O „polityce miłości” (jak? zwał? – taaak: zwał!) zapisano już kilometry ściętych drzewek (choć w epoce miłowania celuloza ponoć jest syntetyczna). O miłości do wszystkiego i wszystkich (prócz niektórych, rzecz jasna) wypowiadał się w Polsce niejeden mąż stanu i niejedna żona jego wraz z rasowym i nawet nierasowym zwierzem (czy lis, na ten przykład, może być lisem rasowym?). Mediewiści, pardon – medioznawcy programowi bezustannie tłumaczą bieżące pozycje w rankingach i nawet rozrysowują co bardziej pikantne położenia tych, co pokładają się bądź na osi rzędnych, bądź osi odciętych (rzędni są milsi – mają spiłowane paznokcie i nie robią min; odcięci, to z natury ci, którym darowano, a więc winni być wszak wdzięczni – mają brudne uszy oraz robią miny). Dziennikarze co rano biorą prysznic, otrząsają grzywy i siadają do tłumaczenia na czym owa miłość czyniących rzeczoną miłość polega. A polega ona w najróżniejszych miejscach i w przeróżnych pozach, bo to, jak mawiają, urozmaica, dopełnia pożycie (samo życie zaledwie polega, ewentualnie zalega, najczęściej dolega). Sondaże kształtują się tak, że miłość permanentnie góruje; na dole jest odwrotność miłości – prostacka niemiłość, która już ledwie ledwie dycha, bo miłość jest potężna, miłość to co najmniej cztery dychy plus procenty vatu. To dobrze, mawiamy, miłość ma zwyciężać i zwycięża upragniona Civitas amoris: cieszymy się w pracy, po pracy, w tramwaju, po tramwaju, a nawet przez las oraz na piechotę. Liście nam zakwitają iście promieniście, chociaż nigdy liście nam nie zakwitały nawet oczywiście. Krawaty nam pachną, pepegi nam pachną, kombinat nam pachnie, Niesiołowski pachnie, Ph w ustach rośnie, Donald w ustach rośnie*, co tam gadać dłużej: Serce, serce roście!
W piątek miałem telefoniczną sondażową rozmowę międzystrefową:
– Czy Donalda pan kocha?
– Nie kocham Donalda, rzec mógłbym raczej, że nie nienawidzę.
– Zaznaczam w rubryce: nawidzi. Przepraszam.
– Proszę.
– Dziękuję.
W sobotę miałem telefoniczną międzyrodzinną rozmowę strefową:
– Powiedz mi, czemu ty tego Donalda tak bardzo nie cierpisz?
– Ależ, szwagrze drogi, ja Donalda cierpię.
– Przepaszam.
– Proszę.
– Dziękuję.
To naprawdę nic nie kosztuje.
* http://www.dziennik.pl/polityka/article289007/Tak_slodkiego_Tuska_jeszcze_nie_bylo.html


Komentarze
Pokaż komentarze (2)