- Sorry, Winnetou - rzekł Azjata, który przemierzył prerię opanowaną przez paskudnych Komanczów tylko po to, by stanąć przed wodzem Apaczów Mescalero. - Sorry za spóźnienie.
- Mój azjatycki brat niech spocznie i wypali fajkę - powiedział wódz. - I niech opowie, co tam, panie, w Lechistanie?
- Nic nowego. Wodzowie się kłócą, coś gadają, a potem mówią, że tego nie powiedzieli. Ot, kłamliwe białe twarze - westchnął Azjata. - I nawet szablą ciąć ich nie można, bo mają ochronę, choć mówią, że jej nie mają.
- Uff! Źle się dzieje! Czy zawsze tak było?
Tu Azjata się stropił, bo co miał powiedzieć najsłynniejszemu na Dzikim Zachodzie Indianinowi? Że poseł Siciński zmartwychwstał w osobie byłego posła Leppera? Że Donald Tusk obiecał, obiecał, obiecał, i nic z tego, podobnie jak drzewiej, tylko ze wtedy król po prostu zwiał za granicę? Nic to! Azjata wygrzebał z pamięci lekcje historii pobierane u najlepszych nauczycieli z XVIII LO w Warszawie, i powiedział:
- Wygraliśmy bitwę pod Orszą z Ruskimi.
- Uff! Dzielni są wasi wojownicy! Ale słuchy mnie doszły, że czarownicy waszego plemienia obrazili się na wodza.
- Owszem, bo największy we własnym mniemaniu czarownik, Adam M., chciał dostać order, ale nie taki, jaki chciał mu dać wódz.
- Nic nie rozumiem - pokręcił głową Winnetou. - Czarownik chce być ważniejszy od wodza?!
- Tako rzeczy mają się rzeczy w Lechistanie, wodzu!
Apacz chwilę posiedział, pomyślał, w końcu rzekł:
- Durni czarownicy!
Do czego Azjata sie przyłącza.



Komentarze
Pokaż komentarze