Dziś w Warszawie był alarm bombowy w metrze. Pasażerów wyprowadzono, pociągi nie zatrzymywały się – standard. Nic nie znaleziono.
Wieczorem złapano „żartownisia”. Jak sięgam pamięcią wstecz – w prawie wszystkich takich przypadkach, gdy ktoś dzwoni i zgłasza bombę, zostaje namierzony jeszce tego samego dnia. Trochę takich zgłoszeń było w ostatnich latach, więc nie wierzę, by byli to sami idioci dzwoniący z własnych komórek. W każdym razie ja bym kupił kartę do automatu i zadzwonił z pierwszej budki, potem kartę bym spalił.
Zastanawia mnie zadziwiająca sprawność Policji – kilka godzin i mają gościa. Nie wierzę, by byli to sami recydywiści, żeby to był efekt „pracy operacyjnej”, mam inne wyjaśnienie.
Moim zdaniem operatorzy nagrywają WSZYSTKIE nasze rozmowy. Co jakiś czas (co tydzień ? co miesiąc ?) mają obowiązek przekazać je służbom specjalnym a one dokonują analizy głosu i wynik tej analizy zapisują w specjalnej, tajnej bazie danych, wybrane rozmowy (a może wszystkie) też zapisują w bazie. Gdy pojawia się taki „żartowniś”, nawet dzwoniący z budki – wystarczy kilka godzin, by zrobić analizę nagrania i znaleźć w bazie analizę jego wcześniejszego nagrania – a z tym wcześniejszym nagraniem w bazie są przecież dane personalne. Wystarczy kilka godzin.
Myślę, że nie tylko ja tak uważam, dziennikarze, z natury swojego zawodu będący bliżej służb i będący sami podsłuchiwani – wiedzą o tym. Ale żaden nie odważy się o tym napisać, nie dziwię się, w Polsce grasuje „seryjny samobójca” (sprawa Olewnika, gen. Petelicki, Lepper, ostatnio technik ze Smoleńska – lista jest długa).
Napisałem wyżej że „prawie wszystkie przypadki zostały wykryte”. Prawie, bo pamiętam jeden nie wykryty do dziś. Kilka lat temu premier Tusk miał zeznawać w sądzie jako świadek, w sprawie faceta, który Lepperowi przekazał informację o talibach w Klewkach. Dziennikarze oczywiście czekali z mikrofonami i nagrywarkami. Niestety, ktoś zadzwonił do sądu że jest bomba – ludzi usunięto, ale premier jednak w sądzie był i zeznawał, tyle że bez dziennikarzy. Sprawcy alarmu do dziś nie wykryto, no taki dziwny zbieg okoliczności. Smaczku temu przypadkowi dodaje to, że – o ile dobrze pamiętam – ten od Talibów wytoczył proces cywilny o odszkodowanie za zagrożenie życia ! No bo skoro był alarm bombowy, to czemu go nie ratowano ? Czemu go nie ewakuowano jak innych ? Premier był tam z własnej woli, ale on nie. Swoją drogą, to ochrona premiera powinna beknąć za wpuszczenie szefa do sądu tamtego dnia – no chyba że chłopaki WIEDZIELI, że bomby nie ma, ale ja w jasnowidztwo nie wierzę …


Komentarze
Pokaż komentarze