Przypomniałem sobie dzisiaj własną notatkę z 21 lipca tego roku, w której "chwaliłem" się, że wiem kiedy PiS może wygrać wybory. Wydawało mi się wówczas, że wygra wtedy, kiedy nastanie moda na patiotyzm i wartości narodowe. Rzeczywiście nadal tak uważam, ale nie jestem już taki pewny czy to jest najbardziej prawdopodobna droga do zwycięstwa partii J. Kaczyńskiego. Za chwilkę powrócę do tego wątku, jednak najpierw o tym o czym dzisiaj wszyscy piszą.
Dzisiejsza masakra w Łodzi to wydarzenie o tyle klarowne, że w przeciwieństwie do tzw. katastrofy smoleńskiej nie musimy czekać z oceną do zakończenia śledztwa prowadzonego oczywiście przez kompetentne, uczciwe i wiarygodne służby specjalne naszego zacnego wschodniego sąsiada.
Dzisiajesza masakra w Łodzi to mord polityczny. Można to powiedzieć bez wątpliwości. W przypadku wydarzeń z 10 kwietnia będą potrzebne długie lata, nadludzkie wysiłki i konsekwencja w działanich, aby móc sobie odpowiedzieć na pytanie czy pod Smoleńskiem również dokonano mordu politycznego czy była to zwyczajna katastrofa wywołana wskutek nieszczęsliwych koincydencji. Powtarzam, potrzeba będzie niebywałego trudu aby mieć pewność, znać prawdę i zamknąc tę sprawę.
Dzisiejsza masakra w Łodzi to kolejne nieszczęsliwe wydarzenie, które niestety w żadnym razie nie skłania wyborców partii miłości do otwarcia oczu. Ich oczy pozostają szeroko zamknięte. Tak jak pozostają szeroko zamknięte za każdym razem kiedy stan państwa polskiego pokazuje swoje realne oblicze. Wszak są oni przekonani i każdorazowo utwierdzani w tym przekonaniu, że Polska zdaje egzamin, że wszystko jest w porządku, że należy zachować spokój (czytaj: obojętność).
Tak i będzie w przypadku dzisiejszych wydarzeń w Łodzi. Tak naprawdę ta tragedia nie przyniesie żadnych głębszych refleksji, gestów pojednania czy wzrostu nadziei na pozytywną zmianę. Skoro hekatomba smoleńska nic nie zmieniła to zabicie "jakiegoś" tam szeregowego kaczysty ma zmienić? Nie oszukujmy się.
Jeszcze się dzień nie skończył a już usłyszeliśmy, że wszystkiemu winien jest Jarosław Kaczyński.
Rafał Ziemkiewicz dobrze podsumowuje pisząc:
Nie mam wątpliwości, że Jarosław Kaczyński myli się, nazywając morderstwo „finałem” kampanii nienawiści. To tylko przekroczenie kolejnej granicy, do finału jeszcze daleko. Ci, których bezpośredni sprawca tej zbrodni jest w istocie ofiarą w stopniu nie mniejszym, niż ci, których zabijał, szybko wytłumaczą sobie, że „nic się nie stało”. Skoro z przekonania o jedynie słusznej linii, jaką realizują, nie wytrąciła ich katastrofa smoleńska, tym bardziej zbrodnia szaleńca nie sprawi, by wyrzekli się przekonania, że „Polska ciemna” musi wymrzeć i zniknąć, a reprezentującą ją w polityce „watahę” trzeba dorzynać wszelkimi metodami. A wypadki przy pracy… cóż, wszystkiemu winni są „pisowcy”. Gdy ich nie było, nie trzeba by było ich dorzynać.
Od siebie mogę tylko dodać, że J. Kaczyński o tyle się myli nazywając morderstwo finałem kampanii nienawiści, gdyż to nie finał tylko jeden z pierwszych rezultatów. Nie ostatni jak niestety zaczynam podejrzewać. A proszę pamiętać, że trzeba jeszcze ustalić czy pierwszym i nader porażającym z uwagi na rozmiary skutkiem kampanii nienawiści nie był przypadkiem Smoleńsk. Na ustalenia cały czas czekamy. Łódzka masakra to nie finał - to z pewnością kontynuacja przemysłu pogardy, jej nowe oblicze, kolejny etap, jak pisze Ziemkiewicz przekroczenie kolejnej granicy. Jak daleko to już zaszło? No cóż... w tym roku w polityce zdarzyło się wiele... na pewno oskarżono zmarłego prezydenta o rozbicie rządowego samolotu w wyniku pijaństwa, na pewno zbudowano krzyż z puszek po piwie reklamowanych jako "zimny Lech", na pewno osikano znicze na Krakowskim Przedmieściu, na pewno wyśmiano żałobę narodową a potem na pewno zbudowano na tym pseudokapitał do utworzenia nowej partii. A dzisiaj na pewno zamordowano człowieka tylko dlatego, że pracował dla takiego a nie innego klubu parlamentarnego.
Proszę wybaczyć mi to zestawienie katastrofy, piwa, osikanych zniczy i dzisiejszej tragedii, to efekt narastającej niemocy, frustracji i goryczy. I wracając do pierwszego akapitu... jeszcze w lipcu wierzyłem głęboko, że moda na patriotyzm nadejdzie szybko i wpłynie na kulturę i odnowę moralną w Polsce... nadal mam taką nadzieję, jednak mam też obawę... kiedy bowiem widzę te wszystkie oczy szeroko zamknięte, zobojętniałe, szaleńcze... zastanawiam się co też jeszcze musi się wydarzyć, aby stały się one bardziej otwarte, świadome, przejęte.
I choć wierzyć w to, że patriotyzm może opierać się na modzie, na trendzie to dość głupie to jednak lepsze od tego co mamy teraz... a mamy to że na modzie czy trendzie oparta jest kampania nienawiści, pogardy, szyderstwa i kpiny a siłą wypadkową jest niesamowity, przerażający i przygnębiający relatywizm moralny.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)