0 obserwujących
4 notki
5777 odsłon
  1370   0

Dobry Polak, to uniżony Polak

Po wyniku czerwcowego referendum, które wykazało, że Wielka Brytania nie jest już tak gościnną i otwartą krainą jak niegdyś, niektórzy jej obywatele najwyraźniej uznali, że mają już oficjalne przyzwolenie na okazywanie swych prawdziwych uczuć wobec imigrantów. Natychmiast wzrosła fala nienawiści wobec przybyszy ze wschodnich krajów Europy, ale nie tylko — bo dostało się również kolorowym a nawet muzułmanom, tak dla profilaktyki. Obecnie jednak, parę miesięcy po referendum, fala ta zdążyła już opaść a wskaźnik „hate crime" wydaje się powracać do swojego „normalnego" poziomu.

Wielu mieszkających na Wyspach Polaków doznało z tego powodu silnych i przewlekłych objawów traumy, którą bardziej niż owe akty nienawiści, wydaje się wywoływać część polonijnych pseudo-mediów.

Popularne polskie portale skierowane do Polonii w UK, już na wiele miesięcy przed referendum wieszczyły tragedię jaka spotka rodaków, gdy Wielka Brytania opuści UE. Potem, gdy wzrosła fala nienawiści, wywołały wśród Polaków tak wielką psychozę, że niektórzy boją się używać języka polskiego nawet stojąc w kolejce przy kasie w Lidlu (oprócz Netto chyba najtańszym supermarkecie na Wyspach), gdzie zdecydowana większość klientów to również imigranci.

Krzykliwe i sensacyjne tytuły zamieszczane w owych internetowych brukowcach, okazały się widocznie być skutecznym chwytem marketingowym, przyciągającym nowe rzesze czytelników, żerując tym samym na bojaźliwości i naiwności wystraszonych Polaków. Pisząc o tragedii, masakrze i wszelkiego rodzaju grozie wynikającej z nowej sytuacji Polaków, stają się dla prostego — słabo, lub w ogóle nieznającego tubylczego języka- polonijnego ludu, wyznacznikiem do oceny bieżącej sytuacji. Ale to nic.

Można również zauważyć, że nawet ci, którzy znają angielski na tyle, by się wypowiadać na łamach brytyjskich mediów, swoje wywody zaczynają od jakiegoś, dziwnie pokornego tonu, jakby przepraszali, że w ogóle ośmielili się zamieszkać w Wielkie Brytanii.

Skąd ta uniżoność? Czyżby polscy emigranci zapomnieli już, że przyjechali do Wielkiej Brytanii, ponieważ brytyjski rynek pracy potrzebował pracowników? Nie pamiętają już, jak to po wejściu kolejnych państw w struktury UE w 2004 roku, rząd Tony Blaira przychylnie wypowiadał się na temat otwarcia brytyjskiego rynku pracy na obywateli nowych państw członkowskich? A to, że nie zdecydował się wówczas na wprowadzenie ani okresów przejściowych, ani nawet dodatkowych restrykcji dla obcokrajowców zamierzających podjąć pracę na Wyspach, też nie ma znaczenia? Przecież mógł wprowadzić — tak jak zrobiły to np. Niemcy.

Ktoś powie, no ok, ale to było ponad 10 lat temu, teraz mamy zupełnie inne realia. Niezupełnie.

Jak wynika z oficjalnych danych, Wielka Brytania wciąż potrzebuje regularnego napływu pracowników z zagranicy. Otwarcie przyznał to w 2015 roku Kanclerz Skarbu George Osborne, przecząc tym samym populistycznej polityce rządu Davida Camerona, który osobiście, własną facjatą i w pełni świadomie, okłamywał swoich obywateli, zapowiadając, że ograniczy imigrację. Osborne stwierdził, że w ciągu najbliższych lat, Wielka Brytania będzie musiała utrzymać dotychczasowy poziom migracji netto, by osiągnąć planowaną nadwyżkę budżetową bez konieczności kolejnych cięć wydatków lub podwyżki podatków. Jednakże miał zapewne na myśli pracujących imigrantów, a tych otumanieni Brytyjczycy najchętniej widzieliby co najmniej po drugiej stronie kanału La Manche.

Niemniej jednak, Polacy wydają się nie mieć świadomości tych faktów a pobyt w Wielkiej Brytanii wywołuje wśród wielu z nich niepotrzebne poczucie winy. Być może też, jest to nie tyle poczucie winy co zwykły konformizm. Wszak wyrażanie swojej opinii możliwie najdłuższą drogą, za pomocą krętych wywodów i politycznie poprawnych frazesów, tak by nie wysunąć się poza obowiązującą etykietę i przypadkiem nikogo nie urazić, jest już domeną nie tylko brytyjskiego sposobu wypowiadania się, ale i standardem europejskiej „nowomowy". Ciężko zatem jednoznacznie stwierdzić, czy ta uniżoność wynika z pozornej grzeczności, czy może raczej z typowego dla Polaków kompleksu niższości.

Wypada zatem nieco przypomnieć, jak wyglądały brytyjskie realia z okresu przed tą, rzekomo szkodliwą i pasożytniczą imigracją ze Wschodniej Europy. Oczywistym jest, że zwykłego, brytyjskiego czytacza „The Sun" (czy innego brukowca przeznaczonego dla proletariatu), ciężko przekonać argumentami, które obnażają prawdziwe przyczyny tej rzekomej „brytyjskiej niedoli", szczególnie, gdy urazimy jego dumę, sugerując, że to właśnie jego rodacy są w dużej mierze sami sobie winni.

Każdy Polak zamieszkujący Wyspy na swój sposób rozumie, w jaki sposób Brytyjczycy zawinili: degeneracja ostatniego pokolenia przejawiająca się m.in. bezrobociem z wyboru; erozja norm społecznych; uzależnienie się proletariatu od świadczeń i zasiłków socjalnych, które w latach 90 tych osiągnęły swe apogeum oraz przekonanie, że „ to jest mój kraj i mogę robić to, na co mam ochotę" odbiło się na brytyjskim rynku pracy na tyle mocno, że tamtejsze agencje pracy zachłannym wzrokiem zerkały na każdego przybywającego imigranta. Rząd partii Pracy, wprawdzie robił co mógł, próbując w sposób subtelny, tak by nie urazić rozleniwionych i roszczeniowych wyborców, aktywizować do pracy więcej Brytyjczyków w wieku produkcyjnym za pomocą nowych ustaw socjalnych, w tym ustawą o płacy minimalnej, lecz działania te okazały się skuteczne tylko do pewnego stopnia. Nieustannie rosnący i potrzebujący coraz więcej pracowników przemysł tylko pogłębiał deficyt w zatrudnieniu, mimo że poziom bezrobocia oscylował w granicach 5 proc.

Lubię to! Skomentuj12 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale