Kroją się „przemarsze” z Ruchu Palikota do SLD i odwrotnie, więc Miller powrócił do tematu „jak ukarać posła zmieniającego barwy klubowe już po wyborach”. Pomysł Millera – niech zwróci pieniądze wydane na kampanię.
Problem przechodzenia czynnego posła, radnego itd. z partii do partii jest w istocie rzeczy tylko elementem bardziej fundamentalnego pytania - „kim jest poseł” (radny odpowiednio, ale dla przeanalizowania przykładu skupiam się na pośle).
Pytanie fundamentalne brzmi – wybieramy partie czy osoby. I chodzi mi o stronę faktyczną a nie o to co jest zapisane w prawie, bo prawo w Polsce jest w większości niewarte nawet minuty uwagi.
Jeśli głosujemy na partie, to logiczną konsekwencją jest, że poseł ma w sejmie głosować tak jak chce partia a nie tak, jak sam prywatnie uważa. Przecież dostał się do sejmu nie dlatego że taki przystojny tylko dlatego, że obiecywał realizować program swojej partii a to nie on decyduje, jaki jest program partii tylko szefostwo partii. W takim przypadku dyscyplina partyjna powinna obowiązywać z automatu. Ale też należy sobie wtedy zadać pytanie „no to po co nam tylu (p)osłów ?” Logicznie rzecz biorąc należy takie wybory traktować jak podział akcji w spółce akcyjnej – np. PO – 30% udziałów, PIS – 25% udziałów, SLD – 15% udziałów itd.. A jak dochodzi do głosowania, to jak w spółce akcyjnej – posiadacz 30% akcji podnosi rękę i ma to wagę 30% głosów a nie jednego. Wtedy sejm w ogóle nie jest potrzebny, tylko z każdej partii po jednej osobie a głos tej osoby waży dokładnie tyle, ile % głosów partia zdobyła w wyborach. To brzmi kuriozalnie, ale chyba jest logiczne.
Jeśli głosujemy na człowieka, to pojawia się problem, kto zapłaci za jego kampanię wyborczą i co będzie chciał w zamian. Czy jakakolwiek partia zechce wypromować kandydata na posła i zgodzi się, że potem taki poseł będzie głosował wbrew interesowi tej partii ?
Wygląda więc na to, że nie da się uniknąć systemu partyjnego. Jednak chcielibyśmy, by posłowie lepiej realizowali nasze, obywateli, interesy. Skoro nie da się uniknąć uzależnienia posła od partii, to pozostaje nam, obywatelom, jedna droga wyegzekwowania od posła tego, co my chcemy – musi istnieć możliwość odwołania posła przez rozczarowanych wyborców w drodze referendum w jego okręgu wyborczym. Wtedy taki poseł będzie „między młotem a kowadłem”, miedzy partią a opinią obywateli. I nie będzie mógł za bardzo przeginać w stronę partii, bo wkurzeni obywatele go odwołają i partia mu nie pomoże. Nie ma też co liczyć na jego zbyt obywatelską postawę, bo jeśli taka postawa będzie ze szkodą dla partii, to partia go ponownie nie wystawi do wyborów. Jednak kompromis między tymi postawami będzie dla nas, ludzi, czymś lepszym od tego, co teraz się dzieje – bo teraz poseł jest nieusuwalny, po zamknięciu urny wyborczej my wyborcy możemy co najwyżej zrobić „cmokadełko pompiaste” (cmoknąć posła w pompę”), Biedroń będzie wniebowzięty a ta/ten Grodzka/Grodzki, to nie wiem.


Komentarze
Pokaż komentarze