69 obserwujących
139 notek
188k odsłon
  1921   0

Dariusz Karłowicz: Skradziona rewolucja

Nowolewicowy kapitalista (już nie oksymoron), biorąc idee na własność, nie zamierza dzielić się ani władzą, ani publicity. Groźny dla idei (bo wybiera tylko to, co wygodne, niszcząc integralność rewolucyjnej doktryny) jest groźny również dla samych środowisk, które traktuje wybitnie instrumentalnie. Wykorzystując wewnętrzne skłócenie i podziały, wybiera poszczególnych ludzi, których obecność w jego otoczeniu tworzy wrażenie oficjalnego poparcia całego ruchu. Gdyby jednak  chodziło tylko o niewdzięczność sprawa byłaby w istocie nieciekawa. Pat w jakim znalazła się nowa lewica ma istotniejsze źródła – jest nim rzecz jasna sukces Palkota – pierwszy istotny sukces polityczny pod sztandarami rewolucji. Palikot owszem okrada lewicę , ale pozwala jej wyjść z politycznych katakumb. Jego sukces polega na tym, że znalazł społeczne zakorzenienie dla postulatów dotąd całkowicie marginalnych  –  przerzucając pomost z mediów, redakcji i galerii wprost do prawdziwej polityki. Tak jakby stworzył (odkrył?) nowolewicowy lud, dzięki czemu dotąd nieomal wyłącznie medialny byt lewicy stał się niespodziewanie szybko bytem politycznym. To zdumiewająca zmiana dla środowisk nowolewicowych amiszów – w istocie nieomal doskonale izolowanych od rzeczywistego świata wspólnych spraw, problemów  i emocji. Elita bez ludu. Oficerowie bez wojska. Silni w telewizyjnym studio czy offowej galerii  okazywali się z gruntu niezdolni do tego by uczestniczyć, a cóż dopiero oddziaływać na to, co wspólne. Niepłaczący po papieżu, niestojący w kolejce do trumny Pana Prezydenta, jak milenarystyczna sekta patrzyli ze wstrętem na świat, który kiedyś – jak wierzą – upadnie.  Władza nad przemienionym światem miała być nagrodą za cierpliwość i ciężką pracę. Odległą nagrodą. 

Czy można się dziwić, że nie cieszyli się specjalnym zainteresowaniem? Wzięcie na neoleninowską retorykę w kraju, w którym komunistyczny autorytaryzm skończył się 20 lat temu nie może być oszałamiające. Lewicowy antykatolicyzm? W ojczyźnie JP2? Na świeżych jeszcze grobach zamordowanych księży? To może lewicowe eksperymenty gospodarcze? Znamy! Dziękujemy! Stuprocentowy podatek spadkowy? Postukajcie się w głowę! Chwileczkę, może kobiety chciałyby jakiejś gruntownej zmiany? Z naszą pozycją w polskiej kulturze i domu! No, może żeby dłużej być z dziećmi. Krócej? Jeśli krócej to do widzenia! To wszystko dobre dla mediów, pewnej części inteligencji, dla garstki młodych, dla elit z silną z peerelowską tożsamością, ale na dużą bazę społeczną nie wystarczy. Na dodatek dramatyczny kontekst doby transformacji sprawiał, że ksero lewica ze swoją na szybko skopiowaną agendą robiła zawsze wrażenie, że się urwała z księżyca. Tu bieda, rozwarstwienie, bezrobocie, państwo nie spełniające swoich podstawowych obowiązków, brutalny liberalizm, dzikie prywatyzacje, uwłaszczenie nomenklatury, rosnące nierówności, a oni o mniejszościach, wychowaniu seksualnym, nacjonalizmie i kulturowych transgresjach. Brak pomysłu i chęci na rzeczywistą społeczną aktywność też nie pomagał. Koncentrując się na problemach mniejszości, problemy większości zostawiano prawicy. Może zresztą i dobrze, bo kiedy - jak w wypadku strajku pielęgniarek – próbowano coś zmienić, to całość wypadała, powiedzmy to wprost,  wyjątkowo niesmacznie – lewicowe panny i kawalerowie bawiące się kosztem zrozpaczonych ludzi. A już żeby być tak do bólu szczerym, to i z kwestią problemów mniejszości sprawa nie nabrała szczególnego impetu. Wystarczy przypomnieć żałosną frekwencję na rozmaitych, pompowanych przez media, tęczowych marszach, czy reprymendę, jaką dostał pewien wybitny krytyk, który wychylił się zapewniając, że w Polsce nigdy nie czuł się ze swoim homoseksualizmem źle traktowany. Postulaty rewolucji obyczajowej w Polsce mają grunt wyjątkowo słaby i nie pomaga im ani intensywna propaganda, ani nawet manipulacja danymi. Na dodatek nowa lewica nigdy nie miała nosa do tego, co wspólne. Bezradna wobec języka zbiorowych emocji, ujawnionych w żałobie po śmieci papieża, mogła przedstawić żałobę po zamknięciu Le Madamme. W przeciwieństwie do swoich znakomitych antenatów z lat 70 nowa lewica okazała się całkowicie głucha na metafizyczny wymiar polskiej kultury. Brak tego, co tamtym dało rozmach i ogromne wpływy, pogłębia dziś wyobcowanie i sekciarski charakter następców.  Po wielkim dialogu, który z katolicyzmem toczył Kuroń, Michnik i Kołakowski kiedy nowa lewica podjęła wreszcie próbę nawiązania kontaktu z tubylcami – wiecie co zrobiła? - przełożyła na polski to, co francuski filozof napisał o świętym Pawle. Czy nie genialne! Brawo!

 Jedyną  poważną grupą, do której można się było zwrócić, był elektorat postkomunistyczny. A tu nowa lewica nie miała albo pomysłu, albo odwagi, albo chęci. W istocie znaczna część publicystycznego zapału głównych harcowników szła na zapewnianie, że nawet jeśli czasem biorą pieniądze od SLD, to przecież nie są jej młodzieżówką (wręcz odwrotnie), że tradycja PZPR-u to nie oni, że PRL to może nie był najgorszy, ale jednak straszny itd., itp., itd. Oczywiście, że spora część zainteresowania jakim nowa lewica cieszy się w środowiskach uniwersyteckich i medialnych bierze się z peerelowskich korzeni obu  tych światów. Czy to nie przyjemnie słyszeć, że pisząc doktorat z Marksa i habilitację z Róży Luksemburg, działając w partii czy w reżimowej prasie, było się po prostu lewicowcem, modernizatorem i awangardą! Jednak to życzliwe zainteresowanie części postkomunistycznych elit nigdy zostało przekute w program adresowany do postkomunistycznego elektoratu. Nowa lewica tej sprawy rozwiązać nie potrafiła - tak jakby czekała, aż rozwiąże ją biologia – kiedy to odnowione (i reedukowane) SLD ze swoimi dużo już mniej kłopotliwymi (estetycznie, historycznie i intelektualnie) elitami i elektoratem stanie się naturalnym przedstawicielem nowej lewicy. Co do mnie sądzę, że nie była to tylko taktyka, ale poczucie smaku i zwykła przyzwoitość.

Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale