Blog
Teksty kanoniczne
Starosta Melsztyński
Starosta Melsztyński Renegat. Z bocznej linii.
79 obserwujących 1142 notki 1217708 odsłon
Starosta Melsztyński, 15 kwietnia 2018 r.

Nowe dowody na zamach

1029 19 1 A A A

Żył kiedyś władca, który posłał brata na śmierć.

W życiu kochał tylko brata i władzę. Tę drugą bardziej.

To oczywiście był tylko wypadek, ale niespokojne sumienie kazało mu szukać winy u innych. Bo gdyby uznał własną winę musiałby się zabić.

Władca nie miał rodziny, nigdy nie zadbał o to by się ożenić, nie miał dzieci, nie miał bliskich. Nie musiał dbać o nikogo. Nie dbał też o gromadzenie majątku ani o pieniądze, wszystko mu kupowano i przynoszono, rano ubierano go i czesano, podawano śniadanie, obiad i kolację, przywoływano co miesiąc fryzjera by go strzygł, miał kapciowego, który dbał o pucowanie butów i wiązanie sznurowadeł, miał nawet podręcznego, który strzepywał łupież z kołnierza jego marynarki. W dzień wymyślał sposoby, by powiększyć swoją władzę, nocami dusiły go samobójcze myśli i rozmowy z nawiedzającym go co noc duchem brata, przed którym się tłumaczył i niezdarnie usprawiedliwiał, żal, smutek i obmyślanie sposobów, by się od nich uwolnić

Duszę wyżarł mu szczur winy, serce wypalił wyrzut sumienia. Jego demony toczyły mu mózg w bezsenne, samotne noce. Kanalię i mordę zdradziecką widział w lustrze za dnia. Jadem nienawiści obdarzył mieszkańców, nieuleczalną chorobą poraził ich umysły.

Państwo, którym rządził, ongiś wesołe, pracowite, stawiane za wzór udało mu się skłócić, napuszczając jednych mieszkańców na drugich.

Pewnego dnia przybyło tam dwu albo czterech oszustów, podali się za specjalistów od wyjaśniania katastrof i zamieniania ich w zamachy, wedle najnowocześniejszych metod najprzedniejszych uniwersytetów i laboratoriów badawczych świata. Powiadali, że ich niezbite dowody miały być niezwykle piękne, ale też miały te cudowną właściwość: były niewidzialne dla każdego, kto nie nadawał się do urzędu albo też był zupełnie głupi. Więcej nawet, ci którzy by im zaprzeczali sami ujawniliby się jako zaprzańcy, mordy zdradzieckie i kanalie.

„To rzeczywiście wspaniałe dowody! — pomyślał władca. — Gdybym je miał, mógłbym się przekonać, którzy ludzie w moim państwie nie nadają się do swoich urzędów; odróżniłbym mądrych od głupich. I wiedziałbym którzy są zdrajcami i mógłbym nakazać ministrowi policji wtrącić ich do więzienia. Tak, te dowody muszą mi przedstawić jak najprędzej”. I dał obu oszustom z góry dużo pieniędzy, aby mogli rozpocząć pracę. Oszuści ustawili stoły, udawali, że pracują, ale nie mieli nic na ekranach prócz migających obrazków. Zażądali od razu najdroższych komputerów i kart płatniczych bez limitu; jedynym ich zajęciem było chodzenie do pobliskiego bankomatu i wypłacanie pieniędzy aż ich brakło w kasie, chowali je do własnej kieszeni i pracowali przy pustych komputerach, i to często do późnej nocy.

„Chciałbym jednak wiedzieć jak postąpiła robota” — pomyślał władca, ale zrobiło się mu nieswojo na myśl, że człowiek głupi albo niezdatny do urzędu, który piastuje, nic nie zobaczy; bał się również, że uznano by go za mordercę brata, którym się czuł, choć nie przyznawał do tego, uspokoił się wprawdzie, że o siebie nie potrzebuje się obawiać, ale postanowił jednak posłać kogoś aby dowiedzieć się jak rzeczy stoją. Wszyscy ludzie w mieście wiedzieli jaką cudowną własność miała mieć ta materia, i wszyscy pragnęli się przekonać, że ich sąsiad jest głupi lub zły.

„Poślę do ekspertów mojego starego, poczciwego ministra — pomyślał cesarz — ten będzie mógł najlepiej ocenić ich pracę, bo ma dużo rozumu i nikt lepiej niż on nie sprawuje swojego urzędu”.

Wezwał przed swoje oblicze Łaszczaka i nakazał mu przyjrzeć się pracy ekspertów. Łaszczak poprawił niesforny lok, opadający mu na czoło i poszedł do sali, gdzie siedzieli dwaj oszuści i pracowali przy pustych komputerach. „Boże drogi — pomyślał Łaszczak i wytrzeszczył oczy — ależ ja nic nie widzę”. Ale głośno nie przyznał się do tego.

Obaj oszuści prosili go, aby łaskawie zbliżył się do nich, i pytali, czyż skaczące po ekranach zygzaki i wydobywające się z nich gwizdy i huki nie są wystarczającym dowodem na zamach, a narysowane na szklanych tablicach zielone, czerwone i żółte strzałki nie tworzą pięknego, barwnego i przekonującego wzoru na działanie bomb. Wskazywali przy tym na migające komputery i biedny, wierny minister otwierał w dalszym ciągu oczy, ale nie mógł nic dostrzec, bo nic tam nie było. „Wielki Boże! — pomyślał. — Czyżbym był głupi? Tego nigdy nie przypuszczałem i nikt nie powinien się o tym dowiedzieć. Czyżbym nie nadawał się do swojego urzędu? Nie, nie mogę nikomu powiedzieć, że nie widziałem dowodów”. — No i co, nic pan nie mówi? — powiedział jeden z tkaczy.

— O, to jest śliczne, bardzo ładne! — powiedział stary minister i patrzał przez okulary. — Co za wzór i jaka moc przekonywania! Tak, powiem władcy, że mi się dowód niezwykle podoba.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Patriotyzm jest ostatnim schronieniem szubrawców. Samuel Johnson

page counter

 

 

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @jacob klawitter  Pustoszenie kościołów to proces, który nie jest we władaniu Kościoła....
  • @jacob klawitter  Wydaje się, że Kościół nie jest intelektualnie przygotowany by zmierzyć...
  • @jacob klawitter  Ale jak to, nie masz wpisane na deklaracji podatkowej?

Tematy w dziale Polityka