0 obserwujących
341 notek
82k odsłony
  303   0

Andrzej Miszk: Najpierw masło, potem morały

Praca –> pieniądze -> wolność

1 maja – Święto Pracy – wydało mi się dobrym dniem na podsumowanie mojej prawie trzyletniej przygody z biznesem, czyli tworzeniem i rozwijaniem Antykwariatu i Księgarni Tezeusza. Tak, jestem człowiekiem pracy, współtworzę świat pracy i ten świat stał się dla mnie ostatnio kluczowym doświadczeniem i wyzwaniem. Pracę zdefiniuję tu prosto: jako metodyczny i codzienny wysiłek, którego zasadniczym, choć nie jedynym celem, jest zdobycie materialnych środków do życia swojego i bliskich. Praca jest zawsze wpierw zarabianiem pieniędzy. Królestwem konieczności. Coraz częściej  niewolnictwem. Dobrze jest, jeśli staje się też istotnym źródłem ludzkiej godności i szacunku społecznego, inspiracją do rozwoju, służbą innym, wymiana darów, budowaniem społeczeństwa obywatelskiego, patriotyzmem, twórczością, radością czy nawet formą modlitwy. Jednak, jak mawiał Bertold Brecht: „Najpierw masło, potem morały!” Te wszystkie dodatki i uwznioślenia stają się możliwe, jeśli dzięki pracy możemy przetrwać: my i osoby, za które jesteśmy odpowiedzialni.

Brak pracy, zwłaszcza długotrwały, normalny człowiek doświadcza jako cierpienie i poniżenie, utratę godności osobistej i szacunku społecznego. Bezrobotny to człowiek społecznie i duchowo chory, a brak pracy w swojej istocie to choroba. Praca to zdrowie. I przekleństwo: „W pocie czoła będziesz zdobywał chleb”. Żeby przetrwać musimy robić coś użytecznego dla innych, by inni chcieli zrobić i dać nam coś, czego potrzebujemy. Tę wymianę wzajemnych pożytków regulujemy poprzez pieniądz. Nie wszyscy są ludźmi pracy. Niektórzy nie muszą pracować, np. ci, którzy żyją z kapitału. Inni nie mogą: głęboko niepełnosprawni, ich opiekuni, matki z wielodzietnych rodzin. (Oczywiście, uważam, że matki i opiekunowie w sensie szerokim też są ludźmi pracy: wykonują codziennie szereg zaplanowanych czynności z konieczności – zwykle powiązanej wprost z miłością – i choć nie dostają za to pieniędzy, jeśli chcieliby powierzyć te czynności „obcym”, musieliby za nie zapłacić).

Osobiście należę do tej grupy ludzi, która – gdyby nie musiała – nie pracowałaby zarobkowo, oddając się aktywności twórczej, bez myślenia, czy ktoś za to zapłaci. Moja twórczość intelektualna i pisarska, rozpoczęta dość późno, nigdy jednak nie stała się sprzedawalna na tyle, aby z niej się utrzymać. Nigdy też chyba nie umiałbym tworzyć, myśląc o pieniądzach, więc ta droga – łącząca niezależność myślenia i zarabianie - była dla mnie zamknięta. Nie jestem też człowiekiem, który szukałby trwałego bezpieczeństwa za cenę bezkrytycznej lojalności wobec jakiejś grupy: kościelnej, partyjnej, akademickiej, biznesowej czy mafijnej.Kilka lat temu zrozumiałem z pełną i gorzką jasnością, że jeśli mam przez resztę swojego życia robić to, co naprawdę chcę i być rzeczywiście niezależny, muszę stworzyć samodzielne i produktywne przedsięwzięcie biznesowe, które stworzy materialną bazę dla moich twórczych i społecznych pasji.  Po trzech latach, mogę powiedzieć, że się udało: zrobiłem biznes, który przetrwał, ma szansę rozwoju i wkrótce umożliwi mi pełną wolność: nie będę już więcej musiał zarabiać na życie codzienną pracą. Rzadki luksus. Upragniony przez wielu, doświadczany przez nielicznych. Nawet jeśli jest to złudzenie, jeśli wszystko może się jeszcze wydarzyć, jeśli nie będzie możliwe, bym stał się całkowicie bezpiecznym „rentierem”, moje życie nie będzie zdominowane przez konieczność zarabiania. Większość swego czasu, uwagi i energii będę mógł poświęcić sprawom „królestwa wolności”.

 

Czy to egoizm?

Moralistów czy ludzi naiwnych może nieco dziwić tak szczerze egoistyczny początek: autor nic nie pisze o dobru publicznym, służbie społeczeństwu, duchowych aspektach biznesowego doświadczenia czy  choćby wartości płynącej z tworzeniu miejsc pracy Tak, to wszystko jest ważne, istnieje po części w moim sercu i namyśle, ale jestem zbyt zmęczony, by ukrywać swój pierwszy motyw: tak ciężko harowałem przez ostatnie trzy lata, by nie musieć pracować zarobkowo przez resztę życia. Tak, chciałem wpierw wyzwolić się z królestwa konieczności, bolesnego i nieraz poniżającego mozołu, by móc otworzyć bramy królestwa wolności i móc robić, co naprawdę chcę i lubię. Zbyt dużo mnie to kosztowało, żebym nie miał odwagi bycia sobą na dobre i złe czy żebym chciał za wszelką cenę tworzyć i wmawiać innym jakiś idealny obraz swojego „ja”.  Nie ma i chyba nigdy nie było we mnie zgody na kondycją człowieka upadłego, trudzącego się w pocie czoła byle tylko przeżyć. Zawsze uważałem, że nasze miejsce jest w raju i że w walce o przetrwanie, jakkolwiek by ją uszlachetniać, zawsze jest coś poniżającego, a nawet upodlającego. Owszem, jeśli przyjmiemy to wyzwanie z całkowitą pokorą i z uznania konieczności uczynimy miarę naszej wolności, to praca zarobkowa może stać się drogą do królestwa wolności, a nawet do Nieba (tak sądziła Simone Weil). Miałem w swoim życiu kilka okresów, gdy tak właśnie przeżywałem swoją pracę, ale albo warunki dla tej pracy były zabezpieczane przez organizację kościelną czy polityczną, albo byłem wówczas w więzieniu, albo były to krótkoterminowe zajęcia.

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale