La Grande bouffe
„Czasem rozsypuje się dekoracja. Poranne wstawanie, tramwaj, cztery godziny w biurze albo fabryce, posiłek, tramwaj, cztery godziny pracy, sen i poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek i sobota w tym samym rytmie; najczęściej tą drogą idzie się łatwo. Tylko, że pewnego dnia pojawia się „dlaczego” i wszystko rozpoczyna się w znużeniu zabarwionym zdziwieniem”.
Albert Camus, Eseje
Według zapowiedzi wielu polityków, przedstawicieli nauk humanistycznych i przyrodniczych (naukowców, których niejednokrotnie można nazwać pseudonaukowcami), mędrców (przy tego typu spekulacjach nigdy ich nie brakuje i mnożą się w zabójczym tempie), według specjalistów od ekonomii, jak i w opinii „przeciętnych zjadaczy chleba”, którzy również ulegają presji odstraszania, rok 2012 miał być czasem wielkich, nadchodzących negatywnych zmian. Czasem nadejścia Armagedonu, Apokalipsy, Końca Świata, czy jak kto woli Zagłady Ludzkości w wymiarze ostatecznym i nieodwracalnym. Wybuchnąć miały globalne, ogólnoświatowe, gwałtowne protesty „buntu mas” podsycane krwią spływającą po ulicach i chodnikach oraz pieniędzmi odpływającymi z konto bankowych. Dojść miało również do całkowitej degradacji środowiska naturalnego. Nie mniejszą trwogę budziły zapowiedzi wybuchu trzeciej (być może jeszcze się tego doczekamy, wszak dopiero wrzesień 2012 roku, obym jednak był złym prorokiem), tym razem nukrealno-biologicznej Wojny Światowej, którą metaforycznie przedstawia się za pomocą obrazu Antychrysta XXI wieku wciskającego guzik mający uruchomić wyrzutnie dalekosiężnych rakiet. Oto symbol ery ponowoczesnej! Jeśliby wierzyć zaś na słowo tej propagandzie strachu, wiele zapowiedzi niesie ze sobą realne zagrożenie, o jakim pisał w Apokalipsie Święty Jan:
I ujrzałem,
Oto koń trupio blady,
A imię siedzącego na nim Śmierć.
I Otchłań mu towarzyszyła,
I dano im władzę nad czwartą częścią ziemi,
Aby miecz i głód, i dzikie zwierzęta zabijały ludzi
(Apokalipsa Jana, 6, 8-7,1).
Obserwując rzeczywistość społeczną, niewątpliwie można dojść do wniosku, iż oto mamy do czynienia z nadchodzącym z wielkim impetem zderzeniem cywilizacji: huntingtonowskim zderzeniem kulturowym, religijnym, obyczajowym, ideowym, ekonomicznym, gospodarczym i seksualnym. Dotychczasowe systemy wartości, formy sprawowania władzy, obyczaje czy nawet rodzaje i sposoby wykonywanej pracy, jeżeli nie ulegają całkowitemu rozkładowi, to z całą pewnością przechodzą przez procesy nieokiełznanych transformacji. Rozpadowi ulega również tradycyjny – w moim przekonaniu wcale nie zacofany, a wręcz właściwy - model Rodziny, zastępowany coraz częściej przez związki homoseksualne lub różnego rodzaju imitacje małżeństw, które opierają się na perwersyjnych żądzach i upodobaniach do różnorodnych zboczeń seksualnych. Oczywiście nie mam na myśli rozpadu patriarchalizmu, o którym pisał Manuel Castels, nie mniej jednak z jego definicją również się zgadzam, bynajmniej w kwestii przemian, jakie na tym polu zaszły: „Kryzysem rodziny patriarchalnej nazywam osłabienie modelu rodziny opartej na stałym sprawowaniu nad nią dominacji [władzy] przez dorosłego mężczyznę, będącego głową rodziny. Wskaźniki takiego kryzysu można znaleźć w większości społeczeństw, zwłaszcza w krajach najbardziej rozwiniętych”[1]. Należy również zwrócić uwagę na fakt, że powszechniejszą, globalną – wydaje mi się, że nader prostą do przyjęcia z braku obowiązujących w niej wymagań czy rygorystycznych zasad - nową religią, staje się ateizm. Jego wyznawcy dumnie niosą sztandary pseudoracjonalizmu, na których grubymi nićmi szyte jest ich naczelne hasło: aborcja, eutanazja, konsumpcjonizm, szybki seks. Nie małą popularnością cieszy się również kult inżynierii genetycznej, a w siłę rosną ruchy feministyczne. Wszystko na rzecz rzekomo rozumowego podejścia do sprawy, co nie napawa optymizmem nie tylko mnie, ale i Sorena Kierkegaarda, bo gdyby żył, jego słowa wciąż byłyby aktualne: „Szaleństwem naszych czasów jest panoszący się duch obiektywności, który chce zapanować nad wszystkimi sferami ludzkiego istnienia. Podstawowy kłopot ze współczesnymi nam czasami polega na tym, że czynią one wszystko obiektywnym”[2]. Wydaje mi się, że nie sposób przezwyciężyć ten stan, ponieważ, jak w większości środowisk bywa „niewątpliwie jest bezpieczniej i wygodniej przyłączyć się do tradycji [tendencji], robić jak inni, wierzyć, mówić, myśleć, jak inni oraz ograniczać się w swych dążeniach do partykularnych interesów”[3].
