Obecna awantura pomiędzy "sytymi misiami" które właśnie tracą władzę a kandydatami na nowych "sytych misiów" (każda władza deprawuje) ma swoją praprzyczynę - moim zdaniem - w obowiązywaniu jednej zasady w polityce - zwycięzca bierze wszystko.
Dla uproszczenia rozumowania przyjmijmy, że w Polsce są tylko partie A i B. W wyborach partia A zdobywa 51% głosów a partia B 49%.
Jaki jest efekt ? Partia A zagarnia 100%. Partia B i jej wyborcy (a jest ich nie kilku oszołomów tylko miliony) z dnia na dzień stają się pariasami we własnym kraju. Ich zdanie, wola, poglądy zupełnie się nie liczą, większość, jak zechce, może przegłosować nawet ich rozstrzelanie i nie da się zaprzeczyć, że zostanie to uchwalone zgodnie z fundamentalną zasadą demokracji - większość ma rację. Jedynym "czynnikiem", który nie uznaje tej zasady jest religia - Bóg wyraził pewne prawa takie jak dekalog i nie ma znaczenia, czy większość się z nimi zgadza czy nie, religia nakazuje ich przestrzeganie. Z tego powodu na miejscu wojujących ateistów zastanowiłbym się, czy rzeczywiście chcą żyć w państwie pozbawionym religii i kościoła.
Jedyny - choć nierealny - sposób zakończenia tej walki "na śmierć i życie" (w czasach stalinowskich rzeczywiście przegrywający tracił wszystko, bo dostawał kulkę w tył głowy), to odrzucić zasadę "zwycięzca bierze wszystko". Bo wynik tych hipotetycznych wyborów powinien być zinterpretowany inaczej:
"A ma poparcie 51%, więc program rządu w 51% będzie programem A, zaś w 49% programem B". Ale to takie sobie mrzonki ...


Komentarze
Pokaż komentarze (3)