaszcza, że tak jest za każdym razem, kiedy trzeba tu być.
- A ja winię media. Robią wodę z mózgu i wygrywają wszystko co chcą. I bronią salon warszawski, pełen aromatu dobrej kawy i daleki od zwykłego szaraka.
W kolejce gadanie jest czasem jedyną nadzieją na przetrwanie. Kolejka dotyczy zwykłych ludzi i tu mogą opowiedzieć co w trawie tak naprawdę piszczy.
- W czasach szkolnych korzystałem raz z dentysty w państwowej placówce. Pani wywierciła otwór w zębie i powiedziała, że z braku potrzebnych materiałów dalsze leczenie przeprowadzi w dalszej, nieokreślonej przyszłości. Szybko zrezygnowałem z tzw. bezpłatnego leczenia i prywatnie dokończyłem leczenia.
- Czasy się zmieniły… W 2010 r. chodziłem do dentysty w pobliskim szpitalu - przychodni. Pani stomatolog, nie powiem, bardzo dobrze robiła koło zębów. Potworne były tylko kolejki. Zawsze od 2 do nawet 5 godzin. Zapis na następną wizytę sięgał kilku tygodni. Najbardziej zdziwił mnie fakt, że gdzieś we wrześniu skończyło się refundowanie leczenia. Trzeba było od tej pory płacić za dalsze leczenie.
- A ja w tym roku woziłem kilka razy znajomego ze złamaniem. Najpierw do szpitala. Później okazało się, że lekarz będzie prowadził będzie dalsze leczenie w sąsiednim powiecie. I tak trzeba było od tej pory pokonywać ok. 60km + 60km przez kilka razy. Dlaczego dopłacamy w ten sposób do tzw. „bezpłatnego” leczenia? Czy to jest może ten cud gospodarczy 3 RP?


Komentarze
Pokaż komentarze