Moim natomiast celem jest jedynie próba mówienia Prawdy. Oczywiście opieram się na subiektywnym punkcie widzenia, co oprócz tego, że upoważnia mnie to do swobodnego wyrażania własnych poglądów, równocześnie zobowiązuje mnie do wzięcia na siebie pełnej odpowiedzialności za każde wypowiedziane słowo. Wracając jednak do lęku przed „fukuyamowskim końcem człowieka” (kult inżynierii genetycznej), śmiem twierdzić – a jestem jak mało kto pesymistą -, że nie wszyscy są zmartwieni tym stanem rzeczy oraz przepowiedniami dotyczącymi ostatecznej zagłady świata, do której dojść miało w 2012 roku.
Otóż jadąc niedawno autobusem miejskim, widziałem taką oto scenę: dwóch otyłych nastolatków (w dodatku abnegatów) siedząc na miejscach znajdujących się z tyłu wypełnionego po brzegi przez innych współpasażerów pojazdu, objadało się (prawdopodobnie zakupionymi w jednej z tych przy dworcowych budek prowadzonych przez podrabianych Turków – symulakr) kebabami w grubym cieście, po których ściekały sosy brudząc nie tylko ubrania tychże konsumentów, ale i podłogę oraz siedzenia. Rozbawieni „aktorzy” w dodatku od czasu do czasu (była to interesująca forma antraktu) zalewając to „niebo w gębie” colą light (cóż za nieznośna lekkość bytu), wydawali z siebie dwuznaczne dźwięki, na odgłos których widownia tego „teatru” czuła się delikatnie rzecz ujmując, nieco zniesmaczona. Wyrwany w tamtym momencie z wewnętrznych deliberacji, przerwałem myślowy dialog prowadzony z Mircea Eliade na temat Indii i powróciłem do Katowic, do tego autobusu, przypomniawszy sobie momentalnie o francusko-włoskim filmie wyreżyserowanym przez Marco Fermiego, a pokazanym po raz pierwszy szerokiemu gronu 17 maja 1973 roku.
La Grande bouffe! Wielkie żarcie!Na początku lat 70-tych film ten wywoływał wśród publiczności nie mniejszy szok, jakiego doznali jadący tym samym, co ja autobusem, ludzie. I to nie tylko dlatego, że reżyser z celową, wyszukaną, precyzyjną, perwersyjną skrupulatnością sfilmował okoliczności towarzyszące śmierci z powodu „obżarstwa”, a raczej z powodu „przeżarcia” takie jak biegunki, wymioty i gazy. Również nie z powodu tego, że twórca śmiało poczynał sobie przy realizacji scen erotycznych, ocierając się w opinii wielu krytyków o pornografię. Prowokacyjna, kontrowersyjna, budząca zdziwienie, szok i niepewność, była sama idea filmu. Oglądając bowiem ten dramat, widz nie otrzyma bezpośredniej odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego czterech, wydawałoby się, że dobrze prosperujących mężczyzn pragnie odebrać sobie życie?”. Motywy bohaterów do samego bowiem końca pozostają nieujawnione. Film niesie ponadczasowe treści i myślę, że można w tym odrażającym, jednakże i fascynującym obrazie dostrzec metaforę kondycji moralnej Zachodu. Veblenowska klasa próżniacza pogrąża się w szale niepohamowanego hedonizmu, który prowadzi – nie tak, jak we filmie – do cielesnej, lecz do duchowej śmierci:„Są ludzie, których świątynie konsumpcji rozczarowały pomimo całej swej spektakularności, blichtru i atmosfery wspaniałej zabawy. O większości spośród mających dostęp do świątyń konsumpcji i mogących sobie pozwolić na kupowanie tego, co one oferują, można powiedzieć, że zostali przez nie oczarowani. Są też tacy, którzy-choć mają i pieniądze, i dostęp - doszli do wniosku, często na podstawie wcześniejszych doświadczeń, że to, co środki konsumpcji proponują, nie daje poczucia sensu ani szczęścia, a w każdym razie nie tyle, ile wydają się zapowiadać”[4].
La Grande bouffe! Oto obraz wewnętrznej zagłady ponowoczesnego społeczeństwa. Oto wielkie żarcie zbierające żniwa. Oto śmierć z rozpasania, bowiem „znajdujemy się w punkcie, w którym konsumpcja opanowuje i pochłania całe życie, wszelkie działania łączą się ze sobą w trybie kombinatorycznym, kolejność satysfakcji ustalona jest już z góry, godzina po godzinie, „środowisko” i „atmosfera” mają charakter totalny, są całkowicie klimatyzowane, w pełni zorganizowane i skulturalizowane”.



Komentarze
Pokaż komentarze