16 obserwujących
67 notek
85k odsłon
  355   1

Segregacja światowa-jak zakupy dzielą, bo mi się należy i co mają do tego ludzie z granicy

Słowo segregacja ma w naszym języku różne znaczenia, jednakże większość z nas słysząc je nie myśli o segregacji śmieci (i kosztach z tym związanych), ale bardziej o podziałach.

Tak się składa, że mnie zawsze wpierw na myśl przychodzi wyrażenie „segregacja rasowa” i obrazki z „postępowego” USA, na którym nawet w środku XX wieku widać było umywalki czy łazienki oddzielnie dla białych i czarnych (nawiasem mówiąc, po tak mocno zarysowanym podziale mamy teraz przegięcie w drugą stronę, i próby totalnego „łączenia” wszystkiego ze wszystkim, co jeden z kabaretów skwitował mniej więcej słowami „jak jest wtyczka i wtyczka, to nic z tego nie będzie”).

Pójdźmy dalej. Segregacja sanitarna kojarzy nam się zapewne z tzw. „certyfikatami” (piszę w cudzysłowu, bo te dokumenty coraz mniej cokolwiek potwierdzają) czy przywilejami dla lepszych i gorszych (tzn. tych ukłutych i nie poddających się temu szaleństwu). Ciekawe, że nie mówimy o segregacji klasowej, ale bardziej podziale klasowym (wynika to chyba z tego, że często nie jest to nam narzucone z góry, tylko sami do tego dążymy, i sami to robimy).

Dzisiaj chciałem zacząć się od zastanowienia nad rodzajami segregacji technologicznej – czy istnieje i czy jest problemem?

Obrazki pokazujące, jak nastolatki wyszydzają inne, bo te nie mają najnowszego iPhona, spowszedniały.

A to:
image
Czy wymóg posiadania konta to segregacja w sytuacji, gdy wiele znanych instytucji czy ludzi komunikuje się wyłącznie przez to medium?

Przejdźmy do naszej ulubionej marki, i jej komputerów przenośnych. MacBooki dostępne są wyłącznie z ekranami szklanymi, które teoretycznie mają powłokę antyrefleksyjną, ale w praktyce potrafią wszystko odbijać (za przeproszeniem) jak cholera.

Takie same komputery ma Samsung, LG i właściwie każda inna marka, ale tam ta drobna różnica jest taka, że można dobrać coś z matem.

Czy w przypadku Apple można więc mówić o zjawisku segregacji zdrowotnej? O jej urządzeniach mówi się, że w filmach podobno może być używane wyłącznie przez bohaterów pozytywnych. Czy można pójść krok dalej i stwierdzić, że wyklucza się też tych z problemami ze wzrokiem i podświadomie wmawia, że wszyscy mają być idealni?

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież jest Mac Mini czy iMac ze specjalną powłoką matową (która kosztuje tyle, że można dostać zawału), albo wreszcie folie, które można nakleić (i teoretycznie mógłbym się zgodzić, a praktyce czy ktoś widział kiedyś duży sprzęt z dobrze naklejoną folią i czy taka folia nie spowodowałaby, że taki laptop rozleciałby się „z uwagi na ciało obce”?). Teoretycznie można powiedzieć, że się czepiam, ale... w świecie, gdzie komputery zaczynają być potrzebne do podstawowych rzeczy, przekleństwem staje się to, gdy musimy z nich korzystać, a odczuwamy problemy zdrowotne z tym związane (coś o tym wiem, i dlatego na telefonach mam zawsze folię matową, np. taką od smart-engineered)

Jeżeli chodzi o problemy zdrowotne, to dochodzą jeszcze sprawy z kręgosłupem albo... małe brzęczące wiatraczki, które niejednego potrafią wpędzić w szał. Ile razy ktoś z was był zły musząc wysłuchiwać jęków cienkiego laptopa albo co gorsze starego mechanicznego dysku? Przyznam się, że słuchanie tonu podobnego jak przy borowaniu zęba zdecydowanie nie pomaga (aż mi się przypomniały te od IBM działające z prędkością 7200), i dobrze, że tu wciąż można mieć wybór.

Na pewno jest też jedna kwestia - kupując coś w sklepie myślimy pewnie, że zostało to wykonane z zachowaniem najwyższych standardów jakości, i zawsze przez maszyny. Łudzimy się tą myślą, albo w ogóle nad tym nie zastanawiamy.

Tak się składa, że od wielu lat w części krajów panuje trend, żeby wszystkie zabawki wymieniać jak najczęściej.

Czy więc istnieje segregacja na tych, którzy produkują lub przyczyniają się do produkcji tych cudeniek, i na tych, którzy z nich korzystają? Nie chcę wskazywać konkretnych krajów, ale filmiki z różnych fabryk krążą nie od dziś. A nie zapominajmy, że są jeszcze kopalnie, w których potrafią być zatrudniane dzieci. I ci, którzy zajmują się „utylizacją” tego w Azji i Afryce (w praktyce jest to walenie młotkiem, i wdychanie oparów z ognisk).

Nasze kina czy książki potrafią pokazywać złych arystokratów czy panów, którzy korzystają z pracy chłopów czy niewolników.

Czy jednak nie byliśmy przez ostatnie lata taką kastą? I czy nie żyliśmy na duży kredyt? Bo jak inaczej nazwać to, że dwudziestolatki dostają kluczyki od BMW za 300 000 i reklamują go ot tak sobie bez niczego?

W tym momencie trochę przypomina mi się historia chłopca z miasta, który pojechał na wieś, i tam na pytanie „a skąd się bierze mleko” odpowiedział ze szczerością i przekonaniem „ze sklepu”.

Świat zaczyna pukać do naszych bram, i upomina się o różne rzeczy. Nie chcę być złym prorokiem, ale to wszystko zaczyna zjadać własny ogon - co z tego, że przesiądziemy się na elektryki, jak w jakichś Chinach czy innym miejscu przy produkcji trzeba będzie wypuścić do atmosfery tony CO2? Metale ciężkie i szlachetne same się nie wydobędą i nie obrobią.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Technologie