W Polsce mamy sporo stanowisk / funkcji pochodzących z wyboru. Posłowie, senatorowie, prezydent, prezydenci miast, burmistrzowie, wójtowie itd.
Wybory moim zdaniem są formą kontraktu. Kandydat mówi "głosuj na mnie a ja obiecuję, że zrobię to i tamto". Spośród takich ofert wyborca wybiera tę, która mu najbardziej odpowiada i głosując na tego kandydata niejako mówi "ok, masz mój głos i rób to co obiecałeś".
Kazdy kontrakt to umowa dwu stron. Każda umowa powinna zawierać możliwość jej rozwiązania, jeśli jedna ze stron umowy nie dotrzymuje. Opisywać, w ilu przypadkach po zamknięciu urn wyborczych poseł robił coś zupełnie innego niż obiecywał, to nawet nie warto, tyle znamy przykładów. O takich drobiazgach, jak zmiana barw politycznych w sejmie to już nawet nie warto się rozpisywać.
Prezydenta miasta czy burmistrza można odwołać w trakcie kadencji, jesli wyborcy tak zechcą. Nie jest to proste, ale możliwe, przekonał się o tym Kropiwnicki w Łodzi. Myślę, że po odwołaniu Kropiwnickiego inni prezydenci miast czy burmistrzowie ostrzeżenie zrozumieli.
Polskie prawo stanowi sejm i w polskim prawie posła odwołać nie można. Co więcej, jak się okaże że zdobył mandat nielegalnie (np. fałszując listy poparcia - Beger), to mandatu i tak nie traci. Jak złapią pospolitego złodzieja to pierwsze co robią, to łup zabierają. Ale nie posłowi.
Wynika z tego, że wybory do sejmu to nie żaden kontrakt, to oszustwo a człowiek, który bierze w tym udział, zawiera ten kontrakt choć wie, że nie będzie mógł kontraktu wyegzekwować, jest - delikatnie mówiąc - naiwny.
Uważam, że musi być możliwość odwołania posła w trakcie kadencji. Taką możliwość powinni mieć wyborcy z jego okręgu wyborczego, choćby w drodze referendum.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)