Wałęsa odwiedził Jaruzelskiego „jak starego znajomego”.
„Polityka”, „Wybiórcza” i inni rozpływają się w zachwytach. A mnie się rzyga chce.
Historia zna wiele podobnych przykładów, takie zachowanie jest chyba nawet nauczane przez chrześcijaństwo – nieprzyjaciołom wybaczac. I ja nie miałbym nic przeciw temu, gdyby spełniony został jeden ważny warunek – gdyby Jaruzelski okazał żal za swoje zbrodnie. A ma ich na sumieniu dużo, nie tylko Stan Wojenny, był przecież dowódcą wojska i w 1968 gdy w Polsce był Marzec i gdy polskie wojsko najechało Czechosłowację na rozkaz Kremla, był nim w 1970 roku gdy dowodzone przez niego „polskie” wojsko strzelało do Polaków. Nie był szarym człowiekiem także w 1976, w 1980 i dalej. Jako jedyny „polski” generał w 1956 był za pozostaniem Rokossowskiego w Polsce. Był w latach 60-tych głównym politrukiem w armii. W 1975 roku kazał zestrzelic awionetkę, którą człowiek chciał się dostac na Zachód, dziś uznajemy prawo do wyjazdu jako oczywiste.
Pamiętam, ze stanu wojennego kasety z nagraniami felietonów Stefana Bratkowskiego. Na jednej z kaset Bratkowski odniósł się do głoszonej przez WRON „chęci dialogu”, stwierdził wtedy Bratkowski, że „podstawowym i niezbywalnym warunkiem jakichkolwiek rozmów jest zwolnienie jeńców, czyli internowanych i aresztowanych”. I miał rację. Dla mnie podstawowym warunkiem wybaczenia zbrodniarzowi jest jego żal za swoje zbrodnie, bez tego nie może by mowy o wybaczeniu. A ta szmata Wałęsa podaje mu rękę, czym – moim zdaniem – symbolicznie napluł na groby ofiar Jaruzelskiego. Wychodzi na to, że to PZPR był organizacją patriotyczną a „Solidarnośc” była zła. Kompletne pomieszanie pojęc.
Trudne czasy mamy, bezrobocie, drożyzna, brak nadziei itd., ale przede wszystkim są to parszywe czasy.


Komentarze
Pokaż komentarze