Aleksander Kwasniewski i Donald Tusk straszliwie cierpia na syndrom politycznego odrzucenia. Pierwszy z nich pomimo hucznych zapowiedzi nie dostal zadnego ochlapu (w postaci lukratywnego stolka) od zagranicznych przyjaciol a drugi wciaz cierpi przez nieodpowiedzialny ludek, ktory nie dojrzal do demokracji (jak mawial pewien mocno juz wyswiechtany autorytet moralny) i wbrew logice i zdrowemu rozsadkowi nie wybral go na prezydenta. Przybywanie na politycznej bocznicy jest dla nich na tyle bolesne i nieznosne, ze idac tropem gwiazd ekranu, goraco pragna aby o nich wciaz mowiono w mediach. Nie wazne jak, wazne aby byli obecni na pierwszych stronach gazet i na ustach potencjalnych wyborcow.
Niestety maja bardzo ograniczony zasob srodkow zwracania na siebie uwagi. Kwasniewski potrafi sie publicznie upic lub opluwac „swoj“ kraj poza jego granicami. Tusk, jako stary, doswiadczony spiskowiec, nieustannie knuje intrygi przeciw znienawidzonym Kaczynskim oraz bez litosci tepi wszelkie oznaki pretensji do tronu w lonie wlasnej partii (vide Rokita).
Ta wspolnota zawiedzionych nadziei i niespelnionych marzen dwoch przywodcow programowo tozsamych politycznych nowotworow moze sprawic, ze w przypadku porazki PiSa i LiSa (bo te potrafia sie dogadac „ponad podzialami“) czekaja nas POLiDowania godne rzady koalicji zawartej w imie „porozumienia bez barier“.



Komentarze
Pokaż komentarze (7)