Podobno wszyscy kiedyś wyszliśmy z wody, lecz Donald zrobił to najbardziej (widziałem w telewizorze). Choć minę miał nietęgą, to ust jego kąciki unosić się próbowały nawykłe do uśmiechu (tak mi się zdawało). Jął Donald wzrokiem wodzić (o ironio!) i winnego zaniechaniom poszukiwać prędko. Donald był wyprostowany, a błysk w jego oczach oraz usta mówiły, że wszystko jest już dobrze, że pieniądze będą dla tych, którzy wciąż tkwią w wodzie. Będzie pomoc i wreszcie wałów kilometry wzniesiemy wspólną pracą. Nie będą już przeciekać, nie pozwolimy na to, a gdyby nawet przeciec miały, to jeszcze raz znajdziemy tego, który to spartolił. Osądzimy przykładowo, pomożemy maluczkim, dobrze będzie, nawet bardzo dobrze, wyprostujemy nasze ścieżki, szlam z butów zmyjemy, pobielimy groby. By żyło się lepiej wszystkim.
Coś jednak było nie tak, odniosłem wrażenie, lecz nie mam pewności co tym czymś być mogło. Wiem natomiast, że na miejscu Donalda nie byłbym takim huraoptymistą, prędzej stawiałbym na refleksję, a na pewno wspomniałbym święte słowa Halamy Grzegorza: „Zaraz po wyjściu z wody nie ma co szpanować. Wiadomo – woda jest zimna i siusiaczek się kurczy”.


Komentarze
Pokaż komentarze